Photos by me and Lindsay

Wbrew obiegowej opinii (i mojej wygiętej w grymasie mordzie przedstawianej na blogu raczej solo) mam kilkoro przyjaciół i innych znajomych. Czasami nawet wychodzą na dwór i możemy się razem bawić, strzelać focie nad Tamizą i jeździć na karuzeli. Niektórzy moi znajomi, na przykład Lindsay, są tacy fajni, że wychodzą się pobawić pomimo wstrząśnienia mózgu dwa dni wcześniej.

Świąteczny Londyn da się nawet lubić. A może po prostu zaczyna mi się lekko podobać.

Proszę zauważyć, że w związku z zakończeniem kiziakowego odwyku zamieszczam nie jeden, ale dwa Kiziaki. Kiziakowa inwazja!

English: Though it may not seem like this looking at my blog (where I usually post a photos of me alone with pretentious face) I do have some friends. Sometimes we even go out and do fun stuff, like taking pictures on the South Bank or carouseling (an activity which I am a bit obsessed with). Some of my friends are so cool they meet me for a play date just two days after having suffered from a concussion. This is how Lindsay rolls.

London is much nicer during the Christmas time. Or maybe I am just starting to like it altogether.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

9 thoughts on “London by Night”

  1. Aww, przypomniało mi się jak sama stałam nad Tamizą, będąc szczylem jeszcze, i jak Londyn strasznie mi się nie podobał.
    Może gdybym teraz tam pojechała to większe wrażenie by na mnie zrobił, ale z dotychczasowych doświadczeń mogę powiedzieć, że nie ma się czym ekscytować.

    A poza tym to jesteś piękna, a na tych zdjęciach to przypominasz mi elfkę z Lothlorien, taka hipnotajzing jesteś, o!

  2. przepraszam, że dopiero odpisuję, ale ciągle się głowiłam jak nazywa się projektantka…pytałam nawet koleżanki i też nie pamięta…a najśmieszniejsze jest to, że obie wpatrywałyśmy się w metki tych bąbelkowych sweterków! Szkoda, że nie wzięłam wizytówki… i teraz mam nauczkę;-//

    Pozdrawiam;-)

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry