Czy depresja mija sama?

Raz na jakiś czas zaglądam we frazy, po jakich trafia się z wyszukiwarki na mój blog. Czasami są to cudowne zapytania typu “gdzie zrobić siusiu w Paryżu” albo “dlaczego Legolas cały czas stoi”, częściej jednak ktoś szuka w internecie porad w naprawdę przykrych kwestiach, od kompleksów po…śmierć. Być może osoba, która chciała dowiedzieć się „czy depresja mija sama” jeszcze kiedyś wróci. Być może trafi się inna, próbująca pomóc sobie we własnym zakresie za pośrednictwem wujka Google. Po to jest ten tekst.

Depresja może minąć sama. Czasami. Mnie czasem mijała. A potem wracała. I znów mijała. Jak zwykle w życiu, zbliżamy się do jakiegoś ALE. Mijała, ALE wtedy, kiedy byłam już po jednej terapii i wiedziałam mniej więcej jak sobie z pewnymi sprawami w głowie radzić. Mijała, ALE wracała później w cięższej formie, dopóki nie znalazłam terapeutki odpowiedniej dla siebie, która potrafiła zająć się moimi problemami bardziej dogłębnie. Mnie mijała, ALE nigdy nie byłam w bardzo ciężkim stanie, śmiem przypuszczać, że byłam raczej w stanie stosunkowo łagodnym. Z czego bardzo się cieszę i do czego nie boję się przyznać. Choroby łatwiej opanować we wczesnym stadium i nie ma wstydu w dbaniu o siebie i swoje zdrowie.

Na podstawie moich dotychczasowych doświadczeń z własną głową, a także z głowami wielu osób w moim otoczeniu, nie radziłabym, żeby czekać, przeciągać moment udania się do lekarza i próbować samemu “brać się w garść”. Brałam się w garść latami, co było bezpośrednią przyczyną późniejszych problemów. Tym większych, im bardziej brałam się w konkretnej sprawie w garść. Pewnych problemów nie da się przepracować samemu, bo bez perspektywy z zewnątrz nie wiadomo w ogóle, że się te problemy ma. To nie jest tak, że między zmywaniem naczyń a oglądaniem serialu zrozumiesz nagle, dlaczego chce Ci się nie żyć. Celowo piszę “chce się nie żyć” zamiast “nie chce się żyć”, bo to dla mnie dwa odmienne stany.

Głęboko wierzę, że depresja nie minęłaby mi, gdybym na pewnych etapach nie zgłosiła się o pomoc do lekarza, a potem do terapeutki. Czasami zauważam niepojące symptomy, bo to chyba nigdy nie mija tak do końca i na zawsze. Obecnie wiem, co muszę wtedy ze sobą zrobić. Wiem też, że poznam moment, kiedy sytuacja zacznie mnie przerastać i będzie czas na ponowne sięgnięcie po pomoc. Jakość życia z depresją i bez depresji (albo raczej z opanowaną depresją) jest nieporównywalna. Podobnie jak jakość życia osoby świadomej swoich stanów i ich powodów i osoby, która czuje tylko obezwładniającą pustkę i nie wie co z nią zrobić.

Jak zawsze piszę tylko z mojej perspektywy, na podstawie moich doświadczeń. Nie próbuję udawać internetowej terapeutki i sypać poradami z rękawa, bo nie mam wykształcenia i praktyki, żeby to robić. Wiem jednak, że ta jedna rada jest bardzo dobra i nie zaszkodzi nikomu. Jeśli czujesz się tak źle, że próbujesz zdiagnozować się przez internet, idź do specjalisty. Absolutnie najgorszym co może się stać jest zmarnowanie czasu (i może pieniędzy) na wizytę. Kilka godzin z życia, może kilka stów. W najlepszym razie – poczujesz się za jakiś czas o niebo lepiej.

Powodzenia i dużo zdrowia.

  • Bardzo mądrze napisane. Wydaje mi się, że dobrym argumentem jest również to, iż każdy psychoterapeuta, nim zacznie pomagać innym ludziom, sam musi przejść wiele godzin własnej psychoterapii. To najlepiej pokazuje, że sama wiedza teoretyczna, książkowa, nie wiadomo jak duża, nie zastąpi kontaktu z obiektywnie patrzącym specjalistą.

    • Ktoś mnie kiedyś zapytał czy nie mogę sobie poczytać książek na temat i sama poradzić zamiast wydawać pieniądze na terapię. To tak jakbym miała poczytać książkę o chirurgii i zoperować kolano…

  • Ola K

    Czasem jak czytam wpisy na blogach, w ostatnim czasie, właśnie na temat
    depresji, to w głowie ciągle huczą i przypominają mi się słowa Mamy
    mówiącej mi, że może mam depresje i czas udać się do kogoś kto mi
    pomoże, bo Mama nie ma jak. Ja się nie zgodziłam, twierdząc, że nic mi
    nie jest i po prostu taka jestem. Ale Twoje słowa „dlaczego chce Ci się
    nie żyć” tak mnie jakoś tknęły by ponownie o tym pomyśleć
    Dziękuje

    • Mądra Mama.

      • Ola K

        To prawda, czas by i córka była. Niby minął od tej sytuacji tylko miesiąc, a i tak trochę się we mnie zmieniło, mimo tego, że nie dopuszczałam do siebie tej myśli.

  • Anna

    To bardzo ważne, co napisałaś. Ja poszłam na terapię po 10 latach wahania (aż nie chce mi się wierzyć, ale naprawdę tyle to trwało). Nie dość, że musiałam się zmagać z tym całym gównem, to jeszcze dołożyłam sobie kolejny problem – żal związany ze straty czasu, który mogłam wykorzystać lepiej po podjęciu leczenia, a którego już nigdy nie odzyskam.

    • Ale mogło być gorzej, mogłaś nigdy się nie zdecydować.

  • Nie miałam nigdy depresji i dopóki nie spotkało to bliskiej mi osoby to kompletnie się tym nie interesowałam. Nie potrafiłam zrozumieć tej pustki o której ta osoba mówi, tego, że chce się nie żyć. Dawałam głupie rady typu weź się w garść i inne. Tyle, że to nie pomagało. Zastanawiałam się co może człowieka doprowadzić do takiego stanu. I szczerze to nadal nie wiem. Jednak samemu się z tym nikt nie upora, a dobry terapeuta to podstawa.

  • Sally

    Mogę zapytać, jak szukałaś/znalazłaś terapeutkę? Sama myśl o metodzie prób i błędów sprawia, że nie mam ochoty nic ze sobą robić. Tym bardziej o wizytach u specjalistów „na NFZ”, o których nie można znaleźć żadnych informacji w Internecie.

    • Z polecenia, ale osoba polecająca znalazła przez internet. Nigdy nie szukałam w Polsce, więc ciężko mi powiedzieć jak najlepiej. Muszą być jakieś prywatne poradnie, mój kolega z podstawówki np. się tym też zajmuje w ramach własnej praktyki.

    • Kocz1lla

      Może portal znanylekarz.pl ? Nie uprawiam kryptoreklamy, natomiast dla mnie to jest taki pierwszy weryfikator specjalistów.

  • O depresji się tyle mówi. Chcieliśmy ją nagłośnić – udało się. A jednak – leczenie depresji czekoladą i „branie się w garść” dowodzi tylko, że depresja jest traktowana jak katar.

    • Ja bym chciała, żeby była traktowana jak katar, bo na katar to nadgorliwe osoby od razu idą do lekarza. Braniem się w garść i czekoladą to można wyleczyć, nie wiem, smutek po rozbiciu kolana.
      Myślę, że trochę czasu musi w różnych kwestiach minąć, żeby ludzie się przyzwyczaili. Ale przyzwyczają się, z moich doświadczeń w UK wynika, że się da uwrażliwić.

  • Karo

    Hej, czytam od lat, postom „terapeutycznym” często w duchu przyklaskuję, a teraz postanowiłam się odezwać. Jestem psychologiem, pracuję z pacjentami gabinetowo. W pewnym momencie poczułam, że potrzebuję umieć i wiedzieć więcej, żeby lepiej pomagać. Zaczęłam szkolenie i proces certyfikacji psychoterapeutycznej w terapii psychoanalitycznej. Jeden z obligatoryjnych jego elementów to własna psychoterapia. Minimum to 4 lata, 3 sesje w tygodniu. I tak trafiłam na kozetkę. Na początku się złościłam, że tyle pieniędzy wydaję, że po co mi to, że ze mną wszystko OK. Tzn. niby rozumiałam, że chodzi o to, że aby sensownie pomagać, trzeba najpierw swoje wewnętrzne konflikty przepracować, poukładać wszystko w siebie. Ale wiedzieć, a czuć to dwie bajki… Teraz jestem po 2. roku własnej terapii i dziękuję opatrzności za to, że tak wybrałam. Naprawdę dużo rzeczy w sobie odkryłam, zrozumiałam, dlaczego czasem coś czuję i robię. Mam dużo większą świadomość siebie i widzę, jak bardzo to procentuje w codziennym życiu i w pracy z moimi pacjentami. Powoli różne rzeczy prostuję (bo odkryłam, że mam co prostować, w końcu wszyscy mamy swoją przeszłość, która rzutuje na dzisiejszych nas dużo mocniej, niż nam się wydaje). Z gabinetu znam też historie walki z depresją. Widzę i doświadczam, jak trudne to zmaganie (Dla terapeuty też! Poczucie, że mój pacjent, taki fajny człowiek, tak bardzo chce nie żyć jest potwornie trudne do zniesienia). Dlategorzymam kciuki za Ciebie, żebyś zawsze potrafiła sobie z nią radzić – sama lub z podpierającą Cię „tyczką” w postaci psychoterapii 🙂

  • Bardzo cenną rzecz podkreśliłaś pod koniec. 🙂 Człowieku idź do specjalisty, a nie szukaj porady w internecie. Ja obserwuję różne miejsca w internecie, różne grupy na facebooku, różne portale i nawet dziś zdążyłam naliczyć kilka osób radzących się w internecie, zamiast prędziutko iść do psychoterapeuty/psychologa/lekarza.
    Z mojej wiedzy/doświadczenia wynika, że z depresją jest trochę jak z katarem. Może minąć sama, ale ile jej to zajmie? No i zawsze może wrócić, dlatego najlepiej leczyć ją jak leczylibyśmy każde inne zaburzenie i chorobę, niż czekać aż przejdzie.

    • Myślę, że jak się naprawdę ma depresję i nigdy nie sięgnie po pomoc, to ona nigdy nie minie.

  • Czasem tak sobie myślę, że każdemu przydałyby się zajęcia z socjologii/psychologii – ale nie po to, by samemu się leczyć, ale właśnie po to, by zrozumieć, jak działa psychika człowieka i jej też potrzebny jest lekarz.
    Myślę, że dzięki właśnie tym studiom udało mi się bardzo wcześnie wyłapać, że zaczynam sobie nie radzić i potrzebuję pomocy. Nie miałam nigdy depresji, byłam w bardzo głębokiej żałobie po stracie bliskiej osoby, ale myślę, że właśnie dzięki temu, że z tym problemem poszłam do kogoś, kto pomógł mi na samym początku, udało mi się jej uniknąć.
    Nadal mam wiele ciężkich chwil z tego powodu, ale już wiem, jak sobie z nimi radzić. I gdzie szukać pomocy, gdy przestanę.

    • Jest dużo zajęć, które przydałyby się zamiast innych zajęć, które nigdy się do niczego nie przydają…Ale szkoły nie są od tego, żeby tworzyć szczęśliwe i pewne siebie jednostki, nie? :>

      • Oj nie. A jak już jakieś przydatne są, jak przedsiębiorczość, to na tle innych traktowane są jako zbędne. A potem się okazuje, że to powinien być jeden z najważniejszych przedmiotów.
        Mam takie wspomnienia z LO z języka polskiego – lubiłam pisać wypracowania, ale nagle się okazywało, że nie trafiam klucz maturalny. I przez dwa ostatnie lata liceum, musiałam się nauczyć pisać od nowa. Regularnie słyszałam: Agata, ciekawe wypracowanie, ale nie wpasowałaś się w klucz. Dwója.
        Nic mnie tak nie stresowało, jak to, że nie trafię w klucz maturalny. I do tej pory nie wiem, czego takie mechaniczne pisanie miało nauczyć.

      • Anna Karlińska

        I to jest straszne – nie tylko dla dziecka, które czasem walczy latami z wrogą rzeczywistością szkolną ale też dla rodzica, który latami patrzy jak sie jego latorośl męczy, albo (jeszcze gorzej) po latach zauważa związek pomiędzy różnymi symptomami i wpada w spiralę samoudręczenia, że nie zauważył, nie rozpoznał, nie zaradził.

  • Kolejny raz, wielkie dzięki Ci za to, że to napisałaś. Gdzieś (niestety nie pamiętam gdzie, żeby podać źródło) czytałam, że w Polsce większość osób czeka i próbuje brać się w garść, skutkiem czego trafia do specjalisty kilka lat później niż mogłoby trafić. Depresja jest ciągle tematem niewygodnym i trochę wstydliwym – niektórzy ludzie na wiadomość „leczę się bo mam depresję” reagują tak jak na newsa pt „mam raka w terminalnym stadium”. Myślę, że naprawdę warto o tym mówić i pisać – zostawianie nie leczonych chorób nigdy nie kończy się dobrze (wyjątkiem może jest katar). Tak jak złamanej nogi sami nie umiemy ogarnąć, tak z depresją nikt nie powinien zostawać sam. Bo można funkcjonować jakiś czas (nawet kilka lat), nawet na tyle dobrze że otoczenie nie zauważy problemu. Ale potem zdarza się losowe „coś”, co potęguje ten stan i wtedy jest dużo trudniej o cokolwiek.
    I fakt, jakość życia jest nieporównywalna – kiedy człowiek zrozumie, że ciągłe bóle i zmęczenie to nie jest normalne, że da się inaczej, że da się lżej, że głowa może się przestawić na inne tory..

    Myślę, że warto też pamiętać o jednym: jeśli już pójdziemy na terapię, to możemy zmienić terapeutę jeśli nam coś nie gra. Mamy prawo znaleźć kogoś, przy kim będziemy czuć się dobrze i bezpiecznie, bo tylko taka osoba będzie nam w stanie skutecznie pomóc (dla mnie nie było to takie super oczywiste na początku).

    Może to trochę chaotyczne, ale mam nadzieję, że zrozumiesz o co mi chodziło 😉

  • beata

    Dziękuję Ci za ten tekst. Sama zakończyłam swoją terapię ledwie tydzień temu, patrzę teraz trochę z dystansu na swoją depresję i dostrzegam niuanse, których wcześniej nie widziałam. Masz rację – dzięki terapii wiesz, jak w pewnych sytuacjach sobie pomóc, wiesz też, kiedy pojawi się moment, by znów sięgnąć po pomoc. Ja do terapeuty chodziłam ponad 2,5 roku. Uważam, że to najlepiej zainwestowane we mnie pieniądze. Nie raz musiałam tłumaczyć innym, że nie, nie wolę wydać tej stówy tygodniowo w Sephorze czy innej Zarze. Trafiłam na naprawdę kochanego człowieka, dzięki któremu poskładałam się do kupy i niemal całą ostatnią sesję przepłakałam mu w rękaw z wdzięczności 😀 najlepsza w terapii jest rosnąca świadomość. Tego, co ci dolega, co powoduje taki a nie inny stan i odkrywanie, jak można sobie z tym radzić. Mam świadomość, że pewnie za jakiś czas znów będę musiała poprosić o pomoc (to był mój drugi epizod, wciąż jestem na lekach), ale mam już wiedzę, że warto, że nie ma co czekać. Samo nic się nie zmieni.

Loading..