Mój najgorszy dzień w życiu czyli jak przeżyć poronienie

Tego dnia miałam na sobie ulubione jeansy i ulubioną sukienkę oraz nowe złote pantofle.

Kiedy w samo południe wychodzę z pracy i jadę do szpitala, trzęsą mi się ręce. Lekarka nie musi nic mówić. Nie patrzy na mnie, tylko wpatruje się skupiona w monitor. Jej usta wyginają się w grymasie na ułamek sekundy. Dłużej nie trzeba. Wiedziałam, że tak będzie. Czego innego się spodziewałam? W tej chwili nagle przestaję chcieć żyć, ale czuję też gorzką satysfakcję. W napisanej wcześniej scenie w mojej powieści, pewna postać poznaje po takim samym grymasie u innej, że jej sytuacja jest krytyczna. Przynajmniej jestem wiarygodna w pisaniu…

Pół roku temu poznałam nowy wymiar bólu, cierpienia i psychicznej udręki. Cały nowy wachlarz emocji, którego istnienie można podejrzewać, ale dopóki się tego nie przeżyje, nie ma o czym mówić. Dodatkowym smaczkiem w całej sytuacji jest to, że dopóki masz w sobie zarodek, nawet nieżyjący, wszyscy traktują Cię poważnie i się o Ciebie martwią. W chwili, gdy  znika, przestają. Gdyby nie strona i infolinia organizacji charytatywnej, umierałabym ze strachu i niepewności. 

Przy czym on tak naprawdę nie znika i w przypadku naturalnego rozwiązania sprawy, dochodzi jeszcze smutny obowiązek zajęcia się pozostałościami ciąży. Zachowam szczegóły dla siebie, ale to nie jest coś co uda mi się kiedykolwiek zapomnieć. 

 

Nie mam pojęcia jak poradzić sobie z poronieniem

 

Ja sobie nie radzę. Od pół roku żyję jakoś. Przypadkowo. Są dni, kiedy w ogóle o tym fakcie nie myślę i żyję sobie jakby nigdy nic, normalna, zadowolona, uśmiechnięta. Jest bardzo wiele dni, kiedy z trudem dojeżdżam do pracy, a każde odezwanie się do kogoś boli. Dni, kiedy mogę minąć na ulicy milion wózków i nic mnie nie rusza, nawet o tym nie myślę. Dni, kiedy wyłączam filmy, bo nie jestem w stanie patrzeć na dziecko na ekranie. Tak naprawdę to ja nawet nie lubię dzieci. Od sześciu miesięcy nie było chyba tygodnia, żebym nie płakała. Przesypiam już jednak całe noce, co jest niemałym sukcesem. Wiem, że tak naprawdę nie jestem beznadziejna i bezwartościowa. Wiem, że to nie moja wina. Wiem, że nie chcę umrzeć. Ale od sześciu miesięcy nie do końca czuję to co wiem. 

Czy mam pretensje? Tak, wielkie. Przede wszystkim dlatego, że jeszcze w ciąży byłam na super bankiecie z Andrew Scottem i darmowymi drinkami i nic nie piłam, więc bałam się odezwać do Andrew Scotta stojąc pół metra od niego ze szklanką wody mineralnej, nawet nie skomentowałam jak mnie potem podsiadł, a drinki przepadły i nigdy nie wrócą. Ha, ha, ha, umiem być taka zabawna w cierpieniu. Mam pretensje, ale nie do lekarzy i służby zdrowia, bo czemu oni winni. Nie do losu czy innego Boga. Nawet nie do siebie, choć najłatwiej byłoby się obwinić i znienawidzić do końca. Mam wielką pretensję, że chociaż według najróżniejszych statystyk 20-25% ciąż kończy się poronieniem, nie mówimy o tym głośno. Nikt od dziecka nie przygotowuje nas na coś, co jest bardzo nieprzyjemnym, ale naturalnym procesem, żeby później dorosłe kobiety nie musiały płakać po nocy i zastanawiać się czy lepiej jest się zabić skacząc z mostu czy biorąc tabletki. Zmarnowałam wiele godzin życia na lekcjach przygotowania do życia w rodzinie, podczas których zdewociała nauczycielka kazała czternastolatkom zakrywać oczy, gdy na filmie instruktażowym jakieś dzieciaki całowały się w samochodzie. Szkoda, że zamiast marnować państwowe pieniądze na filmiki, które piętnaście lat temu były już od kilkunastu lat przestarzałe i obciachowe, nie zaoferowano rozmowy z psychologiem albo jakąkolwiek poważną dorosłą osobą, która miałaby kompetencje rozmawiać o układzie rozrodczym. Że na żadnym etapie edukacji nikt nie przygotowuje do czegoś, co dotyka milionów kobiet i milionów mężczyzn, którzy są z tymi kobietami. Choć gdy mówię o tym przełożonym w pracy i zaufanym znajomym, nagle okazuje się, że każdy zna przynajmniej jedną osobę, którą też to spotkało. 

 

Piszę tekst z mojej perspektywy, ale to nie jest tylko mój problem

 

To problem dwojga ludzi, którzy potem mają wrócić do normalnego życia i zachowywać się jakby nic się nie stało. Nikt nie mówi tylko jak to zrobić, ale to przecież żadna wielka filozofia. Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Nie ma przecież nad czym wielce rozpaczać, nie ma co dramatyzować, no nie? Cierpcie sobie, ale tak w granicach rozsądku.

Pieczołowicie odbudowuję swoją równowagę psychiczną. Staram się być dla siebie dobra. Staram się relaksować i myśleć pozytywnie. Odeszłam z pracy, między innymi dlatego, że chciałam rozpocząć żyć od nowa. Kiedy lekarka pyta “to kiedy następna ciąża?”, mam ochotę zwymiotować jej na biurko. Przed ciążą robiłam kompleksowe badania. Po wszystkim byłam na badaniach kontrolnych zarówno u brytyjskiego jak i polskiego lekarza. Według nich nie mam żadnego powodu do zmartwień. Poza tym, że nie jestem w ciąży. Czuję się zatem jak największy śmieć świata. Co miesiąc moja równowaga psychiczna spływa w toalecie. I’m such fun at parties. 

Wciąż noszę moją sukienkę i jeansy. Zastanawiam się czy fakt, że byłam wtedy w ulubionych rzeczach był malutkim prezentem od losu, który dodał mi otuchy czy może powinnam je zniszczyć, bo są skażone śmiercią.

Pantofli od tego czasu nie włożyłam. 

 

PS Napisanie tego tekstu było dla mnie niezwykle bolesne. Zrobiłam to przede wszystkim dla własnego zdrowia, w ramach autoterapii, więc jeśli masz ochotę go skomentować, proszę Cię o wielką rozwagę. Zastrzegam też, że moje zdrowie jest dla mnie ważniejsze niż komentarze i jeśli poczuję potrzebę, będę je usuwać. Liczę, że to zrozumiesz. 

PPS Być może napisałam ten tekst też dla Ciebie.

PPPS Wiele osób desperacko potrzebuje usłyszeć tę wiadomość: Czuję i myślę w dużym stopniu tak jak ty, zależy mi na wielu rzeczach, na których tobie zależy, choć większości osób na nich nie zależy. Nie jesteś sam.”

| Kurt Vonnegut | „Trzęsienie Czasu” |

  • Magdalaena

    Strasznie mi przykro, że Cię to spotkało 🙁
    Mam nadzieję, że z czasem poczujesz się lepiej.

  • Trzymam kciuki,żebyś znalazła spokój. Przesyłam kilogramy ciepłych myśli, niech Ci się świat ułoży.

  • Mania

    W takiej chwili chciałabym dać ci dużo *nie wiem czego potrzebujesz*. Ty swoimi postami dajesz mi naprawdę dużo, więc bardzo chciałabym żebyś wiedziała, że jestem tutaj sobie, czytam, staram się zrozumieć i będą z tobą chociaż się nie znamy.

  • Zajebiście dobrze, że o tym napisałaś. Poza tym wszystkim, co już kiedyś powiedziałam, dodam jedno – „and yet you’re alive”. Mam nadzieję, że niedługo będziesz się na wspomnienie tego tekstu tutaj tylko uśmiechać, bo wszystko się odwróci o 180. Buziak.

    • na prawdę sądzisz, że na wspomnienie tego tekstu będzie można się uśmiechać?

      • Tak, przecież bym nie pisała czegoś, z czym się sama nie zgadzam 🙂 Pozdr

  • Gosia Marzec

    Przeżyłam to 4 razy. I wiem, że nic, żadne słowa, żadne wsparcie, żaden wspaniały mężczyzna u boku (a mam właśnie takiego i wiem, choć o tym to już się zupełnie nie mówi, że to nie tylko ja traciłam ciążę, on też i dla niego to też był dramat) nie zmniejszą tego bólu. To banalne, ale pomaga tylko czas. Z czasem jest łatwiej. Z czasem na tej ranie pojawi się blizna. Nie da się zapomnieć, wykreślić tego z życia. Da się nauczyć z tym żyć. Czytając twój post, czułam, że piszesz też o mnie. Każdy okres to była moja porażka. Przepłakany poranek w łazience. Koleżanki, które rozmawiały o swoich ciążach, dzieciach w mojej obecności były nieczułymi krowami. Za słowa „musisz się zrelaksować, odpuścić” i „następnym razem będzie lepiej” byłam gotowa zabić. Nosiłam w sobie poczucie winy. Moje ciało mnie zdradziło. Z czasem znalazłam w sobie zrozumienie dla ludzi, którzy nie są w stanie zrozumieć, co przeżyłam. I nie są niczemu winni. Są szczęściarzami, że nie rozumieją. I znalazłam siłę, by być wyrozumiała dla siebie. I znalazłam silę, by próbować dalej. Z czasem… Dziękuję za twój wpis.

    • Nie mam problemu, że inni rozmawiają o dzieciach, ale chciałabym się nie bać powiedzieć „proszę, nie róbcie tego obok mnie”. A boję się.

      • Mieszkamy u teściów. Wiedzieli co się stało. A pierwsze co zobaczyłam po powrocie ze szpitala, to zdjęcie małego dziecka mojej szwagierki. Bo coś tam im wysłała i że niby miało być zabawne. A ja myślałam, że rozszarpę. Zaraz potem chciało mi się wyć. Jak gdybym wróciła z wycięcia wyrostka! Temat mojego poronienia to temat tabu. Jak już się o tym mówi, używa się sformułowania, że „mam problem”. Nikt ani razu nie zapytał mnie, jak się czuję. Jedynie babcia zapytała, czy bolało. Czuję się jak czarna owca, gorsza, bo nie mogę spełnić swojego „obowiązku”. Chcę spróbować jeszcze raz, ale mam wrażenie, że wszyscy się na mnie gapią. Że już mnie skreślili. A z mojego niedoszłego i być może przyszłego macierzyństwa odarli wszelką intymność i prywatność.

  • Nie jesteś sama. Mocno przytulam :*

  • Brzoko

    Zaglądam do Ciebie regularnie, od wielu lat. Nigdy nie odważyłam się odezwać, bo też nie czułam, że moje słowa mogą coś znaczyć.
    Termin miałam na nadchodzącego Sylwestra. To była moja trzecia ciąża. Z pierwszej, książkowej urodziła się Helen, która ma półtora roku. Druga ciąża to mała Janka, której w 14tygodniu przestało bić serce. Z dnia na dzień. Trzecia była Zośka. 12 tydzień.
    Wszystkie badania mam wzorowe i idealne. A umarło mi za mało dzieci żebym mogła być poddana jakiejkolwiek diagnostyce na NFZ. Wszystkie badania prywatnie. Niby wszystko jest okej. Ale się boję. Cholernie. Do tego stopnia, że wylądowałam u seksuologa z „problemami małżeńskimi”.
    Wiem, że hasła „będzie dobrze” nic nie dają. Ale wysyłam miliony pozytywnej energii dla Ciebie i Twojego Męża.

    • notobedemama

      Brzoko, czy miałaś robione badania genetyczne w kierunku trombofilii? Ja też mam 3 Aniołki. Jestem jedną z wielu kobiet, u których przyczyną jest mutacja genu MTHFR. Wejdź na fb na grupę MTHFR Polska albo na forum poronienie.pl i tam do tematu MTHFR.

  • Chciałabym Cię wesprzeć bardziej odczuwalnie, niż tylko zostawieniem komentarza.

    Nie jesteś sama, jesteśmy tu z Tobą, nawet jeżeli tylko odległymi myślami w innym kraju :*

    Napisałaś mi kiedyś, że płakanie jest zawsze na propsie. Więc Ty swojego też nie powstrzymuj. Jest potrzebne, by z czasem poczuć się lepiej.

  • 3 lata staran. I nic. Zadnych przeciwskazan medycznych. Co miesiac juz nawet nie placze, juz po prostu mowie sobie „dzieci sa beznadziejne”. Poukrywalam wszystkie kolezanki z dziecmi i w ciazy na fb, kiedy widze jak kolejna pokazuje zdjecia usg czy porodowki, mam ochote wymiotowac.
    Nikt nie mowil, ze tak mozna sie czuc. Nie ma zadnej wspolnoty kobiet, ktore to przeszly. Ze to ok czuc zlosc,smutek, nienawisc, wygrazac, ze dlaczego ja.
    Trzymaj sie.

    • Jest wspólnota kobiet – mnie daje siłę. Zajrzy na grupę towśrodku na fb, mają też swoja stronę internetową – Ania odwala kawał dobrej roboty – tam naprawdę można się wygadać i tylko tam nie czuję, że jestem sama.

    • Mari, ależ jest nas w sieci i w realu bardzo dużo. Bardzo, bardzo. Nie pochowalyśmy się, mówimy o tym.

      Ściskam mocno. Wiem, jak to jest. :-*

      • ;*

      • Czasem sobie mysle, ze samo zobaczenie dwoch kresek to jakies nieosiagalne osiagniecie. Ze to juz by mi wystarczylo.

        • Też miałam taki etap, że moje myśli nie wybiegały dalej niż te cholerne dwie kreski. Kiedyś nawet chciałam sobie drugą domalować, żeby zobaczyć jak to wygląda.
          Ale…
          Nie wiem, czy Cię to pocieszy, ale statystyki są zgodne co do jednego – zdecydowana większość (zdecydowana!) ludzi mających kłopoty z płodnością (w tym idiopatyczną) prędzej czy później zostaje rodzicami. To Ci, którzy się uparli. Tyle tylko, że u jednych trwa to krócej, u innych dłużej. No i jedni doczekują się potomstwa biologicznego, a inni adopcyjnego, ale to akurat nie jest istotne, bo przecież to Wasza decyzja, a dziecko jest dzieckiem i kropka.
          Dużo siły życzę!! :-*

  • Monika Koprowska-Ludwig

    Tez mnie to spotkało, 16 tydzień. Zaraz po ślubie. Na szczescie, wbrew radom lekarzy, juz 3 miesiace pozniej bylam w ciazy i tym sposobem dzien poronienia w nastepnym roku byl dniem przyjscia mobego syna na świat 🙂 a pitem przyszla jeszcze córeczka 🙂 Kiedy bylam na spitkaniu klasowym, na 10 dziewczyn 5 miala za sobą poronienie. Piszesz, ze mógł cie ktos na to przygotować. Moja mama tez ronila, wiedzialam o tym, ze moze mnie to spotkac a jednak bylam tak sami zrozpaczona i zaskoczona. Ten bol jednak minie. Pozwól odejść temu dzieciatku.

  • Werka Karska

    Przesyłam dużo dużo miłości! Naprawdę się martwiłam o Ciebie jak pisałaś, że coś złego miało miejsce w Twoim życiu! <3 <3 <3
    Dziękuję bardzo Ci za ten wpis!

  • <3

  • Ewelina Pancescu

    Nie jestes sama.

  • Dziękuję Ci za ten tekst. Za wiele różnych chciałam Ci podziękować, ale dopiero przy tym czuję, że muszę. Bo choć nie mam takich doświadczeń, to jednak mogę mieć i będę już świadoma. Będę wiedziała do jakiego kawałka internetu wrócić.

  • Bardzo mi przykro, że musiałaś przez to przejść. Czytam Cię bardzo często i czuję się trochę tak, jakbym Cię znała. Uważam, że takie teksty jak Twój są potrzebne. Masz rację, że wciąż zbyt mało się o tym mówi, a lekcje wychowania do życia w rodzinie to jakiś ponury żart.

    Na facebooku z linkiem do tego posta napisałaś, że o pewnych rzeczach po prostu trzeba napisać, bo „do momentu, do którego się ich nie napisze, każdy inny tekst jest tylko udawaniem”. Jak ja to dobrze rozumiem. Od początku bloga zbieram się, by napisać o przeżytej depresji, ale odkładam to na nieokreślone „kiedyś”.

    • Nie zmuszaj się, ale od siebie mogę napisać, że spada kamień z serca.

      • Podejrzewam… Ale jeszcze nie teraz.

        PS bardzo lubię to zdjęcie, które masz teraz jako profilowe. 🙂

  • Rien. Nie jesteś sama. Posyłam wirtualne uściski i dziękuję Ci za tak szczery i odważny tekst. To niesamowicie ważny temat, który jak słusznie zauważyłaś jest przeważnie przemilczany. Trzymam za Was mocno kciuki.

  • Asia Kręgielewska

    U mnie minęło 7 lat a czasem nadal nie potrafię o tym mówić..tak naprawdę zależy od dnia..myślę że dobrze że o tym napisałaś, jest łatwiej jeśli ktoś już wie nie musisz się tłumaczyć z każdego gorszego dnia..
    Życzę jak najwięcej pogodnych dni, bo zapomnieć się nie da w sumie trzeba pamiętać bo to była część Ciebie :-* :-*

  • Karolina Musiał

    Bardzo mocno Cię ściskam i trzymam za Ciebie kciuki <3 <3 <3 <3 <3 <3 <3

  • Choć się nie znamy,a czytam Cię od baaardzo dawna, to miałam wrażenie, że od dłuższego czasu jest w Tobie więcej smutku. Ja z kolei nie mogę zajść w ciążę i jest mi coraz smutniej – czuję się okropnie, kiedy obwiniam się, bo być może nie będę mogła dzieci mieć nigdy.

    • Trochę rozumiem, to nie ten sam problem, ale uważam, że na pewno jestem zepsuta i już nigdy nic i w ogóle. Najgorsza jest bezsilność. Jakby się dało przerzucić kamieniołom i mogłoby to dać choć cień szansy, to byłoby łatwiej.

      • Z tym poczuciem zepsutości w środku i uczucie bezsensu, że to się nie uda to myślę, że to bardzo podobne uczucie.
        Marta, bardzo dobrze, że to napisałaś, bo to są rzeczy, których nie ma w internecie.
        Bardzo mocno trzymam kciuki za Ciebie i przesyłam uściski z Krakowa!

  • Karolina Kurcwald

    w styczniu minie siedem lat. i cztery lata od urodzenia mojego syna. przeżyłam, ale wciąż bardzo dokładnie pamiętam wszystko, co wtedy się wydarzyło, i co działo się potem. długo, długo potem. i pamiętam dokładnie ten szok, kiedy poznałam statystyki, kiedy nagle kobiety wokół mnie zaczęły opowiadać o swoich własnych doświadczeniach i okazało się, że jest ich mnóstwo. jakbym się dokopała do jakiegoś podziemia, o którym nie miałam pojęcia.
    to zresztą bardzo mi wtedy pomogło, te rozmowy, to poczucie, że to nie jest tak, że jestem jedną na milion. że codziennie przeżywa to wiele kobiet. że to nie jest moja wina, że tak się po prostu dzieje. choć nie odjęło mi to ani bólu, ani żalu, ani wylanych łez.
    to jest mega smutne, że to jest tak bardzo temat tabu. ludzie przecież nie kryją się po kątach z żałobą, kiedy umrze im ktoś bliski. a o ronieniu po prostu się nie mówi. jakby to było coś, czego można się tylko wstydzić.
    ślę dużo ciepłych myśli w Twoją stronę. pomimo tego, że to się dzieje często, to wciąż jest niewiarygodnie trudne. ale mówienie na głos pomaga, wiem coś o tym. pomaga też innym, którzy przeżyli to samo – dlatego tym bardziej warto. bo nie jesteśmy same. dzięki Ci za to.

  • Monika Sobol

    Nie sposób powstrzymać łzy, czytając ten tekst. Jesteś wspaniałą, odważną kobietą i dziękuję Ci za poruszanie tak ważnych tematów. Choć wirtualnie, to jesteśmy tu z Tobą i mocno wierzymy, że wszystko będzie lepiej.

  • Ewa Serenity Iwaniec

    Szanuję cię za ten tekst. Nie mogę powiedzieć, że rozumiem twój ból, bo nie zrozumie ten, kto tego nie przeżył, ale ogromnie cię za ten tekst szanuję. I ogromnie ci współczuję.

  • Wierzę, że ten wpis jest dobry i ważny. Kiedy uświadomiłam moją przyjaciółkę, jak częste są poronienia (statystyki niestety nie kłamią, z czwórki dzieci, które poczęli rodzice mojego chłopaka jedno zostało poronione), nie wierzyła. Ale mam wrażenie, że nawet jeśli trafi to na mnie, znajomość statystyk niewiele zmieni w moich emocjach. Ale być może ta świadomość okaze sie choc w jakiś sposób przydatna. Trzymaj się!

    • Sama nie mogłam uwierzyć, kiedy dowiedziałam się jak wiele osób to spotkało. Myślę, że nieco by jednak pomogła ta świadomość. Ale przede wszystkim to powinno się mówić już w szkole.

  • Przybylo

    Rien, nie wiem jak wyrazić swoje słowa wsparcia i otuchy, jedyne co mogę powiedzieć, to że dziękuję za ten tekst, za odwagę. Bardzo mi przykro z powodu tego co się stało, ale tak jak już ktoś wcześniej napisał, nikt, kto nie przeżył, tego co Ty, nie jest w stanie zrozumieć. Mam nadzieję, że sobie poradzisz i wszystko poukładasz po swojej myśli. Wybacz, jeśli komentarz w którymś momencie był nieodpowiedni/infantylny, nie było to zamierzone. Ściskam Ciebie i Męża.

  • Anna Zielińska

    Wzruszający, szczery, smutny i prawdziwy. Bardzo Ci współczuję, ale też szanuję za ten wpis. Moc uścisków!

  • Bardzo mi przykro, że musisz przez to przechodzić. I masz rację, stanowczo zbyt mało się o tym mówi, co jest absurdalne biorąc pod uwagę że spotyka naprawdę znaczną część kobiet.
    Pewnie to wiesz – sama z siebie albo od terapeuty, ale i tak to napiszę: to wszystko, co przechodzisz w ostatnich miesiącach to żałoba. Za kimś Tobie najbliższym i za wszystkimi planami i wyobrażeniami które robiliście z mężem. I to nie minie z dnia na dzień. Nawet kiedy okaże się że oczekujecie kolejnego malucha. Mimo wszystko, choć teraz może wydawać Ci się to niemożliwe, to pewnego dnia zauważysz że napady smutku zdarzają się coraz rzadziej, a Tobie udało się wpisać to nienarodzone dziecko w swoje życie w taki sposób, że możesz do niego wracać myślami bez przytłaczającego żalu.

    • Tak, paradoksalnie i tak czuję się silniejsza niż w depresji, bo rozumiem mechanizmy i po prostu muszę przebyć etapy. Ale zamiatanie problemów pod dywan wywołało u mnie w przeszłości jeszcze gorsze problemy, więc wybieram otwartość w kwestii złych uczuć.

  • Aleksandra Kowalska

    Poryczałam się jak bóbr… Boże kochany 20 % !!!!!!! 20 % kobiet przechodzi przez ten koszmar, a wszędzie zmowa milczenia i brak wsparcia… chce mi się wyć jeszcze bardziej. Riennahera załóż jakąś fundację wspierającą kobiety w takich sytuacjach, niech wreszcie będzie głośno, niech zrobią kampanię społeczną, bo serce się kroi przez jakie piekło przechodzi miliony niewinnych kobiet. Pomodlę się za Was.

    • Ja jestem noga jeśli chodzi o organizację niestety, chociaż chętnie bym wsparła taką inicjatywę. Sama mogę polecić w UK https://www.miscarriageassociation.org.uk/
      Bardzo mi pomogli w ciężkich chwilach i mają świetną stronę.

    • Agata Kuran

      Warto dodać, że na szczęście większość z tych 20% nie jest świadoma poronienia, bo ono następuje na wczesnym etapie i objawia się co najwyżej spóźnionym okresem (chyba że ktoś regularnie robi betę i widzi po wynikach, że nastąpiło poronienie). Najtrudniejsze są późne poronienia i porody wcześniacze, kiedy dziecko umiera już w zasadzie w inkubatorze. Nawet nie próbuję sobie wyobrazić, jaki to jest dramat rodziców, bo przecież ojcowie też tracą dziecko. O cierpieniu ojców mówi się jeszcze mniej…

  • Natalia R

    Jesteś cholernie odważna pisząc o tym na blogu. Szanuję takie szczere i wartościowe wpisy.

  • napisze jeszcze raz, ze to bardzo potrzebny i odwazny tekst i ze Ci za niego dziekuje. niektore statystyki nawet mowia ze jedna jna 3 ciaze konczy sie poronieniem, rozmawiajac z moimi kolezankami to sie niestety sprawdza. ale rozmawiamy glownie dlatego ze jestesmy lekarzami wiec takie tematy sa nam blizsze. biologia rozrodcza jest okrutna pod wieloma wzgledami, ale ten jej aspekt jest jednym z najgorszych. bardzo mi przykro, ze przez to przeszłaś.

  • Dziękuję za ten tekst. Ściskam Cię przeokrutnie mocno i życzę samych pięknych oraz dobrych rzeczy, bo szczególnie na to zasługujesz.

  • Zosia

    Nie wiem, czy jesteś wierząca, ale dziś pomodliłam się za Ciebie. Mam nadzieję, że odzyskasz równowagę.

  • BeaU

    Mocno Cie sciskam x

  • spirit

    gdy jesteś dorosły i planujesz powiększenie rodziny, a Twoje wybory są świadome niemal na każdym kroku czegoś się obawiasz – zdrowia żony, następnych badań, kolejnych liczonych tygodni do porodu, potem już tylko dni, potem samego porodu, a następnie – wszystkiego, co jest związane z Twoim dzieckiem… jako młody tata mogę tylko powiedzieć tyle – nie ma takiego strachu, bólu i cierpienia, którego nie da się pokonać uśmiechem maleństwa, nawet jeśli większość czasu to nieprzespane noce, kolki i obawa, że jest się słabym w byciu rodzicem… więc dziś wszyscy Tobie powiedzą „trzymaj się”, „będzie dobrze”, a ja napiszę banał nad banałami: dziecko to absolutnie największy skarb jaki możesz dać i otrzymać, więc nie zatrzymujcie się i nie schodźcie z tej drogi, na której byliście pół roku temu, nawet jeśli dziś „nie masz do tego głowy” … życzę odzyskania tego, co przez chwilę mieliście.

  • Ana

    Moja bliska koleżanka z pracy doświadczyła tego ledwo kilka dni temu. Niby wydaje się silna, ale nawet nie chcę myśleć, co się dzieje z nią w środku. I tak bardzo podpisuję się pod apelem, by – może nie w podstawówce, ale później – ktoś kompetentny przygotowywał jakkolwiek, choćby minimalnie na takie sytuacje. Bo niestety się zdarzają i jest ciężko osobom przeżywającym stratę, ale i osobom z otoczenia, które o tym wiedzą, też jest trudno. Ja na przykład nie wiem, czy rozmawiać, czy poruszać ten temat, czy milczeć – a tym gorzej, że w większości widujemy się w pracy i o sytuacji wie tylko 2-3 osoby. Jak wtedy reagować?

    • Anna

      To chyba zależy od osoby… Mi pomogło, gdy dowiedziałam się, że w moim otoczeniu jest wiele kobiet, które przez to przeszły. Jednak potrafię wyobrazić sobie, że ktoś może się zdenerwować – na zasadzie: co mnie obchodzą inni, jeśli teraz właśnie mi pęka serce. Tak jak potrafię sobie wyobrazić, że ktoś nie powie nikomu, chociaż ja właśnie mówię (jeśli ten temat się pojawia) że i mnie to się przytrafiło – właśnie po to żeby potem ktoś mógł powiedzieć że zna wiele osób, które się z tym zmierzyły. I tak samo wyobrażam sobie, jak ktoś będzie analizował każdy szczegół z przyjaciółką, a ktoś inny będzie chciał przeżyć żałobę tylko sam, nawet bez partnera.
      Myślę że nie warto pocieszać na siłę, a juz na pewno nie słowami: następnym razem się uda, wkrótce zapomnisz, będą następne. Nie da się tak łatwo zapomnieć. Ale zwykle pytanie: jak się czujesz? to znak troski i wspierającego bycia obok, gdyby jednak ta osoba poczuła chęć porozmawiania, o czymkolwiek.
      Trudny to temat.

  • Kasia

    Dwa tygodnie temu przeszliśmy z mężem taką sytuację. Czuję się przez większość czasu zupełnie oderwana od rzeczywistości, jakbym zaraz się miała obudzić i wszystko miałoby dalej być dobrze. Niby wiem że to nie moja wina, za takie rzeczy się zdarzają ale cały czas łapie się na tym czy czegoś nie zrobiłam źle. Lekarze mówią że trzeba się jak najszybciej starać dalej, żeby właśnie to na psychikę nie wpłynęło ale póki co nie wiem kiedy i czy wgl będę gotowa.

  • notobedemama

    Witaj.
    Link do tego posta przesłała mi przyjaciółka, która czyta Cię od lat.
    Dzisiaj mijają trzy lata odkąd byłam w ciąży po raz pierwszy. Później były jeszcze dwie. Wszystkie zakończone zdecydowanie za szybko.
    Potrafię wyobrazić sobie, jak wielki ból przeszywa Twoje serce. Nie mam jednak słów pocieszenia, które mogłyby go zabrać. To, co mogę, to zaprosić Cię do wspólnej modlitwy o 22:00 – w kilka dziewczyn łączymy się myślami codziennie i modlimy się modlitwą „Ojcze nasz” za nas – mamy, które straciły swoje dzieci, m.in te, które mają mutację genu MTHFR. Prosimy o siłę i motywację do życia i spotykanie właściwych ludzi we właściwym czasie.

    Podobnie jak Ty jestem zła na to, że poronienie to temat tabu, to temat, z którym nawet lekarze mają problem (moje wspomnienie z pierwszego pobytu w szpitalu jest bardzo, bardzo przykre). A skala jest ogromna, widzę to w grupach na fb związanych z mutacjami genu MTHFR).
    Dla mnie ogromnym wsparciem było czytanie forum poronienie.pl.

    Nie chcę tu opisywać całej swojej historii i plejady emocji, jakie mi towarzyszyły. Zapraszam Cię do siebie.
    A gdybyś chciała po prostu pogadać, nawet przez telefon czy Skype’a – napisz do mnie maila.

    http://notobedemama.blogspot.com/2017/12/jak-wyglada-zycie-3-lata-po-pierwszym-z.html

  • Mam 19 lat i jeden jajowód wycięty, był całkowicie zniszczony po nawracających torbielach. Wyniki średnie. Perspektywy na urodzenie dziecka też takie sobie, ale leczę się. Dwa lata temu, gdy wycięto mi lewy jajowód, przez bardzo długi czas czułam się niepełna jako kobieta. Nie miałam nawet osiemnastki, a moje szanse na urodzenie dziecka zostały dosłownie ucięte o połowę. To wtedy zaczęły pojawiać się myśli typu: „a co jeśli i prawy jajowód ch*j strzeli?”. Musieli to zrobić. Miałabym większe szanse na ciążę, owszem, ale pozamaciczną. W tym momencie boję się, że nigdy nie będę w stanie zajść w ciążę. Możecie mówić: „przecież jesteś młoda, w tym wieku Twoje rówieśniczki w ogóle nie myślą o ciąży!”. Bo nie myślą. Prawdopodobnie ich macice nie mogą się doczekać zapłodnienia bo kipią zdrowiem, ciąża będzie rozwijała się książkowo, będą żyć długo i szczęśliwie…

    Jestem w związku od 5 lat, mój chłopak jest starszy ode mnie o 7 lat. Za jakieś 2-3 lata, jeśli uda mi się uratować prawy jajowód i wyrównać poziom hormonów, chciałabym się zacząć starać o dziecko. Bo naprawdę chcę być kiedyś matką. Nie lubię dzieci, ale instynkt macierzyński mi szaleje odkąd mój brat ma uroczą, zdrową córkę. Ustaliliśmy z chłopakiem jedną kwestię – będziemy próbować. Ale nic się nie stanie, jeśli nam się nie uda, żadne z nas nie powinno się obwiniać. Są inne drogi, można adoptować… albo mieszkać z gromadką kotów. Zawsze jest jakieś inne wyjście.

  • Aneta Morze

    Smutno i przykro mi Marta… Statystyki nie klamia. Ja znam tylko garstkę kobiet których to nie spotkało. U mnie minie 13 lat niedługo. Poszłam na 12 tygodniowy skan, sama bo mój chłopak musiał iść na pogrzeb dziadka. Pani doktor patrzyła się w ekran i mina w grymasie. Po czym powiedziała -I’m so sorry but it looks like your baby has died… serce mi stanęło i łzy poleciały strugami. Ciąża niby nieplanowana, niby szok, niby dzieci wogole nie lubię, ale prawie ducha wyzionęłam. Zamknęłam się w łazience i wyłam. Jak wogole
    mozna wypowiedzieć baby i died w jednym zdaniu. Panie pielęgniarki uspokajały mnie jak mogły. Powiedziała jedna z pan ze to dziecie po prostu nie było zdrowe, nie dałoby sobie radę na tym świecie i moje ciało to wiedziało i je odrzuciło. Ciężko to było przyjąć do świadomości ale te słowa bardzo mi potem pomogły. I te statystki które się nagle objawiły ale o których nikt wcześniej nie mówił… później był wybór czy wole naturalnie poronic czy w szpiatlu. Wybrałam naturalnie, po czym chyba pozalowalam, ale z perspektywy czasu wybrałam dobrze. Później przyszła na świat dwójka zdrowych dzieci. Nie mam słów na pociesznie, ani na zmniejszenie Twojego bólu, ale nie przekreślaj swoich szans na przyszłość. Niestety padlas ofiara tych 20% ale tez nie jest to nic a nic wyrocznia na przyszłość. Te wszystkie kobiety ktore ja znam co poronily, czasem po kilka razy, są matkami. A czemu się o tym nie mówi głośniej i zanim kogoś to dotknie? Nie wiem. Koleżanka w pracy ileś lat temu przyniosła czekoladki by świętować ciąże, po tym jak się dowiedziała, w 8 tygodniu ciąży. Popatrzyly się wszystkie kobiety po sobie, oh oh za wcześnie na świętowanie, ale nikt by nie śmiał słowa powiedzieć, by nie ujmować radości. Ta koleżanka niestety poroniła. A potem długo nie mogła zajść w ciąże, o czym tez się nie mówi za często. A powinno się mówić. W szkole, jako ze to norma. Nie tylko straszyć niechciana ciążą, ale tez mówić o poronieniami i trudnościach z zajściem. Trzymaj się Marta , ciężko jest i będzie, ale przyszłość nie jest czarna , naprawdę nie jest Xx

  • mags

    ja mialam wywolywane poronienie.porod w 21 tc. mieszkamy w uk i mamy juz poltoraroczna coreczke.na synka czekalismy i to bardzo.i nagle nasz swiat sie zawalil na drugim skanie. jest.chlopczyk. nasz upragniony Kubus. i ma pol serduszka i to tak zderformowane, ze jesliby przezyl czekaloby go zycie w szpitalu i wiele operacji.podjelismy najgorsza decyzje w naszym zyciu.wiem, ze moj maluszek jyz nie cierpi i prosze nie oceniajcie mnie z gory bo latwo jest krytykowac innych gdy sie tego nie doseiadczylo na wlasnej skorze. rodzilam w sierpniu przez dwa dni sama na sali bo maz musial zajac sie niunka a nie bylo komu pomoc ja popilnowac bo rodzina w pl. mielismy wracac po 11 latach pobytu za granica w czworke. i choc rozum wie ze dobrze postapil po wielu dodatkowych skanach i konsultacjach z lekarzami to serce wciaz nie moze sie z tym pogodzic. lekarze mowia smalo mozecie sie starac o kolejne dziecko.ja nie potrafie.boje sie. juz raz bylam ta 1 na 4 wiec znow moge byc.drugi raz tego nie zniose. na szczesvie mam juz niunke i meza co bardzo mi pomaga. dziewczyny nie lekcewazcie bolu brzucha. starajcie sie nie stresowac na poczatku ciazy i dbajcie o siebie. u nas nawet pies wyczuwal ze cos jest nie tak. warczal na mnie i ugryzl moja coreczke ( nigdy wczesniej tego nie robil.byl rasy cavalier king charles spaniel) wiec maż go oddal rodzinie ktora juz takie psy ma . dzis wiem ze on juz wtedy wyczuwal ze cos jest nie tak. strassnie ciezko jest patrzyc na kobiety w ciazy lub z malymi dzieciatkami. gdyby byla szansa na godne i zdrowe zycie mojego malucha nigdy bym takiej decyzji mie podjela. i choc wiem, ze wybralismy to mniejsze zlo to te moje wlasne demony beda mnie zjadac do konca zycia. nigdy nie zrozumiem dlaczego tak sie stalo bo oboje zdrowo zyjemy uprawiamy sport nie palimy i nie pijemy a jednak nam sie to przytrafilo. i chyba latwiej by bylo gdyby dzieciatko samo umarlo niz swiadomosc tego co sie zrobilo.i nie piszcie mi o bogu i tym ze bede sie smazyc w piekle bo pieklo to jyz przezylam i przezywam caly czas.

  • Nina Wum

    Znam uczucie bycia na dnie rozpaczy, choć z innych powodów. Znam tę chęć, by poprosić innych – tych szczęśliwych – żeby nie rozmawiali o czymś przy mnie.
    To oczywiście zupełnie co innego, każdy z nas ma swoją własną mapę blizn.
    Chcę tylko powiedzieć, że Cię ogromnie szanuję za ten tekst. I współczuję.

  • disqus_V62bUGkaDA

    Jeśli ktoś czytający byłby z Dolnego Śląska i nie przeszkadzało mu, że zajęcia są na terenie klasztoru, to tu pomagają http://fev.wroclaw.pl/dla-rodzicow-po-stracie/ . Tam nie ma tabu i udawania, że problem nie istnieje. Bo poza murami Fundacji, we Wrocławiu nikt tego nie przeżywa, wiadomo.

  • Keira Metz

    Rien, tak mi przykro. Jesteś bardzo odważna, że o tym napisałaś. Ten tekst na pewno pomoże innym i Tobie. Przesyłam wsparcie <333

  • Shakuahi

    Zarówno ten post jak i to, że wstajesz każdego dnia do pracy to dowody Twojej odwagi (nawet gorsze dni tego nie umniejszają). Wiem, że łatwo tak mówić, ale to nie jest kwestia „zepsucia” czy bycia gorszą kobietą.
    Szkoda, że o takich rzeczach nie uczą w szkołach na lekcjach do przystosowania do życia w rodzinie. Chociaż czy do czegoś takiego można się przygotować? Nie wiem. Ja jestem z rodziny, w której w każdym pokoleniu było poronienie, wprawdzie nie za mojego życia, ale od małego odwiedzałam na cmentarzu swojego nienarodzonego wujka i kuzyna, znałam dokładnie historie babci i cioci. I jak myślę o ciąży to czasami mrozi mi krew w żyłach myśl, że ja się martwię o żłobek, a przecież sama ciąża to nie lada wyzwanie. Ale moja babcia i ciocia to wspaniałe, waleczne kobiety, które przetrwały ten najczarniejszy okres swojego życia i nikt nie powiedziałby o nich, że z jakiegoś powodu są gorsze.
    Nie wiem czy udało mi się właściwie wyrazić to, co chciałam, jeśli którymkolwiek słowem zadałam komuś ból, to przepraszam, nie to było moją intencją. Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkiego najlepszego.

  • Nie mogę napisać Ci : wiem, co czujesz, bo…w ciąży nigdy nie byłam. A może i byłam, tych śmiesznych kilka dni, ale mój organizm jej nie podtrzymuje. Nie uznaje za stosowne, żeby utrzymać ja w organizmie.
    Czasem zastanawiam się, czy to znak z góry, czy po prostu złośliwość mojego układu rozrodczego, który co miesiąc pokazuje mi soczystego faka.

    Nie mogę napisać, że wiem, co czujesz w kwestii poronienia, ale myślę, że wiem, co przeżywasz co miesiąc. U mnie poczucie bezużyteczności z tej mięsnej szmatki, która we mnie jest, nasilało się po drogich zabiegach, które po 14 dniach spływały w toalecie. Nasila się, kiedy widzę radosną czeredkę dzieci szwagierki, i radosne kuksańce w bok teściowej „widzisz jak Twój mąż zajmuje się dziećmi? Byłby świetnym ojcem!”. Co miesiąc chce mi się rzygać na myśl o tym, jak bardzo nieprzydatna i do dupy jestem, choć wiem, że to nieprawda, choć wiem, że to tylko zwierzę we mnie, instynkt. Zwijam się wewnątrz siebie w pięść na wieść o kolejnej ciąży wśród znajomych.

    Ostatnio leżałam w szpitalu, zaglądali we mnie, żeby znaleźć odpowiedź na to, dlaczego się nie udaje, miałam ochotę powiedzieć, żeby wycięli mi to w cholerę, żebym nie musiała trwać w tej pustce i co 28 dni przegrywać w walce.

    Wielokrotnie byłam na skraju, więzi z mężem kilka razy szarpałam, karałam go za to, co przeżywam, bo on nie rozumiał, bo on nie wiedział, bo on nie czuł jak to piekielnie boli. Był najbliżej, więc waliłam na oślep. Zawsze zostawał, starał się zrozumieć, ale statystyki nie kłamią, ileż to par rozwodzi się przez niepłodność.

    Nie mogę powiedzieć, że wiem, co czujesz, ale chcę podpowiedzieć Ci, co sprawia że chodzę, jestem, więcej uśmiecham się i żartuje niż leżę i beczę złamana. Mam swoje bezpieczne miejsca, wychodzę na trening, spacer i zapominam. Bez pasji myślę, że byłabym kompletnie nie do zniesienia, jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało.

    Mogę się jeszcze z Toba podzielić jedynym miejscem, które nie epatuje bejbikami, kochaniutkimi i madkami – grupa towśrodku na facebooku. Tam czuję się jak w drużynie – mądre, fajne babki, które przezywają to co Ty, ja. Jest wsparcie, jest potrzebny dystans i mądre porady. Byłam na wielu stronach, i w sumie tylko tam czuje się bezpiecznie i nie odczuwam rażącej niesprawiedliwości „dlaczego ona a nie ja”.

    Nie chcę Ci życzyć siły, bo nie chcę, żebyś za te kilka lat dalej była w tym miejscu, w którym ja jestem teraz, po 3 latach bezowocnej walki. Życzę Ci, żebyś mogła zapomnieć. Najpierw na chwilę. Potem na dłużej. A potem, żeby znalazł się powód, żeby niepamiętać coraz dłużej.

    • Gosia Marzec

      Strata ciąży, to strata ciąży. Przecież nie jest tak, że jak ktoś roni na początku ciąży, a ktoś kilka miesięcy później to można gdzieś to zaznaczyć w różnych miejscach na skali nieszczęścia . To zawsze tragedia, tylko taka, która spotyka się z jeszcze mniejszym zrozumieniem. Jak można przeżywać żałobę po 3 tygodniowym zarodku? Ano można… to też zniszczone wszelkie nadzieje i plany…Godzinę oglądałam i czytałam historie z Empty Photo Project. Jak wiele kobiet mam podobną historię do opowiedzenia. Dzięki za ten link.

  • Mart

    Bardzo, bardzo, bardzo mi przykro… Jednocześnie jestem pod ogromnym wrażeniem, że o tym napisałaś. Bardzo Ci współczuję i żałuję, że tylko tyle mogę…

  • Karolina MelendezStrzelbicka

    Kiedy czytalam Twoje wpisy domyslalam sie co moglo sie stac, wtedy kiedy napisalas na przyklad ze nie wydarzylo sie to co sie mialo wydarzyc. U mnie niedlugo minie rok, bez ostrzezenia,zaraz po Bozym Narodzeniu, dopiero zaczelam ze tak naprawde cieszyc ze juz minal 12 tydzien i uwierzylam, ze juz bede bezpieczna. Tez mialam na sobie ulubiona spodnice, ktora przelezala potem w szafie wiele miesiecy i rozwazalam czasami czy sie jej pozbyc. Czekalam bardzo na spodziewana date porodu, by zakonczyc pewien etap, wtedy tez postanowilam pozegnac sie na swoj sposob. Na chwile zrobilo mi sie lzej, by pare dni pozniej dostac wiadomosc od znajomego meza, ze dokladnie w tym czasie urodzil mu sie syn i choc zycze mu bardzo dobrze, bo roznie mu sie w zyciu ukladalo, to poczulam sie jakbym znowu przegrala w jakiejs grze. I dopiero od niedawna czuje ze powracam do zycia i tak rownowaga wydaje sie krucha i musze bardo uwazac zeby jej nie zburzyc. Co tu duzo pisac. Jestem z Toba.

