Marta Dziok-Kaczyńska

Sceny rodzinne 30

Picture of Marta Dziok-Kaczyńska

Marta Dziok-Kaczyńska

Zaczęłam z niepokojem zauważać, że śmiesznych tekstów robiło się nam coraz mniej. Nie, żeby w domu nie było śmiesznie, ale są to coraz częściej śmiechy wynikające z naszej relacji, a mniej z czegoś obiektywnie śmiesznego dla nieznajomego nam czytelnika.

Było to chyba jednak przemęczenie rokiem szkolnym, bo mniej więcej w połowie wakacji dzieci wróciły do formy. A wraz z nowym rokiem szkolnym zrobiły się całkiem biegłe w śmieszkowaniu.

Zatem kurtyna w górę!

1

  • Mamo, chcę iść na lody – krzyczy i dokazuje pięciolatka.
  • Proszę uspokój się.
  • Ale możemy iść na lody?
  • Jak się uspokoisz.
    Mija kilka minut.
  • Mamo, mam żart. Dlaczego dinozaur przeszedł na drugą stronę ulicy?
  • Dlaczego?
  • Bo chciał iść na lody.

Myślicie, że dziewczyna lubi lody?

2

Rozmowa na spacerze. Po kupieniu kolejnej zabawki.

  • Zobacz, dopiero co kupiłaś lisa, a teraz kota. Dużo kupujesz – gderam siedmiolatce.
  • Mamo, bo to są pamiątki. Chcę pamiętać czas z rodziną. Dzięki temu kotu pamiętam jak zabrałaś nas na ten festyn w parku.
  • Ach tak. A co upamiętnia lis?
  • Jak poszłyśmy do Tesco.
    Zbieraj chwile ulotne jak ulotki…Oraz, każda chwila z bliskimi jest wyjątkowa, czyż nie?

3

Pięciolatka chodzi po placu zabaw. Dojrzała ptaka.

  • Gołąbku, gołąbku…czy możesz mi dać swoje piórko? Ojej, czemu tak uciekasz? Gołąbku, wróć!

Gołąbek ma instynkt samozachowawczy.

4

Małe dzieci mają piękny zwyczaj przyjmować, że nie ma rzeczy niedorzecznych. Na przykład imion. Moja młodsza córka co i rusz nazywa kogoś innym imieniem niż rzeczywiste, ale te nowe imiona są…no cóż. Niesamowite.

  • Mamo, mamo, a kiedy pójdziemy znowu do mamy Jacuzzi?
    Albo…
  • Mój dziadek od taty jest ekstra.
  • A pamiętasz chociaż jak się nazywa?
  • Płetwisław.

A Ty co, jakaś Ania, Kasia albo ewentualnie Honorata? Zero fantazji…

5

W pierwszym tygodniu szkoły, moja starsza córka, siedmiolatka, słuchała historycznych opowieści nauczyciela. Po szkole postanowiła mi je zrelacjonować.

  • Był taki pan, John Stevens.
  • Okeej…- zastanawiam się, bo mimo dyplomu magistra historii z brytyjskiej uczelni nie kojarzę, o jakim Johnie Stevensie można uczyć siedmiolatków.
  • I on był z Italy. I przypłynął statkami i chciał zdobyć Brytanię. Ale była zła pogoda. I musiał poczekać. Ale w końcu zdobył, za drugim razem.
  • A w którym to było wieku?
  • Nie wiem.
  • I nazywał się John Stevens?
  • No chyba.
  • Przyznam, że nigdy w życiu o nim nie słyszałam. Chyba nie do końca coś zrozumiałaś, co?
  • E, nie ważne.
  • Ale był z Włoch?
  • Nie, z Italy!
  • To to samo. Ale może to Wielka Armada? Ale nie zdobyła niczego…A może Napoleon? Hm, on był z Korsyki. A może Nelson? Obronił Wielką Brytanię?
    Wtem, mój mąż podnosi wzrok znad komputera.
  • Jak się nazywał?
  • No John Stevens czy cośtam – odpowiada córka.
  • Julius Caesar?
  • Tak, tak właśnie! To on! – cieszy się mała.

I tak oto, pięć lat studiów, wszystko krew w piach.

6
Dzieci podczas wakacji u babci odkryły na Netflixie Pokemony. Kieszonkowe potwory stały się ich nową miłością, każda mieszcząca się w ręce zabawka zostaje włączona w ich poczet. Nawet biedny pluszowy królik do przytulania w nocy (i tylko w nocy) dostał imię Scorbunny.
Dziewczynki wychodzą jednak z założenia, że miłość się mnoży, nie dzieli. Zatem adaptują do nowej pasji swoje stare fascynacje.

  • Wybieram cię, Frida Kahlo! – krzyczy siedmiolatka, ściskając w ręce mały plastikowy Pokeball z automatu z kulkami.
    Jak widać zabieranie dzieci na wystawy ma sens.
  • Wybieram cię, Henri Matisse! – kontruje pięciolatka.
    Jak widać lekcje plastyki w szkole, na których rozmawiali o malarzach, są efektywne.
  • Frida, atak stadem kotów!
  • Henri Matisse, atak karteczkami ze szkicami!

Jak myślicie, kto wygrał?
I jakie są kolejne ewolucje Fridy i Henriego?

7

  • Mamo, czy wszystkie ptaki robią jajka? – pięciolatka zadaje jedno z łatwiejszych pytań w swoim arsenale.
  • Tak, wszystkie.
  • Nieprawda, dodo nie składa jajek – wtrąca starsza siostra. – Bo wyginął.
  • Zgadza się…-zaczynam popadać w konsternację. – Ale zanim wyginął to składał…
  • Ale już nie składa!
  • A czemu nie? – pyta młodsza.
  • Bo ludzie go zjedli – odpowiadam.
  • Czy możemy zobaczyć dodo? – młodsza widzi okazję do zrobienia draki i płaczu, że nie ma dodo.
  • Ha, tu cię mam. Możemy! Z pewnością gdzieś w Londynie znajdzie się wypchany dodo w muzeum.
    Jestem z siebie niezwykle dumna.
  • Szkoda, że już nie ma dodo…- stwierdza starsza w zamyśleniu.
  • Zgadzam się, to smutne, że człowiek doprowadził do wymarcia gatunku –
    roztkliwiam się nad dziecięcą wrażliwością.
  • No szkoda, bo ja bym chciała spróbować jak smakuje.

Krew. W. Piach.

8

Czasami widok zakłopotania innych rodziców potrafi bardzo poprawić nastrój. Nie na zasadzie Schadenfreude, radości z cudzego nieszczęścia, ale na świadomości, że wszyscy jedziemy na tym samym wózku.
Zaczęliśmy od sceny z lodami i takąż sceną zakończmy.
Wracam z dziewczynami z Gdańska, stoimy w kolejce do samolotu (ojciec dzieci wrócił wcześniej, do pracy).
Przed nami stoją rodzice z chłopcem.

  • Maaamooo – marudzi mały, mniej więcej ośmioletni.
  • Słucham?
  • Mogę lody?
    Ta konsternacja na twarzy rodziców, którzy stojąc na płycie lotniska przed samolotem Ryanair muszą właśnie wymyślić, jak skutecznie wytłumaczyć znudzonemu dziecku, że nie dadzą rady spełnić zachcianki.
    Bezcenna.

Jesteśmy w tym razem, moi drodzy.

9

Od półtora roku mamy remont budynku. A raczej wielu budynków w okolicy, w której właścicielem ziemi jest rada dzielnicy. Irracjonalny czas remontu wynika z przewalania publicznych pieniędzy, jak wszędzie. I robienia wszystkiego, wszędzie, po trochu, zamiast w całości budynku za budynkiem.
W każdym razie, od półtora roku stoją rusztowania. A po rusztowaniach hasa londyńska fauna – wiewiórki, sroki i, oczywiście, lisy.
Lisy mają to do siebie, że są zwinne jak diabły, sprytne jak lubią się bawić i skakać, a w miłosnych uniesieniach krzyczą również jak diabły.
Dziś rano obudziłam się przed dziećmi. Mąż wychodził właśnie do pracy.
Wtem, słyszę jakieś lekkie łomotanie, trzaski, kręcenie się. Oho, myślę, córka zwleka się z łóżka piętrowego.

  • Już wstałaś, kochanie? – pytam spod kołdry.
    Cisza.
  • Wszystko w porządku?
    Łomotanie, trzaski, ale zero odpowiedzi.
  • Kochanie, chcesz przyjść do mnie się przytulić?
    Nic.
    Cisza.
    To zupełnie nie w stylu moich dzieci.
    Wtem, więcej łomotu. I tupanie po dachu, tuż nad moim łóżkiem.
    Wstaję, sprawdzam – dzieci śpią mocno, snem sprawiedliwych.

Czyli pogadałam sobie z biegającym po dachu lisem.

I tak to żyćko płynie, w londyńskiej metropolii.

PS

Podoba Ci się? Udostępnij ten post

Riennahera

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska

Riennahera​

Prowadzę blog, podcast „Korespondencja z Londynu” oraz aktywnie działam w mediach społecznościowych. W Wielkiej Brytanii mieszkam od 2006 roku. Studiowałam historię i filmoznawstwo na Uniwersytecie w Glasgow. Przez wiele lat pracowałam w brytyjskiej prasie, obecnie jestem dziennikarką portalu polonijnego. Wydałam książki fantasy „Elfy Londynu” i „Podróżniczka” oraz non-fiction „Anglia. Czas na Herbatę” i e-book „Londyn z Riennaherą”. Mieszkam w Londynie z mężem i córkami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *