Zakon Prawdziwej Kobiecości 

Mam często wrażenie, że będąc sobą zdradzam Zakon Prawdziwej Kobiecości. Być może po prostu nigdy mnie do niego nie przyjęto. 

Nie celebrując każdej chwili ciąży w najwspanialszy możliwy sposób i nie czując na każdym kroku jej czarującej magii, mam wrażenie jakbym była w tym filmie z Jane Seymour, w którym wszystkie kobiety są ubrane na biało według obowiązującego dress code’u, a ona wchodzi w krwistoczerwonej sukni. Jakieś wielkie faux-pas. 

Nie płaczesz ze wzruszenia na USG? Nie masz wyprawki zaplanowanej w najdrobniejszych szczegółach? Nie urządzasz w myślach i rzeczywistości pokoiku? Nie czujesz małych motylków miłości? To po co w ogóle mieć dziecko, jeśli nie jest to spełnienie Twoich najskrytszych marzeń? Nie bronię nikomu przeżywania, natomiast nieustanne zachwycanie się jak po zacnej dawce LSD wydaje mi się, no cóż, egzaltacją i naginaniem rzeczywistości. 

Kilka członkiń Zakonu w moim otoczeniu naciskało mnie od miesięcy, czy kupiłam już łóżeczko, wózeczek, milion kremików, milion pieluszek, wszystko. Już, teraz, ile, kiedy, jakiej firmy. Każda z nich robiła to oczywiście z dobroci serca i z najczystszymi intencjami. Za każdym razem czułam się zupełnie zaszczuta.Torbę miałam mieć spakowaną przed trzydziestym tygodniem, bo mogę iść do szpitala W KAŻDEJ CHWILI. Dwa miesiące później dalej nie jestem w szpitalu. Wiecie z czym kojarzy mi się ta sytuacja? Z takim bliskowschodnim kolesiem, który powiedział do jednej siostry, złej na lenistwo drugiej: “Marto, troszczysz się o tak wiele, a tak niewiele potrzeba”. 

Wydaje mi się, że na tle tych zachwytów i promieniującej kobiecości, jestem osobą nieczułą i zimną. Wydaje mi się tak do momentu, kiedy ta promieniująca kobiecość i zachwyt nad światem przeradzają się w marketingową strategię. A wcześniej czy później niemal zawsze się przeradzają. Nie poddając się rozczuleniu, łatwiej nie kupić tego wszystkiego, co ktoś ma do sprzedania. Egzaltacja sprzedaje. Wzniosłe emocje i górnolotny bełkot sprzedają lepiej niż cokolwiek innego. Wie o tym dobrze na przykład Paulo Coelho.

 

W momencie największych zmian w dotychczasowym życiu, nikogo nie obchodzi stan jednostki. Ramy na to jak masz się czuć są od dawna postanowione. Nie masz prawa do własnych planów i weryfikacji, ponieważ Zakon Prawdziwych Kobiet już dawno wszystko zrobił, już dawno wszystko przeżył i dobrze wie jak będzie. Jeśli nie złamał Cię jeszcze przy okazji planowania ślubu (o zgrozo, może nie masz ślubu?!), to nie odpuści przy okazji macierzyństwa. Wiem, wiem, przekonam się jak to jest. Spotka mnie zasłużona kara za myślenie, że znajdziemy swój rytm i będziemy jakoś razem żyć, na dobre i na złe, lepiej lub gorzej, zależnie od dnia. Na pewno nie będzie tak jak myślę. Tak samo, jak w ciąży zrozumiem magię i celebrację i…oh,wait.  

Nie dbam o to czy będę idealną matką. Wystarczy, że będę matką, której uda się utrzymać dziecko przy życiu, w miarę czyste i w miarę ubawione. Nie dbam o to czy jestem perfekcyjną panią domu, dobrą żoną, czarującą kobietą, czy mam w szafie wszystkie must-hewy i czy zgromadziłam wszystkie sprzęty niezbędne do prawidłowego funkcjonowania jednostki w wizji świata Zakonu i jego sponsorów. Dbam o to, żeby być sobą. Wbrew temu, co czasem starają się nam sprzedać różne koncerny, być sobą można całkowicie za darmo. 

