Nie tak łatwo zajść w ciążę

Ten wpis nie jest dla wszystkich. Jeśli komuś łatwo, a wielu osobom z pewnością łatwo, nie zamierzam specjalnie z nim polemizować i życzę wszystkiego dobrego. Kiedy ogłosiłam ciążę w social mediach, pojawił się i komentarz, że nie wszystkim łatwo czyta się tego typu wiadomości i warto o tych osobach pamiętać. Bynajmniej nie uważam, żeby był to komentarz niemiły, wręcz przeciwnie, świadczył o empatii. Doskonale pamiętam ile blogerek i instagramowych profili przestałam obserwować w trudnym dla mnie czasie. Co więcej, nie spotykałam się ze znajomymi, którzy mają dzieci. 

To jest wpis dla tych, którzy czują się podle i cierpią. Tak jak ja, rok temu, pół roku temu. Dla tych, co stresują się i popadają w paskudne nastroje. Bo mają prawo. 

Nie będę tutaj udzielać porad, od tego jest lekarz ze swoją specjalistyczną edukacją i doświadczeniem. Osobiście trzymam się z daleka od wszelkich forów samopomocy i stron z mądrymi radami. Nie mam na celu bycia coachem pozytywnego myślenia i wizualizacji i namawiać, że głowa do góry, na pewno się uda i będzie dobrze. Pewnie będzie, szybciej czy później, ale dla niektórych nie będzie. Mam jedynie na celu powiedzenie, że takich osób jest więcej. Chociaż wydaje Ci się, że wszystkie kobiety są w ciąży, tylko nie ty, to może mijać Cię osoba, która czuje dokładnie tak samo. Mogę też podzielić się swoim doświadczeniem, jednocześnie zastrzegając, że niektórym na nic się nie zda. 

Osobiście wydawało mi się, że zajście w ciążę to błahostka. Przecież tak mówiono na każdym etapie edukacji i w domu. TYLKO NIE ZAJDŹ W CIĄŻĘ. Największy straszak na wiele, wiele lat życia. Większy niż groźba bycia zamordowaną. Kiedy znajdujesz się w momencie życia, że dziecko nie jest straszniejsze od mordercy, nagle okazuje się, że, he he he, tak super łatwo nie jest. Statystycznie w każdym miesiącu masz jakieś 15-25% szansy. Statystycznie. Ma na to jednak wpływ mnóstwo, mnóstwo czynników. O tych czynnikach jednak przez wiele lat szkolnej edukacji mówi się mało lub prawie nic. 

Pierwszy raz zaczęłam się martwić po pół roku. Niby krótko, w Wielkiej Brytanii wizyta u lekarza zalecana jest po roku. Sprawa kładła się jednak cieniem na moim samopoczuciu i po raz pierwszy zdecydowaliśmy się z mężem na badania w prywatnej klinice. Wszystkie wyniki były zadowalające, żadnych oczywistych problemów. Rzeczywiście, wszystko wydawało się w jak najlepszym porządku, bo jeszcze w tym samym miesiącu okazało się, że jestem w ciąży. 

Jeśli czytasz mnie od dłuższego czasu, być może pamiętasz zeszłoroczny tekst o poronieniu. Moje samopoczucie i samoocena legły w gruzach, co miało wpływ na wszystkie aspekty życia. Rzuciłam pracę ( z czym nosiłam się od jakiegoś czasu, ale potem nie mogłam już wytrzymać). Co miesiąc robiłam testy owulacyjne. W tym czasie uprawialiśmy tyle seksu, że momentami zaczynało to być uciążliwym obowiązkiem. Postanowiłam nie podróżować samolotem, żeby nie zakłócać swojego cyklu. Kolejne badania, o wiele bardziej szczegółowe, niecały rok po poprzednich. Łącznie wydaliśmy na nie lekką ręką tysiąc funtów. Bezradny lekarz rozkładał ręce. Nie ma żadnych powodów, czemu nie miałabym być w ciąży. Co miesiąc chlipałam po kątach, kiedy nadchodził okres. Każda ogłoszona ciąża celebrytki, instagramerki czy blogerki była jak splunięcie w twarz. Bardzo identyfikowałam się z Charlotte z “Seksu w Wielkim Mieście” i jej stwierdzeniem „The big joke is I spent my entire 20s worried that I’d get pregnant. I could’ve screwed everything in sight!”. Miałam wrażenie, że każda kobieta ze znaczkiem “Baby on Board” śmieje się ze mnie. Zwłaszcza w okolicach Bożego Narodzenia były one wszędzie. Młodziutkie i całkiem niemłode. Piękne i zupełnie przeciętne. Pamiętam jak weszłam do domu z płaczem, bo wychodząc z autobusu trafiłam na jakąś kobietę w wielkim dresie i z siwymi włosami, która również miała ten znaczek. Czyli wszyscy, wszyscy mogą, tylko ja jedna nie!

Ciąża to jedna z tych niewielu sytuacji, kiedy robisz co miesiąc te same rzeczy i spodziewasz się innego rezultatu. Czyli, wg Einstena, definicja szaleństwa. Ciężko zaakceptować, że nie masz na coś wpływu. W pracy jeśli bardziej się staram, to idzie mi lepiej i zarabiam więcej dzięki premii. Na blogu jeśli więcej publikuję i piszę lepiej, przychodzi więcej odbiorców i fanów. Jak “lepiej” zachodzić w ciążę? Tym bardziej, że jakość samego seksu ma stosunkowo niewielki wpływ na efekt końcowy. 

To było właśnie najgorsze z całej sprawy. Czekanie i bezsilność. Gdyby ktoś powiedział, że to przez fakt, że jestem za stara, że za dużo w życiu piliśmy, że to wina całej mrożonej pizzy zjedzonej na studiach czy czegokolwiek co zrobiliśmy, albo co ktoś zrobił, byłoby łatwiej. Fakt, że jesteśmy zdrowi i nic nie wychodzi był właśnie powodem, dla którego płakałam pod prysznicem i za każdym razem gdy dostałam okres. Nie będę ukrywać, nie tęskniłam do trzymania w ramionach dziecka i do jego miłości. Wcale nie lubię dzieci. Nie mam specjalnego instynktu macierzyńskiego. Tęskniłam do poczucia, że nie jestem ułomna, nie jestem porażką. Chociaż zupełnie nie uważam, że dziecko jest wyznacznikiem wartości kobiety czy w ogóle człowieka, ani nawet, że każdy powinien je mieć. Racjonalizm i ideały to jedno, uczucia to co innego. 

