Tak. Absolutnie. Możecie dalej nie czytać…
Nie ma dla mnie przyjemniejszego typu filmu co ekranizacje Jane Austen. Nawet, jak nie są wybitne, a nowa “Rozważna i Romantyczna” Georgii Oakley wybitna nie jest, są wystarczająco dobre.
Nie chcę przez to powiedzieć, że film mi się nie podobał. Jest ze wszech miar poprawny, porwę się nawet na określenie “dobry”. Ma też sporo zalet. Ta “Rozważna i romantyczna” jest filmem przepięknie wręcz angielskim. Mógłby być wykorzystany do promocji kraju przez izbę turystyki. Nie jest to jednak angielskość przebojowa w stylu Cool Brittania. To angielskość jak z modowego edytoriala albo reklamy perfum Ffern. O tyle skutecznej, że nie znając zapachów, zapisałam się na subskrypcję…Mamy zimne angielskie plaże, mamy dramatyczne skaliste wzgórza i dziewczęta w powiewających na wietrze sukienkach. Potargane włosy, łąki i pola, stada jeleni, palce ubrudzone sokiem jeżyn, zrywanych prosto z krzaka i folkowe piosenki. Romantyczna wizja kraju prosto z XIX-wiecznych wierszy, powieści i malarstwa. Wiele ujęć przypomina angielskie obrazy z tego okresu, przedstawiające scenki rodzajowe.


Jeśli liczysz na wyidealizowany estetycznie i wybitnie zabawny film jak “Emma” Autumn de Wilde z 2020 roku (którą kocham, właśnie za jej estetyczną pozę i przybraną przesadzoną konwencję), to nie jest tego typu produkcja. O wiele bardziej przypomina film z 2005 r. Do mnie ta estetyka przemawia o wiele bardziej niż kultowy serial “Duma i Uprzedzenie” BBC. Można się na mnie złościć i zżymać, ale folkowe i surowe, bardziej organiczne przedstawienie historii podoba mi się po prostu bardziej niż dopracowana realizacja z lat dziewięćdziesiątych. I tak jak uwielbiam Colina Firtha jako Pana Darcy, tak nie cierpię Jennifer Ehle jako Lizzie. So sue me.

Marianne w interpretacji Esmé Creed-Miles wypada bardzo wiarygodnie jako nastolatka. Chociaż jej włosy, wyglądające na potargane i brudne przez 90% filmu, wołają o pomstę do nieba. Jest irytująca jak to nastolatka, irracjonalna, ale wiarygodna. Czy lepsza od Kate Winslet, reżyserowanej przez Anga Lee? Nie. Dla mnie Marianne to na zawsze Winslet. Ale jest przyzwoita i nie ma się czego wstydzić. Mam nadzieję zobaczyć aktorkę w kolejnych produkcjach, bo jestem jej ciekawa.

Bardzo, może najbardziej, ujmuje mnie Fiona Shaw jako Pani Jennings. Ale Fiona Shaw to wielki talent, kradnie większość produkcji, w których występuje. Tak, ta postać to stara wścibska baba, która wygaduje tyle niemądrych rzeczy, że ciężko nie przewracać oczami. A jednocześnie, cała rodzina Jenningsów, ze swoimi denerwującymi zachowaniami i grubiaństwem, ma niezaprzeczalnie złote serca i chce dla bohaterek jak najlepiej. Owszem, przytłaczając je troską, niemniej dostają od nich dach nad głową, prawie codziennie świeżo upolowane bażanty na obiad, pokrycie kosztów pobytu w Londynie czy opiekę w chorobie. Z punktu widzenia osoby dorosłej, która musi dbać o zapewnienie jedzenia na stole i ogarnia koszty codziennego życia, trudno mi nie doceniać takiej hojności i życzliwości. Czasem chciałoby się dać zaopiekować dziwacznej kuzynce.

Catriona Balfe przekonująco gra kobietę przepiękną, ale zupełnie życiowo niezaradną. Tworzy dom pełen miłości, co jest oczywiście piękne, ale nie umie zapewnić córkom niczego w praktycznym znaczeniu. Ogarnianie rodziny spada na głowę Elinor. Można zupełnie zrozumieć jak Pan Dashwood się w niej zakochał, zarówno w urodzie jak i łagodności, i jak doszło do tego, że po jego śmierci zostają bez pieniędzy.
Elinor i Edward obsadzeni są bardzo dobrze i trudno doszukiwać się tu wad. Daisy Edgar-Jones i George MacKay grają naturalnie i uroczo, czuć między nimi chemię, wyglądają w kostiumach świetnie i wiarygodnie.

Kolejny plan też trzyma fason. John Dashwood i Fanny są dziwaczni, ale eleganccy. Arogancka Fanny trzyma ekscentrycznego Johna pod pantoflem. Są dokładnie tacy, jak powinni.
Mam tylko jedno “ale”…Dziwi mnie obsadzenie jako pułkownika Brandona norweskiego aktora Herberta Nordruma. Nie chodzi nawet o jego ekspresję aktorską, bo ta akurat działa dobrze i emocjonalność jego gry (niska emocjonalność, bądźmy szczerzy) przekonuje mnie. Widać jednak jak na dłoni, że nie jest Brytyjczykiem. Nie jest aż tak dobrym aktorem. Ma skandynawską twarz i bardzo wyraźny skandynawski akcent. Wielka Brytania ma tylu wybitnych aktorów pod czterdziestkę (James Norton, Robert Pattinson, Matt Smith, Richard Madden, Sam Claflin, to tylko pierwsi z brzegu i najbardziej znani, mniej znanych są dziesiątki), którzy mogliby stworzyć kreację na miarę ikonicznej roli Alana Rickmana, że po prostu nie rozumiem tego wyboru. Większość obsady jest mocno kanoniczna (oprócz właśnie Nordruma i niebinarnego aktora Eliot Sumner, ale i tak charakteryzacja jest na mężczyznę), więc to nie przypadek współczesnego castingu ślepego na wszelkie historyczne realia, zatem tego nie czuję. Gdybyśmy mieli konwencję, gdzie w tle widzimy różne etniczności, różne narodowości, w porządku, takie założenie. Ale tutaj wypada po prostu dziwnie obco. Przez cały czas zastanawiałam się czemu Brandon miałby mieć dziwny akcent.

Wracając do tytułu tekstu. Potrzebujemy kolejnych adaptacji, nawet mając sporo wybitnych, bo odczytywanie dzieł Jane Austen ewoluuje. Widziałam je inaczej jako dziewczyna w wieku bohaterek, widzę je inaczej jako osoba w wieku ich matki (Pani Dashwood ma w powieści 40 lat). Postaci, które niegdyś śmieszyły, jak Pani Bennet, Pani Jennings właśnie czy nawet Lady Catherine de Burgh, dzisiaj rozumiem inaczej. Pani Bennet naprawdę próbowała zapewnić byt swoim dzieciom, w jedyny dostępny dla nich sposób, w społeczeństwie, które wyśmiewało jej wysiłki, a jednocześnie nie oferowało żadnej alternatywy dla wydania dziewcząt korzystnie za mąż. W tym świetle obojętny na to, co stanie się w przyszłości z dziewczętami Pan Bennet jaki się wręcz jako ten gorszy rodzic. Pani Jennings czy Lady Katherine były natomiast kobietami, które w końcu mogły żyć po swojemu, ciesząc się pozycją, majątkiem i wolnością bez nadzoru męża. Mogły być tak śmieszne czy wyniosłe jak im się podobało. Good for them.
Sukces “The Other Bennet Sister”, rozwinięcia historii Mary Bennet, pokazuje, jak potrzebujemy eskapizmu, jaki dają nam postaci Jane Austen. I jak identyfikujemy się z nimi, mimo upływu wieków. Wciąż mają nam coś do zaoferowania.
Tak jak uwielbiam “Dumę i Uprzedzenie” z Keirą Knightley, tak czekam na kolejną odsłonę. Nie lubię oglądać Emmy Corrin, ale ciekawi mnie wybitna Olivia Colman jako Pani Bennet. I zastanawiam się, co też Netflix będzie mieć do powiedzenia w tej historii. Bo, paradoksalnie, “Perswazje” sprawiły mi dużo radości, mimo koszmarnych recenzji.
Sama zamierzam oglądać nowe adaptacje powieści Jane Austen aż do śmierci. Mam nadzieję, w bardzo zaawansowanym wieku.
PS Mam jeszcze jedną refleksję nad potrzebą ekranizacji Jane Austen. Kiedy lecę samolotem, co jest moją fobią od około 20 lat, uspokaja mnie tylko oglądanie ekranizacji jej powieści. Ponieważ dużo latam, przerabiam je dość szybko. Zatem potrzebuję nowych pozycji na mojej playliście. Istnieje zatem bardzo praktyczna potrzeba ich powstawania, co powinno definitywnie odpowiedzieć na pytanie zadane w tytule.

