Nie będę ukrywać, nie jest jak dawniej.
Przez lata napisałam na tym blogu dużo. Dużo tekstów było bardzo otwartych. Zrobiłam na swoich emocjach niejedną wiwisekcję. Analizowałam myśli, relacje, związek. Przerabiałam w pisaniu naprawdę ciężkie dla mnie tematy. Nie żałuję, bo takie były moje potrzeby, a pisanie stanowiło dla mnie odskocznie od codzienności.
Moja codzienność się zmieniła.
Zmieniła się funkcja pisania.
Pisanie stało się zajęciem, na którym zarabiam. Zarówno na książkach, jak i w pisaniu jako dziennikarka i twórczyni kontentu. Co sprawia, że nie próbuję już wyrywać na pisanie każdej możliwej chwili między sprzedawaniem reklam klientom, spotkaniem zespołu i robieniem obiadu. Codziennie piszę teksty za pieniądze. 400 słów przestało służyć mi jako wytrych bezpieczeństwa, że “jeszcze kiedyś będę tym kim chcę”.
Ale co do tego ma 11 rocznica ślubu?
Dziś mój dom, mój związek, moja rodzina, to są właśnie odskocznie od codzienności.
Na samą myśl, by napisać rocznicowy tekst, który wcześniej powstawał co roku, zrobiło mi się nieprzyjemnie. Dawniej miałam te teksty przygotowane i opublikowane dokładnie w dzień rocznicy. Ten napisałam w notatniku tydzień po, a potem przeleżał odłogiem kolejne dwa tygodnie.
Wolę pisać o czym innym, niż moje emocje i nasze relacje. Chyba, że chodzi o śmieszne teksty dzieci. Bynajmniej nie dlatego, że nie jestem szczęśliwa. Z każdym rokiem coraz mocniej identyfikuję się ze słynnym cytatem z “Emmy” Jane Austen:
If I loved you less, I might be able to talk about it more.
Od czasu małżeństwa przeszliśmy razem dużo większe życiowe zmiany i zawirowania niż przed nim. Zmieniliśmy się, moim zdaniem na lepsze. Jednocześnie nie czuję potrzeby rozważania uczuć przed innymi. Gdy mam taką potrzebę, dość rzadko, robię to z przyjaciółkami. Chociaż mąż to mój najlepszy przyjaciel i mogę też zwrócić się z rozważeniami bezpośrednio do źródła.
Czuję też wewnętrzny cringe przed opiewaniem związku. Moim zdaniem wystarczająco dużo jego cząstek jest chociażby w moich powieściach. Moje poglądy na związki nie wzięły się z powietrza, a i opisy romansów są inspirowane życiem. Nie jeden do jednego, raczej chodzi o ogóły niż szczegóły, ale jednak. I tyle mi wystarcza.
Nie żałuję dawnych tekstów. Miały swój czas i miejsce. Teraz jest inny czas i jestem w innym miejscu.
Czuję się trochę jak Gollum, który nie potrzebuje żadnej publiczności, żeby cieszyć się swoim Skarbem. Może go podziwiać na dnie ciemnej jaskini. Ba, wtedy Skarb jest najbezpieczniejszy. Gollum też.
Czyli, w telegraficznym skrócie, życie mamy jak z bajki.