Opisuję to ze swojej strony, bo nie czuję prawa do określania tego, co czuł mój mąż. Wydawał się nie mieć wielkich rozterek, ale zwykle wydaje się nie przejmować większością rzeczy (no, chyba, że chodzi o politykę). Zakładam jednak, że kiedy osoba z którą jesteś z normalnego człowieka zamienia się w kulkę rozpaczy, życie codziennie wymaga dużo siły. Nie możesz nawet niczego zrobić, żeby problem rozwiązać. 

Dochodzimy w końcu do momentu przełomowego. Tego, kiedy stwierdzam, że mam to gdzieś. Wyrzucam testy owulacyjne (wszystkim bardzo to polecam, bo nie wynika z nich nic dobrego). Piję ile mi się podoba. Jem co mi się podoba. Jedziemy na wakacje – trzeba lecieć samolotem. Na pokładzie szybko zamawiamy butelkę Prosecco. Chodzimy do klubów, gdzie palimy shishę i pijemy jeszcze więcej. Niedługi czas po powrocie dopada mnie paskudny PMS. Stwierdzam, że trudno, obojętnie, właściwie wcale mi już nie zależy. Idę z PMSem do koleżanki na kolację, gdzie zapijam go winem. Bardzo boli mnie brzuch, więc wracam do domu, kładę się po kołderkę i dla rozluźnienia na wszelki wypadek pociągam jeszcze whisky. Dwa dni potem wynik na teście jest pozytywny. 

Co pomogło? Nie wiem. Może polecony przez lekarza probiotyk (pewnie po to, żebym wyniosła z wizyty cokolwiek). Może wyrzucenie testów owulacyjnych. Może zakup mieszkania, wydanie wszystkich oszczędności i skoncentrowanie całej uwagi na prawnikach, agentach nieruchomości i umowach z bankiem. Może Cypr, który jest wyspą Afrodyty. Może dużo alkoholu. Może stwierdzenie, że najwyżej na kiedyś zrobimy in vitro. Wpisałam w kalendarz dzień, kiedy zamierzam umówić wizytę i przestałam interesować się co będzie w międzyczasie. Nie mam na co wydawać pieniędzy do tej daty, więc mogę równie dobrze wydawać je na jedzenie, picie, sukienki i dobrą zabawę. To jest najcięższa i najgłupsza rada ze wszystkich, ale kiedy przestałam o tym ciągle myśleć i poddałam się, wtedy się udało. 

Zdaję sobie sprawę, że w tym wszystkim wydaje się jakbym przeżywała jakąś dramatyczną sytuację, która jest lub będzie obca większości osób oprócz tych co nie mają szczęścia. Jeśli by skupić się na samych liczbach, to, no cóż, nie do końca tak jest. W ciągu 1,5 roku byłam w ciąży dwa razy. Rzeczywiście jestem zdrowa. Nie ukrywam, że problem tkwił właściwie tylko w mojej głowie i w moich reakcjach. Tylko…skąd się wziął? Czym był karmiony? Nie tym, co wynikało z wewnątrz mnie. Mała dygresja: warto wybrać lekarza, który sprawia, że czujemy się dobrze. Sama byłam w całym okresie starań u kilku i szczerze mówiąc wolę słyszeć „co się pani denerwuje, pani jest młoda, jakimś sposobem damy radę” niż „no to kiedy następna ciąża?”. Mała rzecz, a naprawdę dużo zmienia…(Lekarz od pierwszej wypowiedzi był Brytyjczykiem, a druga pani Polką, ale uznam to za niefortunny zbieg okoliczności)

Jeśli masz ochotę przestać mnie obserwować na najbliższe kilka miesięcy, nie mam Ci tego za złe. Nie musisz czuć się głupio czy źle. Nie wymyślasz. To jest diabelnie nieprzyjemna sprawa, z którą nawet jak nie jesteś sama, to jesteś. Nawet kochany, dojrzały, czuły partner pełen najlepszych intencji nie da rady wyleczyć lęków, może tylko próbować pocieszyć.   

Z mojej strony, ze strony osoby, która jest neurotyczna i jeśli może się czymś zdenerwować, to się zdenerwuje, mogę tylko szczerze powiedzieć, że denerwować się nie warto. I tak w niczym to nie pomoże. Można próbować dalej żyć i czekać. Ze świadomością, że takich osób jak Ty jest niemało. Można nawet trochę pocieszyć się dostępnym morzem wina i whisky, póki czas. Obecnie dotkliwie za nimi tęsknię. Z tą myślą Cię zostawię – muszę iść do toalety, bo ktoś kopie mnie w pęcherz.

  • Kasia

    Byłam w podobnej sytuacji w podobnym czasie. Teraz 31 tydzień ;). Ale rzecz w tym że masz mnóstwo racji, najgorsze co można zrobić to się spinać i oczywiście to robisz, nie myślisz o niczym innym a każde wzmianki o dzieciach traktujesz jak policzek. Nie jest to chwalebne, ale mi też pomógł alkohol. Zaczęłam znowu wychodzić z domu i starać się żyć czymkolwiek innym.
    Myślę że brak przygotowania do tego też ma znaczenie. Nikt nam nie mówi że większość kobiet jest po poronieniach, że to się zdarza i to wcale nie musi być nasza wina. Ja byłam bardzo zaskoczona, raz że spotkało to mnie, dwa że po fakcie dopiero dowiadujesz się ile kobiet wokół Ciebie jest w podobnej sytuacji.
    Dzięki za ten wpis.

    • Zaczynam chyba znać więcej kobiet po poronieniu niż tych, które nie poroniły (wśród tych, które są w związkach/starały się kiedykolwiek o dzieci).

    • Kobiety matki stanowią pewien zamknięty klub, który rzadko dzieli się swoimi doświadczeniami z osobami bezdzietnymi. Nie do końca rozumiem ten mechanizm, ale odkąd urodziłam dziecko, moje koleżanki, które od lat były matkami – zaczęły mnie inaczej traktować i bez skrupułów opowiadać o swojej ciąży czy poronieniach. A wcześniej nic, cisza kompletna. Tak nie powinno być. Mnie na szczęście świadome poronienie ominęło, ale ciążę miałam długo zagrożoną, pół roku ciągłych nerwów czy za chwilę nie trzeba będzie rodzić wcześniaka, czy w ogóle ma jakieś szanse na przeżycie. Jak wiele mam byłam na grupie terminu porodu i na kilkadziesiąt mam chyba tylko kilka nie miała problemów. Połowa była w zagrożonej ciąży, wiele z nas końcówkę w ogóle spędziła w szpitalu, a to antybiotyki, a to cukrzyca, a to powstrzymywanie porodu farmakologicznie, a to niestety właśnie dziecko urodzone przed terminem. A zaraz potem, jakby mało było atrakcji, zaczęły się masowe problemy z laktacją. Przecież jak urodzisz dziecko, to dopiero zaczyna się hejt, jeśli coś pójdzie nie tak. Już przyznanie się do urodzenia przez cc skutkuje wyzwiskami, a napisz, że karmisz butelką, to już w ogóle się zaczyna zabawa.

  • Blue Cat

    Trochę mi się dziwnie to czyta bo u mnie trochę inaczej to wygląda. Zaszłam w ciążę po miesiącu starania. Ale byłam szczęśliwa! Ciąża była wzorowa. Poród z drobnymi przygodami ale generalnie nie mogę narzekać. Teraz mam wspaniałego zdrowego 3 miesięcznego synka i…. jestem tak cholernie nieszczęśliwa. Kocham go całym sercem ale codziennie mam wątpliwości czy decyzja o macierzyństwie była słuszna bo to chyba jednak nie dla mnje. Czasami marzy mi się wehikuł czasu. Może gdyby mi to macierzyństwo nie przyszło tak łatwo to bym bardziej doceniła to co mam? Życzę Ci dużo zdrowia i radości z macierzyństwa chętnie będę dalej czytać
    Twojego bloga ❤

    • Myślę, że jak masz 3-miesięczne dziecko to wątpliwości są uzasadnione!

    • Krafciara

      Ja nie jestem z tych co się zakochują od pierwszego wejrzenia i bardziej wierzę w to że trzeba się poznać, dopasować i wiele razem przejść…dlatego na początku po dołączeniu do naszej rodziny małego czlowieka dość długo miałam myśli ”co myśmy najlepszego zrobili?’ Kochałam córeczkę, ale miałam wątpliwości. W moim przypadku zajęło mi ok. 8 miesięcy żeby poczuć się dobrze w roli mamy i naprawde zacząć czerpać z tego radość. A tak naprawdę znow odnalazłam siebie dopiero po 1,5 roku gdy zaczęłam się wysypiac (bo tyle naszej kruszynce zajęła nauka spania całą noc). Może z zewnątrz wszystkie nowe mamy wyglądają na spełnione i szczęśliwe ale tak naprawdę też wiele jest takich które potrzebują czasu, wsparcia otoczenia i cierpliwości do siebie samej żeby dopasować się do nowego życia. Trzymaj się i wszystkiego dobrego!!

    • Ada

      Hej, nie jesteś jedyna! Jeśli czujesz się źle, pomyśl o tym, żeby pójść do psychologa. To może być baby blues lub depresja poporodowa. Warto sprawdzić i nie męczyć się, jeśli możesz sobie pomóc. Trzymam za Ciebie kciuki!

    • Wiedzma Jesienna

      Bylam w tej samej sytuacji. Pamietam jak siedzialam na kanapie w duzym pokoju i plakalam przerazona ze chyba popelnilam blad, ze sie nie nadaje. Wszyscy wokol mnie tacy szczesliwi, opowiadali mi jak powinnam rozkoszowac sie kazdym dniem, a ja odmierzalam kazdy dzien w butelkach, bo odmierzanie w minutach bylo zbyt dolujace.

      Zaczelo byc lepiej, tak naprawde, kiedy mala skonczyla 6 miesiecy. Bo wtedy zaczela byc bardziej interaktywna. Jak miala 7 miesicy ja wrocilam do pracy i to byla najlepsza rzecz na swiecie. Odetchnelam, zatesknilam, zdalam sobie sprawe jak bardzo ja kocham.

      Teraz ma 2 latka, usmiech szelmy i ogrom loczkow na glowie i nadal sa dni kiedy mysle ze zarezerwuje bilet w jedna strone i nie wroce, a chwile pozniej rozplywam sie bo slysze mummy i tupot malych nog.

      Polecam z calego serca (jak czytasz po angielsku) bloga/ksiazke/instagrama/twittera theunmummsymum (http://www.theunmumsymum.co.uk/). Pamietam jak przez przypadek kupilam ta ksiazke jak mala miala 5 miesiecy i jak plakalam z ulgii ze to co czuje to jest normalne i ze wiecej osob tak ma. Ze jestem normalna, a nie ulomna. Kazdej nowej mamie ja polecam, bo wiem jak czlowiek moze czuc sie osamotniony na macierzynskim. A idealne macierzynstwo wyskakujace z kazdej puszki moze czlowieka ostatecznie dobic.

      Oprocz ksiazki polecam rowniez podcast scummy mummies i breaking mum and dad. Swietne do sluchania i teraz z perspektywy rodzica, wiem jakie to wszystko jest prawdziwe. A scummy mummies podcast to wogole zloto bo czlowiek placze ze smiechu.

      Konczac ten referat chce ci tylko powiedziec zebys sie trzymala. Naprawde bedzie lepiej i mowi ci to osoba, ktora bedac na spacerze z 4 miesiecznym dzieckiem patrzyla kiedys na schody w parku i marzyla zeby sie z nich rzucic i skonczyc ta katorge.

      • Blue Cat

        Dziękuję dziewczyny za słowa otuchy ❤ na prawdę lepiej się poczułam czytając wasze komentarze i właśnie sobie zamówiłam ta książkę ❤

        • Hej, ja też chciałam napisać, żebyś się nie dawała presji na umieranie z zachwytu od pierwszego dnia. Naprawdę dużo mniej osób jest stworzonych do opieki nad malutkim dzieckiem niż by się wydawało… Ale za to kiedy nagle z tego mało responsywnego niemowlęcia robi się mały człowiek to wszystko potrafi się zmienić. Nie słuchaj, kiedy będą Cię straszyć, że och, teraz to masz łatwo, bo śpi i je, a potem zacznie chodzić, mówić, w ogóle ZOBACZYSZ jak będzie trudno. Będzie o wiele łatwiej, łatwiej o więź, o radość z przebywania razem, o nieszczeźnięcie z nudów po prostu, o taką normalną ludzką relację, w której można sobie coś nawzajem powiedzieć, coś wspólnie przedsięwziąć. Więc osobiście serdecznie polecam, żeby na początku organizować sobie jak najwięcej współudziału w obowiązkach, pomocy i odskoczni, jak się da (nie słuchać absolutnie nikogo, kto będzie wciskał cokolwiek o wyrodnych matkach itd.) i spokojnie czekać, aż poczucie sensu tego wszystkiego będzie rosło razem z maluchem 🙂

        • Wiedzma Jesienna

          Daj znac jezeli potrzebujesz pogadac, wyzalic czy ponarzekac to dam ci namiar na mnie i powodzenia!

    • Cholerny Futrzak

      Nie lubię dzieci i nigdy nie chciałam ich mieć. Przez rok po urodzeniu synka byłam cholernie nieszczęśliwa. W sumie teraz przez większość czasu też jestem ale sądzę, że wynika to z mojego ogólnego nastawienia, ponuractwa i wiecznej melancholii 😉 Łatwiej zrobiło się kiedy mój Kasztan zaczął się komunikować w sprawach odmiennych niż zapewnienie podstawowych potrzeb. Teraz chwytam się tych chwil, kiedy moje dziecko domaga się żeby mu śpiewać o żabkach, powtarza nowe słowa albo kategorycznie żąda pluszowego hipopotama, którego zaraz przytula z czułym „potam!”. Pielęgnuję w sobie ten zachwyt nad moim małym kosmosem i staram się być dla niego najlepszą matką jaką mogę być. Uczę się od razu odcinać myśli o cofnięciu czasu, staram się nie zaczynać gdybania i nie wymyślać co bym zrobiła nie mając dziecka. Nic. Łatwo popaść w pułapkę usprawiedliwiania dzieckiem tego, że nie realizuje się planów, marzeń. Codziennie muszę sobie tłumaczyć, że skoro nie zrobiłam czegoś przed ciążą to nie dziecko stoi mi na przeszkodzie. Myślę, że każda świadoma osoba ma chwile zwątpienia. Życzę Ci wytrwałości. Mam nadzieję, że z czasem będzie łatwiej a może i będziesz z tego miała trochę radochy 😉

    • O raju, u mnie było tak samo! W ciążę zaszłam szybko ( od zaczęcia starań), przechodziłam ją bardzo dobrze, poród miałam lekki.
      Baby blues siekną mnie jeszcze na porodówce, kiedy się okazało, że nie potrafię nakarmić synka. Wcześniej sądziłam, że depresja poporodowa to uczucie niekochania i odrzucenia dziecka. A ja od pierwszych chwil bardzo go kochałam. Wszystkie babki koło mnie karmily, a moj mały nie potrafił przyssac się do cyca. Personel był zbyt zajęty, żeby mi pomoc, a ja bylam w stanie tylko trzymac dziecko i płakać zamiast ruszyć tyłek i prosić o pomoc. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że przez moją nieudolność synek może umrzeć.
      Bez wdawania się w szczegóły napiszę, że wtedy udalo nam się zawalczyć o cyca (doradca laktacyjny!). Ale potem było jeszcze wiele, wiele sytuacji, w których na styku ze służbą zdrowia traktowana byłam w taki sposób, że czułam się jak oprawca dziecka, osoba wielce podejrzana, leniwa i zwyczajnie głupia. No i wariatka. Myślę, że dobry pediatra na tym etapie zaoszczędziłby mi połowy wylanych łez, siwych włosów i co tu dużo mówić: myśli samobójczych.
      Wiele razy myślałam, że popełniłam błąd, że się nie nadaję. Pediatra podczas jednej z wizyt kazała mi się uspokoić, trzymać w domu porządek i nie pokazywać mężowi płaczącego dziecka, bo się ze mną rozwiedzie. Więc bałam się, że mąż mnie zostawi. Bałam się, że „zmarnuję” dziecko.
      Pomogła mi pani psycholog, która przychodziła do mnie 2 x w tygodniu przez miesiąc. Kazała mi przez tydzień przez 1 godz dziennie zrobić coś bez dziecka. Czasmi była to kąpiel, czasem spacer. To się teaz wydaje absurdalne, ale wtedy był to dla mnie nadludzki wysiłek. W tym samym czasie młody zaczął się przewracać z plecków na brzuszek i strasznie mnie to cieszyło. Odkąd zaczął robić postępy w rozwoju ruchowym ja zaczęłam mieć coraz więcej radości z macierzyństwa. Teraz ma prawie 2 lata i jest mega ruchliwy, nie usiedzi w miejscu, demoluje nam.mieszkanie. Dalej jest trudno, bo jest bardzo absorbujący, bywa histeryczny i nie lubi jeść. Ale jest śliczny, bystry, strasznie szybko się uczy i tak pięknie mówi mamo i nawet nauczył się przytulać. Ja dalej jestem z nim zrośnięta, ale raz w tygidniu zajmuje się nim babcia, a ja zdobyłam się w końcu na wyjście wieczorem na piwo z koleżanką. Mąż nas noe zostawił 😉 i powoli myślimy o następnym 🙂
      Więc wiesz, NA PRAWDĘ będzie dobrze! :)))
      Niedawno na insta odkryłam: @postpartumstress gdzie publikują ilustracje ze „strasznymi myślami” mam. Żeby nie czuć się winną za myśli, które mamy, a które często pojawiają się zwyczajnie z powodu koszmarnego niewyspania.
      Ściskam cię bardzo, bardzo mocno!!

  • Olesia

    W ciąży byłam 3 razy.Nigdy nie marzyłam o dzieciach. O każdej ciąży dowiedziałam się w momencie jak ją traciłam. Przyjęłam do wiadomości i żyję dalej.Nie,nie czuję się ani gorsza ani okaleczona. Nie będę miała dzieci. Wypiję za Twoje szczęście i pomyślność morze wina i whisky :))) Jesteś wspaniałą osobą, silną i mądrą. Nie daj sobie wmówić,że jest inaczej. Powodzenia 🙂 <3

  • Anna

    Jesteś jedną z najmądrzejszych i najbardziej świadomych osób, jakie znam (i w realu, i z sieci). Być Twoją rodziną albo przyjacielem to szczęście.

    • Oj, nie, ja jestem potworem, ale przynajmniej się staram nie być 😉

  • Barbara Cieszkowska

    Jestem po drugiej stronie w ktorej juz nie ma mozliwosci. Staralam sie, ale okazalo, sie ze no nie, w wieku 32 lat mam przdwczesna menopauze i z dzieci nici. I mialam partnera ktory mnie nie wspieral, mialam najmniej przyjemnych lekarzy i wszystkie przyjaciolki w ciazy. Bolalo cholernie i tak jak mowisz jestes z tym sama, nikt nie rozumial tego bolu. Ale przetrwalam, pozeganalam sie z uczuciem starty, pozegnalam ciaze, porod i karmienie piersia. Nie zdarzy sie, Ale bede matka. Bo matka to nie tylko ktos kto rodzi, to tez ktos kto kocha, dba i zajmuje sie. I w srode ide na pierwszy warsztat w ramach kurus adopcyjnego. I teraz wiem, czuje to ze tak mialo byc od poczatku. Ze moje dziecko jest tam gdzies i czeka na mnie, tak jak ja czekam na nie.

  • Wamp

    Hm, nie komentuje tu u Ciebie zazwyczaj bo raczej spoglądam w milczeniu, ale dzisiaj spróbuje. Bardzo do mnie trafił ten wpis- rzeczywiście, człowiek całe życie bal się, że zajdzie nie w czas, a jak już zaczął się wczas, to okazało się, że niekoniecznie to takie wszystko proste. Chociaż wokół mnie jakoś więcej osób, którym nie sprawiło to większego problemu. Ja po ciąży biochemicznej, która wyszła jedynie w testach, a potem została potwierdzona spadająca beta usłyszałam, że „lekarze mają tendencję do za wczesnego diagnozowania sobie ciąży”. Generalnie mam tak, że jak coś wymyślę to muszę zrobić od razu, a tu płynął rok i jedyne co mi rosło to poziom frustracji. Też miałam testy owulacyjne. Nie sądzę żeby działały. Zaskoczylo jak zaczęłam trenować pod półmaraton i zrobiłam test dopiero jak spadła mi wydolność na treningach. Aczkolwiek mój stan psychiczny w ciąży pozostawial wiele do życzenia, więc tego okresu nie wspominam zbyt dobrze. Stanowczo wolę macierzyństwo- seriale nigdy nie wchodziły tak jak teraz. Myślę, że perfekcjonistom jest z tym naciezej. No i że następnym razem będzie lepiej, z lżejsza głową. Trzymajcie się ciepło!

    • Z tego co czytałam i z rozmów ze znajomymi, w Polsce podobno jest obsesja wczesnego diagnozowania, podtrzymywania ciąż i monitorowania. Co niekoniecznie dziwi, jeśli za każdą wizytę płacisz. Nie chcę jednak wypowiadać się kategorycznie, bo doświadczenia z polskimi lekarzami w tej sprawie miałam ograniczone do dwóch wizyt, przy czym rzeczywiście doktor zachęcała mnie do testu krwi jak tylko mi się okres opóźni. Wiem, że w Wielkiej Brytanii nie ma zwyczaju robienia testów krwi na wczesnym etapie, a przed 12 tygodniem nie robi się państwowo żadnego USG. Stosunkowo niewiele osób chodzi do prywatnych lekarzy.

      • Wamp

        A, to tak. W ogole sposób prowadzenia ciąży w Pl, a GB jest diametralnie różny. Aczkolwiek można ciążę prowadzić na NFZ i wtedy już jest trochę bliżej – ale i tak jest bardzo dużo różnic. Generalnie są plusy i minusy każdego podejścia, tak myślę. Sa kobitki co uciekają do Pl na prowadzenie. Ja jestem lekarzem i ciężko mi było odpuścić diagnostykę, popadlam trochę w samonakręcalne koło, czego nie polecam. Stąd blisko do nerwicy, serio 😉

      • Za co płacę? Całą ciążę prowadziłam za darmo w nfz i tak jest prowadzonych większość ciąż. Chyba masz nieprawdziwe informacje. Oczywiście można prowadzić ciążę prywatnie, ale nie ma to większego znaczenia na żadnym etapie, bo i tu i tu są ci sami lekarze (mój gin pracował prywatnie, i na nfz w dwóch miejscach). Rzeczywiście Polska ma ogromny wkład w nauce podtrzymywania zagrożonych ciąż. Monitoruje się ciążę już na etapie kilku tygodni, robi badania krwi, hormonów. Jeszcze dobrze nie nacieszysz się ciążą, drobne plamienie, w UK nikt by się nie przejął, w Polsce od razu dostajesz leki i hormony, witaminy i rozpisaną dietę. Ba, w Polsce operuje się płody, jeśli mają wadę serca. W UK po prostu dostajesz receptę na skrobankę. Znam kilka dziewczyn, które po latach walki za granicą, przyjechały do Polski tu prowadzić ciążę. Leżały na lekach z nogami w górze przez 9 miesięcy, ale mają dziecko, na co za granicą nie miały szans. U nas pierwsze usg robi się nawet w 5t, praktycznie na każdej wizycie. Ja miałam dopiero w 10 tygodniu, bo długo wypierałam istnienie ciąży, myślałam że mam raka, że jestem chora, po prostu nie mogłam uwierzyć, a potem okazało się, że do mojego gina jest kolejka na kilka tygodni. I zobaczyłam swoje dziecko dopiero w 10 tygodniu, zanim miałam test z krwi. Wcześniej robiłam tylko zwykły test z apteki. Usg na każdej wizycie, od połowy ciąży praktycznie co wizyta ktg.

  • samotna_i_niekochana

    „Tęskniłam do poczucia, że nie jestem ułomna, nie jestem porażką.”

    Ja też się tak czuję i nic nie mogę na to poradzić. Chwilami zazdroszczę nawet dziewczynom, które poroniły, bo one chociaż trochę były w ciąży, a ja nie będę. Zawsze chciałam mieć dzieci, nie udało mi się (z braku odpowiedniego partnera) i już się nie uda (ze względów medycznych). W tej sytuacji nieodmiennie wkurza mnie współczucie bezpłodności wyłącznie PAROM, które starają się i nie mogą zajść. Otóż nie, jako singielka mogę cierpieć tak samo 🙁

    I jeszcze odniosę się do cytatu:
    „TYLKO NIE ZAJDŹ W CIĄŻĘ. Największy straszak na wiele, wiele lat życia. Większy niż groźba bycia zamordowaną.”

    Nigdy nie słyszałam czegoś takiego od rodziców czy nauczycieli. Wręcz przeciwnie – miałam przekonanie, że wczesne macierzyństwo jest trudniejsze, ale do przejścia, a kobiety, które rozpaczają z powodu takiej ciąży, niepotrzebnie panikują.

    • „Tylko nie zajdź w ciążę” – ja z kolei uważam, że tzw. „wpadka” to jeden z największych strachów pobożnych matek, które mają dorastające córki.

      • Nie wiem, co jest gorsze, czy zajść w niechcianą ciążę z nieodpowiednim facetem (i musieć przez resztę życia utrzymywać z nim kontakty z powodu dziecka), czy nie móc zajść w upragnioną ciążę z tym odpowiednim. Znam sporo i pierwszych, i drugich przypadków – i jednak happy endem kończą się raczej te drugie niż te pierwsze.

  • Shakuahi

    Chociaż w mojej najbliższej rodzinie były dwa poronienia (o których wiem) to też nie obyło się bez pouczeń na każdym kroku żeby to przypadkiem w ciąże nie zajść, wszak to proste jak kichnięcie. Poruszanie tego bardziej bolesnego aspektu macierzyństwa z pewnością nie jest łatwe, tym bardziej doceniam, że takie głosy się pojawiają. Zmienia to trochę perspektywę człowieka. Dziękuję 🙂

  • Jest nas więcej niż każdej z nas z osobna mogłoby się wydawać. Dziewczyn, które miesiac w miesiąc ryczą z bezsilności i pytaja „dlaczego?”. Niemal dwa lata. Tyle czasu czulam się jakbym była totalna porażka.
    Aż do momentu, w którym coś mi się przedstawiło w głowie. Nie wiem co, szły wakacje i chyba nie chciałam o tym myśleć. I dalsza czesc historii jest taka jak Twoja. Myślałam o urlopie, wrzuciłam na luz, który tak jak Ty zaprawiłam morzem alkoholu. I nagle przyszedł PMS, który zwalił mnie z nóg… Okres musiał mi się spóźnić 2 tygodnie żebym ciążę w ogóle zaczęła brac pod uwage.
    Pozdrawiam ja i mój uciskacz pęcherza. 😉

  • Wera

    Stan psychiczny mnie osobiście zupełnie obcy, ale jak widzę więcej osób niż mogłoby się wydawać może czuć się źle i beznadziejnie z powodu różnego rodzaju problemów zajściem w ciążę. Mam jednak bliską osobę, ciocię, która nie jest w stanie zajść w ciążę po raz drugi. Podejmowała różne próby, wizyty u rozmaitych lekarzy w stylu zielarza, jakieś specjalne diety itd. Własne emocje z tym związane nie były jednak jedynym z czym musiała sobie radzić. Pojawiły się jeszcze komentarze mniej lub bardziej bliskich kobiet. Przykładowo: -„A ty to taka leniwa jesteś, tylko jedno dziecko, moja Alinka to ma już cztery” -„Ale ja nie mogę mieć dzieci”. I wtedy ją zatkało, bo tego w ogóle nie wzięła pod uwagę. I niestety nie był to odosobniony komentarz tego typu. Także brak empatii i zbyt mocne przekonanie, że ma się prawo do oceniania i komentowania cudzego życia wydają się jeszcze gorsze w świetle tego, co napisałaś. W świetle faktu, że już sama niemożność zajścia w ciążę może powodować podłe nastroje, a tu jeszcze koleżanki czy kuzynki, z którymi w zasadzie nie masz szczególnie bliskiego kontaktu czymś takim ci dowalą.

  • Katarzyna Wrzesińska

    Czuję się podobnie. Jestem jeszcze przed szczegółowymi badaniami, pierwszy idzie partner a i tak czuję się jak gówno. Tylko ja wszystkie emocje chowam głęboko w sobie i nie pozwalam im wyjść na światło dzienne przed nikim, nie rozmawiam o tym dlatego otoczenie myśli, że generalnie jest ok. I choć jak Ty myślę że dziecko nie jest wyznacznikiem wartości kobiety, to i tak czuję się beznadziejna i wybrakowana. Zastanawiam się co ze mną nie tak i gdzie popełniam błąd. Staram się nie zwariować, ale jest ciężko.

  • Karolina Łuć

    Nawet nie wiesz jak płakałam wczoraj kiedy kolejna blogerka ogłosiła ciąże, a my staramy się od grudnia i nic. Ale to medycznie niemożliwe u nas… Więc żyję nadzieją i cudem i zaciskam oczy, żeby nie rozpaść się na pół. Dziękuje za ten wpis. Wiem, że to nie moja sprawa jak podchodzisz do macierzyństwa ale chciałam Ci napisać, że wreszcie ktoś normalny pisze normalnie. Ulzyło mi, że nie zmienisz się w słodko pierdzącego instamadkowego potwora <3 I za to Ci dziękuje. Przy Twoim ogłoszeniu ciąży też płakałam. Trochę ze smutku, że ja znowu mam okres ale więcej z radości, że Wam się udało <3
    Lola

    • Kurcze, zobacz jak to jest. Żadna z nas nie nosi koszulki ze znaczkiem, napisu na czole. Na co dzień mamy swoje dobre chwile i się śmiejemy, ale to wcale nie znaczy, że wszystko jest ok. Trzeba mówić o takich rzeczach i trzeba się wspierać, a nie puszczać bezmyślnie komentarze, które potrafią strasznie ranić.

      • Karolina Łuć

        Bezmyślne komentarze? bo nie wiem czy ja coś nie tak napisałam? 🙁

        • Nie, miałam na myśli komentarze jakie zupełnie bez refleksji potrafią nam zaserwować inni. Może ujęłam to jakoś tak niefortunnie.

          • Karolina Łuć

            aa rozumiem już 🙂 tule Cię mocno bo tylko tyle mogę <3

  • Oj nie jest łatwo. Po paru latach prób odpuściłam, bo każdy test ciążowy, który pokazywał jedną kreskę był jak kopnięcie w brzuch. Wytłumaczyłam sobie, że cóż tak już jest. Szczerze? Nigdy nie uwierzyłam w swoje tłumaczenie. Tliła się we mnie nadzieja i powtarzałam sobie historię cioci mojego kolegi, która też lata próbowała. W końcu po 40 odpuściła, kupiła wymarzonego owczarka, a pół roku potem była w ciąży z pierwszym dzieckiem. Pies pojawił się w naszym domu zupełnie z innej okazji, jest z nami ponad 2 lata, ale ten trick u nas nie podziałał. Jakiś czas temu moja koleżanka, która też miała problemy z zajściem w ciążę, po wielu przebojach, powiedziała, że będzie miała maluszka. Tak bardzo chciałam się z nią cieszyć, ale nie umiałam. Przepłakałam chyba tydzień. Miałam wrażenie, że zostałam jedyna taka wadliwa (tak wiem, że to brzmi niedorzecznie). Z czasem złapałam dystans, a dzieciaczek który się urodził u mojej koleżanki jest moim ulubionym dzieckiem pod słońcem.

    Tak sobie tylko myślę, że strasznie przykre jest to, że my kobiety jesteśmy często dla innych kobiet takie okrutne. Moja była przyjaciółka (2 dzieci) powiedziała mi kiedyś, że ja i mój mąż tylko bawimy się w małżeństwo, bo nie mamy dzieci i nasz związek jest nic nie wart. Kiedy jeszcze miałyśmy kontakt nigdy nie zainteresowała się czemu tak jest. Potem nasze drogi się rozeszły. Trudno. Ale przecież to nie koniec. Wieczne docinki – No tak, 10 lat po ślubie, a dzieci brak. Jakieś dziwaki. No i oczywiście ponieważ ja miastowa, a mąż ze wsi. Czyli to na pewno ja i moje wielkomiejskie dziwactwa. Co zrobić? Ja zaczęłam ignorować, ale nie gwarantuję że kiedyś ktoś nie przeleje czary i wtedy mogę wybuchnąć.

  • Ula

    Moje odczucia po tekście i komentarzach, to przerażenie ile jest jeszcze powodów w życiu, żeby czuć się jak gówno. Nie możesz zajść w ciążę, poroniłaś, jesteś młodą matką… cała masa sytuacji, które sprawiają, że masz ochotę strzelić sobie w łeb. Jako osoba mająca tendencje do takich odczuć, wręcz nie mogę się doczekać, który temat będzie mi za jakiś czas dobrze znany… I jest to dla mnie jednym z powodów do wątpienia w macierzyństwo… Nie miałaś dużych wątpliwości czy chcesz zostać mamą, wiedząc, że prawdopodobnie będzie się to wiązać z ekstremalnym emocjonalnym rollercoasterem?

    • Paradoksalnie macierzyństwo uczy radzić sobie z takimi rzeczami. Człowiek staje się silniejszy, ale i mądrzejszy. Ile razy zdarzyło Ci się pochopnie kogoś ocenić? Będąc rodzicem i mając wiele trudnych doświadczeń za sobą, jakoś tak człowiek trzy razy się w język ugryzie, zanim napisze cokolwiek o kimkolwiek.

      • Ula

        Ciekawe spostrzeżenie, chociaż z drugiej strony spodziewam się, że są kobiety, które macierzyństwo rozkłada na łopatki, tak jak niektórych życie, mimo że większość nieźle sobie z nim radzi.

        • Nieliczne wyjątki. Kryzys przechodzi się zawsze, bo jednak poród to duże obciążenie biologiczne. Ale tak naprawdę więcej zależy od otoczenia, od partnera, od najbliższej rodziny i to otoczenie generuje 99% problemów lub im zapobiega, nie sam fakt zostania matką.

    • Nie bardzo się nad tym zastanawiałam podejmując decyzję.

  • Joanna Prokopowicz

    Dziękuję za ten tekst. Jest ważny. Bezskutecznie starającym się o dziecko uświadamia, że jest nas więcej, a osobom z zewnątrz otwiera oczy, z jak trudnymi emocjami się zmagamy. Jak czujemy się gorsze, niesprawne, wytykane palcami, kiedy cały wszechświat zdaje się pachnieć noworodkiem, brzuch każdej spotykanej kobiety zdaje się być zamieszkały albo przynajmniej jej piersi są aktualnie karmiące. Każda młodsza o kilka lat znajoma zdaje się rodzić trzecie już dziecko, a tym po 40-stce też się jakoś ostatnio wpadło… Jak wstrzymujesz się do ostatniej chwili z zakupem sukienki na ślub młodszej siostry z pewnością, że do tego czasu przecież osiągniesz już sporych rozmiarów brzuszek, a tu mija ślub, mija ciąża siostry… Ciąża koleżanki, kuzynki, szwagierki. A ty z uśmiechem gratulujesz, po czym przez tydzień nie możesz dojść do siebie. Jak jako fotograf odmawiasz zrobienia im sesji brzuszkowej, bo po pierwszej próbie jest to emocjonalnie nie do udźwignięcia. Jak wypisujesz kartkę na chrzest i uważasz, żeby łzy nie rozmazały tekstu. Jak cię pali od środka, kiedy sąsiadka radośnie woła „Ale się wam ten siostrzeniec udał!”. Jak widzisz dziesięciolatka i wyrzucasz sobie, że lata temu tak pieczołowicie dbałaś o antykoncepcję. Jak zaczynasz dopatrywać się wad w swoim mężu i małżeństwie, bo przecież jakby związek był dobry to byłoby i dziecko, pewnie los coś chce ci powiedzieć. Jak nagle podczas obiadu zalewasz się łzami, bo w radio coś wspomniano o porzuconym dziecku… Trudne sytuacje są na porządku dziennym, dla nas szczególnie, ale także dla naszych bliskich. Mąż proszący, żeby go nie informować o ciążach w najbliższym otoczeniu, bo za bardzo go to dotyka. Przyjaciółka ukrywająca ciążę kilka miesięcy, mama podsuwająca testy owulacyjne i zaskórniaki na kolejne badania, rodzeństwo powściągające przy nas radość z własnych dzieci. Bezpłodność można chyba już zaliczyć do chorób cywilizacyjnych i dobrze, jakbyśmy zwyczajnie mieli na względzie uczucia drugiej strony, zarówno w stosunku do osób starających się, jak i do szczęśliwych rodziców, bez popadania w skrajności, przecież wszyscy życzymy sobie dobrze. Czasem ukojenie znajduję w roli cioci – ciążowy brzuch, który przybrał postać żywej roześmianej istoty, nie daje się nie kochać. Innym razem potrzebuję na kilka dni ograniczyć do minimum ciążowe i bobasowe bodźce atakujące z każdej strony. Każdy musi znaleźć swój sposób na ten niełatwy czas.Trzymajmy się!

  • Agnes

    Ja wybiegne troche w przyszlosc ktora jak dla mnie szybko mnie doswiadczyla, swoje jedyne dziecko urodzilam jak mialam 39 lat. W 3 lata po porodzie doswiadczylam przedwczesnej menopauzy. Z moich doswiadczen przebija ostra gorycz. O o ile lekarze zrobia wszystko dla ciebie abys zaszla w ciaze to okres menopauzy juz pozostawiaja cie samej sobie. Tak to juz jest wczesnie pani miala miesiaczke, gentyka rodzinne doswiadczenia kobiet. Lek z jaikm budzisz sie rano jak bys rozpadla sie na kawalki drobniutkie. Sen to wielki problem. Nagle przytyllas. Czulam sie jakby pogrzebano mnie zywcem jako kobiete. Ale co pani chce ma pani chociaz dziecko. Zajelo mi 2 lata znalesc odpowiedniego lekarza, robilam 3 razy rewitalizacje pochwy aby zapobiec suchosci i czestym infekcja. Przyjmuje hormony i ciesze sie zyciem seksualnym choc zostalo ono mi skrocone wczesnie. No bo menopauze maja panie okolo 60. Cierpliwosci i wszystkiego dobrego.