  • Co za zbieg okoliczności. Właśnie staram się napisać wpis o wyprawce, którego podsumowaniem mógłby być ostatni akapit Twojego wpisu. Będziecie razem żyć, a jeśli czegoś będziesz potrzebować, to mieszkając w największym mieście Europy w wieku XXI możesz to coś zamówić online z dostawą do domu na następny dzień. Albo nawet szybciej.

    Moja strategia na organizację ślubu to było głównie wykreślanie punktów z gotowych list rzeczy do załatwienia. To samo z wyprawką. Nie uważam, że zrobiłam którąś z tych rzeczy idealnie. Ale ślub jest ważny, dziecko zdrowe i nawet bywa zadowolone z życia (chyba że zabraknie liofilizowanych truskawek), więc chyba mogę uznać, że wszystko gra.

    Tylko poradnika ślubnego nie napiszę. Smuteczek 😀

    • Najwięcej stresu generują zawsze osoby, które pytają czy już x, y i z zrobione. Nie stresuję się czy wszystko będzie ok tylko oczekiwaniami.

  • Będąc obecnie w ciąży mogę wytypować moje dwa ulubione teksty, które często słyszę od „doświadczonych” matek, tj. „już niedługo zobaczysz jak to będzie…” oraz „korzystaj póki możesz”. Wtf? Wszystko to brzmi jakby moje życie po urodzeniu miało się skończyć. Staram się to puszczać mimo uszu, ale gdzieś w środku te kwoki zasialy mi to ziarno niepewności i im bliżej porodu to zaczynam się cykać i (o zgrozo!) obwiniać o różne pierdoły (że nie poszłam do szkoły rodzenia, a mówiły że mam koniecznie iść, że 3/4 rzeczy z wyprawki to używki po kuzynostwie, że nie urzadzilismy pokoiku dla dziecka). Jezu, ta presja otoczenia jest masakryczna. Jeszcze w moim przypadku wkurzaja mnie niemiłosiernie ciągle uwagi, że jestem w 7 miesiacu i mam za mały brzuch oraz, że nie przytyłam. (Dżisas, ludziom nie dogodzi, za gruba źle, szczupła też źle…). Zastanawia mnie jak to jest, że takie komentarze mogą niektórym tak łatwo przechodzić przez gardło, totalnie bez zastanowienia, czy mam ochotę słuchać tego, że w czyimś mniemaniu jestem za chuda no i przecież powinnam jeść za dwoje! Jest jeszcze takich niuansow cała masa, ale już dość, bo mi się ciśnienie podnosi jak o tym myślę. Rekłam. Pozdrawiam!

    • O tak, albo „zatęsknisz za pracą”. Fakenszyt, nic o mnie człowieku nie wiesz i mówisz mi jak będę się czuć. Też nie poszłam do szkoły rodzenia poza jednym darmowym dniem w szpitalu. Większość matek w historii nie poszła.

    • Dusa_me

      Dziewczyny, może być różnie… ja akurat mam nieodkładalnego niemowlaka, który wszytko (włącznie z…kupą) robiłby przy piersi. Do tego dochodzi jeszcze MA-SA-KRY-CZNE niewyspanie (królestwo za nieprzerwane 4h snu! tylko, że nie mam królestwa) no i ogólna frustracja. Heh… Nie wiem kto pisał, że dzieci głównie śpią…

      • Ja, bo moje dziecko przez cztery miesiące spało kilkanaście godzin na dobę i budziło się tylko na jedzenie. Tylko wieczorem miało ze dwie godziny aktywności. 😉

  • Tak bardzo Cię rozumiem! Czułam się w ciąży mniej więcej w ten sposob. I bardzo podoba mi się to określenie „zakon prawdziwej kobiecości”. Wygląda na to, że to jest taka wersja mistyki kobiecości i mitu urody (wciąż żywego) dla matek. Tak bardzo pasuje do tego schematu, że chyba powinna powstać o tym jakas książka (o slubach też). Nie wpasowujesz się – coś z tobą nie tak. Byle sprzedać. A machina sprzedażowa szczęścia dla młodych matek zostawia zabiegi marketingowe producentów AGD i przemysłu kosmetycznego daleko w tyle. Bo co, dziecku nie kupisz?

  • Emilia Maciejewska

    Planuję teraz ślub i już spotkałam się z lekkim ostracyzmem z powodu tego, że całą koordynację oddałam w ręce konsultantki. Do kilku osób nie mogło dotrzeć, że nie jara mnie wybieranie fotografa, dekoracji czy nawet odpowiedniego miejsca na wesele. To przykre, że ludzie nie potrafią zrozumieć, że ktoś może chcieć inaczej, że są granice, których się nie przekracza. Doradzanie przyszłej mamie jeśli o to nie prosi jest poważnym przekroczeniem granic.

    • Och, też kontaktowałam się z konsultantką! Zrezygnowałam, kiedy powiedziała, że poniżej 60 tysięcy to się NIEWIELE DA ZROBIĆ. Powiedzmy, że zmieściliśmy się w kwocie diametralnie niższej, a i tak uważaliśmy, że byliśmy rozrzutni i mieliśmy wesele przy Długim Targu w Gdańsku. Pani musiała ewidentnie być z Zakonu.

      • Emilia Maciejewska

        Ewidentnie, bo nie spotkałam się z takim podejściem a mój budżet kosmiczny znów nie jest. Moje wesele będzie niemal w centrum Warszawy, co pokazuje, że da się jak się chce.

      • O rany, gdzie te czasy, kiedy wesele robiło się u siebie w domu i zapraszało znajomych na potańcówkę, a wydatki za alkohol zwracała suma z kopert? 😉

  • Michalina

    W ciąży nadszedł taki moment, że autentyczną przyjemność sprawiało mi pranie, układanie i oglądanie ciuszków. A jeśli Tobie nie sprawia to po co masz się tym zajmować?

  • Tak mi się wydaje, że takich kobiet, które nie należą do tego zakonu jest coraz więcej 😉

    Ale fakt, że inni ludzie ciągle próbują nam narzucić swój punkt widzenia, swoje sposoby na przeżywanie życia, swoje rozwiązania… Najgorzej mnie martwi, że tak ciężko takim osobom wytłumaczyć, że ja przeżywam coś inaczej i że mam inne zdanie na jakiś temat.

  • Po dłuższym czasie niewidzenia się spotkałam się z koleżanką, która urodziła dziecko. Jej córka miała już wtedy pół roku, więc minęło trochę czasu potrzebnego na weryfikację. Koleżanka powiedziała mi wtedy, że jedyne, czego tak naprawdę potrzebowała to fotelik do samochodu. Już chwaliłam, że zaoszczędziła kupę kasy. Nie, odpowiedziała, wszystko to kupiliśmy (wózki, łóżeczka, przewijaki) i okazało się kompletnie zbędne…
    To dobra nauka. Dokupić coś zawsze można. To dużo mniejszy problem, niż próbować coś potem sprzedać, gdy okazuje się, że tego nie potrzebujesz.

  • Addicted to Disney

    „Troszczysz sie o tak wiele, a tak niewiele potrzeba”❤
    Dosłownie kocham ten tekst.
    Ja mam takie pr
    Zykre doswiadczenie kiedy to po smierci mojej Mamusi kobiety- teraz juz wiem ze byly to członkinie jakiegoś zakonu- lepiej ode mnie wiedzialy jak mam przeżywać żałobę. Kiedy sie smiać, kiedy płakać, jal sie ubierać (dlaczego nie na czarno) itd. Wierze ze to byly dobre checi. Po tym wszystkim wiem czym jest wybrukowane piekło.

  • Shakuahi

    Nie wiem jak Wy, ale ja tam ten zakon mam w nosie 😉

  • Monika Nowakowska

    Nah. To po prostu kwestia towarzystwa wokół Ciebie. Moim zdaniem nie warto sobie antagonizować grup kobiet. Te, które bardzo cieszą się na ognisko rodzinne i inne rzeczy – niech to robią, po prostu wystarczy poinformować je, że masz gdzieś ich porady. To samo z dziewczynami „spoza zakonu” – cieszmy się swoim sposobem życia, jeśli uważamy go za najlepszy!

    Ponadto – fajnie, że dziewczyny z „zakonu”, cieszą się swoim szczęściem. Chętniej przecież opowiada się o tropikalnych wakacjach, niż o tym, że ostatnio płakało się całą noc z powodów. Ale jeśli Cię irytuje, co mówią – powiedz to im! 🙂 Może same nie wiedzą, że wprawiają Cię w takie uczucia :c.
    Komunikacją da się wiele rozwiązać!

    • Monika Ma

      Chciałabym się bardzo zgodzić – zwłaszcza z dwoma pierwszymi zdaniami. U mnie 25 tydzień i mimo, że pracuję i mam wokół siebie sporo różnych kobiet (z dziećmi lub bez) w ogóle nie doświadczam tego, o czym tu mowa. Żadnych oczekiwań, dręczących pytań, co najwyżej pytania o samopoczucie. Już częściej ja się do tych kobiet zwracam po radę, pomoc, bo lubię je i jestem ciekawa ich doświadczeń. Więc to naprawdę kwestia towarzystwa wokół, a nie jakaś specyficzna cecha konkretnej części kobiet. Może warto zmienić to towarzystwo, albo być nieco dalej z tymi, z którymi nam nie po drodze?

      • Jedni się zgodzą, inni mają zupełnie inne doświadczenia.

  • skrzacik

    Moja własna matka chyba została niedawno mianowana prezeską tego Zakonu po tym, jak dostałam od niej „subtelny” opieprz na temat braku wyboru indywidualnej położnej do porodu. Argumenty były na tyle absurdalne, że aż mnie zatkało i nie byłam w stanie wydusić słowa, co tak naprawdę o tym wszystkim myślę. Rodzę za miesiąc, nie mam tej cholernej położnej, bo nie chcę, nie kupiliśmy jeszcze ani jednej zabawki, nie widzę takiej potrzeby, nawet łóżeczka jeszcze brak. Sen z powiek spędza mi myśl, by wychować tę małą jednostkę na wartościową, rozumną i inteligentną osobę, a nie fakt zawalenia jej toną niepotrzebnych gadżetów.

    • Nie trzeba mieć położnej zamówionej do porodu. A porody trwają różnie – żadna nie wytrzyma kilkunastu godzin na służbie. Z resztą często jest właśnie tak – na dyżurze pierwszej trwa i trwa, przychodzi zmiana, z nową energia i z nowymi pomysłami i akcja zaczyna się posuwać. Na pewno warto mieć zaufaną osobę, ale czy jest to partner, siostra, doula czy przyjaciółka nie jest aż tak istotna. U mnie był mąż, ale za drugim razem chciałam zaufaną koleżankę, położna, ale nie w charakterze położnej, tylko douli. Ale po pierwszym pobycie w szpitalu odesłano mnie do domu, a kiedy wróciłam tego samego wieczoru, ona już nie zdążyła na porodówkę, bo akcja była zbyt zaawansowana na wpuszczanie osób z zewnątrz. Szkoda, ale daliśmy z mężem radę, choć wcale nie chciałam z nim rodzic.

      • skrzacik

        Oczywiście, że nie trzeba mieć położnej, m.in. z tych powodów, które wymieniłaś, nie wspominając o kosztach za taką usługę. Nie jestem już małoletnią, znam swoje prawa na porodówce i o ile nie będę zamroczona hormonami lub znieczuleniem, wystarczy mi obecność męża oraz normalne podejście personelu i stosowanie się do ich zaleceń. Wszystko sprowadza się do tego, by liczyć się z różnymi ewentualnościami (nie bać się ich, tylko być świadomą), a przed tym nie zabezpieczy nawet najlepiej wyszkolona położna przy boku.

  • Ja tez mam nadzieje ze uda się u mnie to przejść tak jak zawsze: czyli pomyśle pewnie w co ubrać dziecko jak się urodzi i przygotuje te ubranka, sprawdzę czy w szpitalu są zapewnione kluczowe rzeczy i pewnie kupie wcześniej nosidełko i kocyk. I ze nikt nie będzie mnie terroryzował.

  • Agnes

    Tego dobrotliwego dawania rad udalo mi sie uniknac, jednak zycie poza krajem ma swoje plusy. Dodatkowo nikt za bardzo nie wiedzial o ciazy a znajomi jakos nie mieli tych dobrych rad , bylo tez juz ich nie wielu. Lozeczko stalo puste kupilsmy na darmo, mielismy dziecko z 3 miesiecznymi kolkami, pozniej okazalo sie ze chorowalo na refluks 6 pobudek w nocy w dzien spalo po 20 min. Wozek gleboki podobnie dekoracja zbedna, za to nosidelo do 13 miesiaca zycia I spacerowka byly najbardziej uzyteczne. Do dzis mamy krzeselko ze stokke trip trapp jedna z najlepszych rzeczy ktora kupilsmy juz uzywana. Corka ma 6 lat dalej go uzywa. Mam obserwacje ze single nie lubia sluchac o nowym zyciu twoim z dzieckiem, za to ja mam wciaz wysluchiwac znajomych jak im w pracy idzie co czuja gdzie byli a jak ja zaczynam mowic o swoim dniu bierzacym ktorym jest teraz dziecko to mowia powiedz mi o sobie, ………. przeciez mowie o sobie……..

  • Natalia Rojek

    Nie można było po prostu napisać Jezus zamiast „bliskowschodni koleś”

  • Catball

    W ciąży, jak w ciąży, ale jak zostajesz matką po raz pierwszy, to dopiero zaczyna się jazda – miałam wrażenie, że dosłownie cały świat się odpalił jako gigantyczny kombinat „wujko-cioć dobra rada”… Dosłownie wszyscy mieli coś do powiedzenia na każdy temat – porodu, karmienia, ubierania, przykrywania bądź nie, noszenia, spania, itede, itepe… Czasem mam wrażenie, że bycie matką to jak jakiś cholerny egzamin zdawany nieustannie każdego dnia przed całym społeczeństwem.

  • Joanna WJ

    Piękny tekst!

  • O, a nie straszą Cię, że teraz to już koniec życia i na zawsze stracisz figurę oraz przez trzy lata nie będziesz spać? Bo to dość częsty obrazek. Wśród kobiet panują jakieś niestworzone mity na temat ciąży i małych dzieci i co gorsza podsycają je położne i lekarze. Nie zliczę, ile głupot nasłuchałam się od ludzi z teoretycznym wykształceniem medycznym. Już na porodówce wystartowała położna z tekstem, dlaczego nie mam czerwonej kokardki przy rynience dziecka, przecież ktoś je może zauroczyć. I ta osoba ma mieć pieczę nad moim dzieckiem? Lekarze też czasem coś potrafią chlapnąć. Jedyne, co trzeba sobie przyswoić to to, że każde dziecko jest inne i niekoniecznie rozwija się tak, jak jest napisane w podręcznikach. 😉

  • Pingback: Podano do łóżka #162: Remigiusz Mróz, Primark i kubki z Myszką Miki()

  • puchzesłów.pl

    być sobą powinno być łatwe A chyba jest najtrudniejsze trzeba pracować systematycznie i być czujnym 🙂

Loading..