    • Shakuahi

      Moja mama miała 39 lat, gdy zaczęła się u niej menopauza – trochę z wyboru, bo zdecydowała się na usunięcie macicy ze względów medycznych. Niby wiedziała, że konsekwencją tego będzie przedwczesna menopauza, ale żaden lekarz nie przygotował ją na to, co ma nadejść. Ja mam 29 lat a lekarze już teraz mi zalecają rodzić co mam urodzić i zwijać interes, z tych samych względów medycznych co mama. Z jednej strony sobie myślę, że jestem trochę w lepszej sytuacji, bo wiem co mnie czeka (tzn. bardziej niż mama, ale nadal nie wystarczająco, bo wiadomo, nie przeżyłam tego), a z drugiej czuję ogromną presję – normalnie poczekałabym z dzieckiem jeszcze długo, a tak wiem, że w gruncie rzeczy powinnam zaczynać jak najszybciej i od razu machnąć tyle ile planuję mieć. Mam nadzieję, że już najgorsze za Tobą 🙂

      • Agnes

        W moim przypadku kluczem jest stosowanie lekow nie chce i nie mam ochoty cierpiec skoro mozna sobie pomoc. Jednak w kolorowych gazetach nic za bardzo nie pisza o menopauzie a ja zaliczam sie do grona 4% ktore przechodzi ja wczesniej. Dodatkowo mam mlodego meza i libido nie raz wynosilo -200% . Wieczna suchosc pochwy. Mam kilka kolezanek ktore tez rodzily dzieci pozno i przewaza opinia iz po 40 mniej ma sie cierpliwosci i sily gdybym mogla cofnac czas to wolalabym miec dziecko wczesniej tylko wczesniej nie poznalam moje meza. Nawet jak czlowiek sie przygotuje to emocje i uczucia nas przerobia.

  • Nie wiem czy wiesz, ale standardowy termin zajścia w ciążę to dwa lata. Przy założeniu, że obie strony są zdrowe. Owszem, istnieją na świecie istoty wiatropylne, które wystarczą, że spojrzą na faceta i już są w ciąży, ale to niewielki procent ludzi. Co piata para ma problem z zajściem w ciążę. Co piąta czyli jedna na pięć! Czasami jest to wynikiem niedobrania biologicznego, czyli obie strony zdrowe jak rydz, ale ich organizmy są na tyle niekompatybilne, że nawet in vitro nie pomaga. Jest to trochę związane z grupami krwi, a raczej nie z samą krwią, co pewną niekompatybilnością chemii ustrojowej (wiesz, że twoja wątroba czy ślina też mają tą samą grupę co krew?). W wielkim skrócie organizm matki albo odrzuca już każdy plemnik, won mi z tym szajsem, ja chcę innego pana, albo organizm traktuje dziecko jak nowotwór obcy tkankowo. Nie wiem jaką masz grupę krwi, ale statystycznie kobiety z grupą krwi 0, zwłaszcza 0 rh – (w rzeczywistości grup krwi jest o wiele więcej niż podstawowych, mocno upraszczam) mają generalnie problem z zajściem w ciążę i donoszeniem jej, zwłaszcza jeśli ojciec jest z dużej rodziny grupy A lub B (każda A i B ma kilka podgrup). Po prostu tak jest i trzeba się z tym pogodzić. Czasami też kobiety latami nie wiedzą o swoich zaburzeniach i chorobach hormonalnych, bo latami są na pigułkach antykoncepcyjnych, które same w sobie nie są złe, ale niestety maskują wiele problemów zdrowotnych. Problemy te wyłażą najdalej dwa lata po odstawieniu pigułek, czasem już jak dziewczyna jest w ciąży! Zaczyna wariować tarczyca, zaczyna wariować przysadka… po dokładniejszym wywiadzie okazuje się, że te problemy istniały w okresie dorastania, ale ginekolog zamiast zająć się problemem, przepisał pigułki i objawy magicznie zniknęły. Ale nie zniknęła ich przyczyna. Do tego dochodzi kwestia samej natury, kochanej przyrody, którą tak bardzo kochamy. Ale ona nie kocha nas i usuwa już na wczesnym etapie dzieci z upośledzonym genotypem (większość ciąż na wczesnym etapie kończy się poronieniem, jeszcze zanim ciążę wykryją testy). Naprawdę niewielki procent udaje się jej przegapić. Czasami trzeba wziąć głęboki oddech i zdać się na nią. Od lat jesteśmy bombardowani przez media życiem idealnym, gdzie każdy jest idealny i każdy żyje idealnie sto lat do równie idealnej śmierci. Ciąża przypomina nam, że życie to nie film, że jesteśmy tu naprawdę i uczymy się doświadczając każdego dnia. I że nie wszystko będzie dobrze, ale te doświadczenia są nam potrzebne. Inaczej nasze istnienie nie miałoby najmniejszego sensu.

    • Wg większości tego co czytałam, 90% par po roku odnosi sukces, ale to tylko ogólne wskazania lekarskie, więc są z założenia „ogólne”. Z resztą zgadzam się co do słowa, będzie co ma być i jak ma być i natury nie przeskoczymy.
      (a grupy krwi mamy idealnie niedobrane, z tego wynika)

  • Gosia K.

    Chyba pierwszy raz w życiu coś u Ciebie komentuję, chociaż podczytuję od dawna. To trudny temat i długo nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak powszechny! Mogłabym się podpisać pod każdym słowem, testy owulacyjne, testy ciążowe i płacz przy każdym okresie, atakujące zewsząd brzuchy, wszystkie koleżanki nagle w ciąży… u nas trwało to ponad rok i gdyby nie interwencja medyczna, to do niczego by nie doszło. Teraz nasz synek ma 3 lata:) Dobrze pamiętam, że kiedy miał nieco ponad rok, podjęliśmy decyzję, że będziemy się starali o drugie… ponieważ za pierwszym razem było tak trudno, to nastawialiśmy się na kolejne miesiące, może nawet lata walki… no i w drugą ciążę zaszłam w MIESIĄC od podjęcia decyzji o staraniach 🙂 Do tej pory tego nie rozumiem, to w zasadzie należy rozpatrywać w kategoriach cudu, a teraz ten cud ma półtora roku i właśnie karmi jabłkiem plastikowe dinozaury 🙂

  • Agata

    Starałam się o dziecko 3 lata… Związek nie przetrwał tej próby, a ja popadłam w depresje. W moim przypadku musiałam trafić na odpowiednią osobę (tak sobie to tłumacze bo też wyniki były ok). Teraz z nowym partnerem wychowujemy naszą piękną córkę.

  • Paula

    Fajny punkt widzenia i szczerze napisane. Masz odmienny styl bycia i to jest fajne. Powodzenia :-).

Loading..