  • Smok

    Ciężko mi to komentować, bo boję się, że napisze nieintencjonalnie coś nie na miejscu. Ale jednocześnie czuję potrzebę dać znać, że hmm? Jestem tu jedną z wielu czytelniczek, po prostu jestem. Nie wyobrażam sobie cierpienia jakie przeżywasz, ale chcę żebyś wiedziała, że jest mnóstwo ludzi, którzy nawet jeśli nigdy Cię prywatnie nie poznali – ciepło o Tobie myślą, przejmują się i w ogóle. Po prostu przesyłam stos całusów i uścisków i żelek w kształcie dinozaurów. Buzi.

  • Marta Pawłowska

    W październiku 2014 trafiam na artykuł w wyoskich obcach „Masz prawo cierpieć po stracie dziecka” Jestem wtedy w 20tc ciąży i szczęśliwa, że pierwszy trymestr już minął. W gronie moich koleżanek poronienie nie jest tematem tabu a może przestało nim być, jak zdażało się to 80% z nich, ale zawsze był to pierwszy trymestr. Spłakana po atykule, bo ciąża i hormony nie wiedziałam, że 6 tygoni później stanie się to moim udziałem. 26tydzień ciąży, brak ruchów młodego od rana ale na tym etapie tak jeszcze bywa mówi internet. Na wszelki wypadek wizyta u lekarza, ta mina..Potem szpital itd…na szczęście w szpitalu miałam wyjątkową opiekę i nie wyniosłam z niego traumatycznych przeżyć. Mało osób wie, że na tym etapie jest wywoływany normalny poród. Po powrocie do domu jedynym pomysłem wydawało się pójscie do psychologa i chwała mi za to bo to był najlepsze co mogło mi się przydażyć. Oraz przez całe dnie oglądałam Top Gear do tej pory uważam, że uratowali mi psychikę. Moim przyjaciółkom to się chyba nigdy nie odwdzięczne za to, że nie bały się do mnie odzywać że mnie wyciągały do życia. Zaczęły się poszukiwania co było przyczyną i jedynym tropem były nieujawnione zaburzenia krzepliwości. Oczywiście wyszła mutacja MTFHR, która się u mnie ujawnia w innych stanach czyli np. w ciąży. Dziewięć miesiecy później zaszłam w drugą ciążą, była nieplanowana, pełna stresu i zastrzyków ale tym razem zakończona sukcesem. Gdybyś chciała namiary na bardzo dobrych trójmieskich lekarzy ginekologów to pisz. Bo według jednego strata ciąży w 26tc nie jest powodem do pogłębionych badań. Ściskam mocno!!!

    • cocco_mille

      Marto, ja poszukuję dobrego lekarza ginekologa w Trójmieście. Będę wdzięczna za podpowiedź. U mnie również MTHFR… Z góry dziękuję!

      • Marta Pawłowska

        cocco_mille przede wszystkim hematolog! Dr Mital na pomorzu jest najlepszy. Chociaż terminy do niego NFZ pewnie bedą dopiero na 2020. Przyjmuje również prywatnie. Chodziłam do dwóch lekarz dr Światkowskiej-Freund ona jest z Klinicznej oraz dr Matkowskiego z Zaspy. Potem napiszę więcej

  • kamila wozniak

    A może myślcie w kategoriach, ze to dziecko urodziłoby się z tyloma wadami ze jego i wasze życie zamieniłoby się w koszmar, czasami organizm wie lepiej, odrzuca to co chore i niezdolne do życia, mysle ze zwlaszcza w pierwszym trymestrze latwiej zaakceprowac taki stan rzeczy.

    • To trochę jak powiedzenie osobie, której chory na raka ojciec zginął w wypadku samochodowym, żeby nie płakała, bo i tak by umarł.

  • Ja również to przeżyłam, to miało być moje pierwsze dziecko. Do tej pory część rodziny traktuje ten temat jako coś błahego po czym kobieta nie ma prawa płakać,bo to przecież był zarodek, nie dziecko… Nie mogłam nawet swojego dziecka pochować, bo nikt wcześniej mnie nie uświadomił jak należy to zrobić. Po przeczytaniu Twojego wpisu rozpłakałam się bo wszystko mi się przypomniało. Jedyne co mogę napisać to to że jestem z Tobą.

  • Cranberry

    Jestem nowa na Twoim blogu, ale jakiś czas temu czytałam go wstecz i mam wrażenie, że w pewnym momencie się domyśliłam. Chciałabym, żebyś wiedziała, że już wtedy myślałam o Tobie – nie znam Cię i nie wiem, jak Cię wesprzeć, ale chciałabym, żebyś wiedziała.
    To bardzo, bardzo potrzebne, to co piszesz, że poronienia zdarzają się dość często. Młode kobiety powinny mieć tę świadomość. Częstość cierpienia go nie zmniejsza, ale jak przy innych tragediach – dobrze jest mieć świadomość, że pewne rzeczy po prostu się dzieją i są wśród nas osoby, które tych spraw doświadczyły.

  • Cranberry

    Nie wiem, czy powinnam to pisać i czy dla kogoś poza mną okaże się to ważne, ale może to komuś jakoś pomoże, właśnie poprzez poczucie wspólnoty w bólu. Leżałam w szpitalu z panią, która była w trakcie poronienia. Rozsądnie położono ją ze mną (operacja), a nie z dziewczynami z zagrożonymi ciążami.
    Pani miała już liczną rodzinę, najstarsze dzieci były dorosłe, a córka-studentka wręcz przyszła do niej do szpitala. A mimo to pani płakała.

  • Ważny post. I taki smutny, bardzo mnie poruszył. Przykro mi, że przez to przeszłaś, że tyle kobiet przez to przechodzi… nic więcej nie potrafię napisać, bo nie ma słów, które koją ten rodzaj bólu.

  • so_cold_

    Przeżyłam to dwa razy, pierwszy raz w Wigilie a drugi na pogrzebie mojego dziadka, tak jakby los chciał mi za każdym razem jeszcze bardziej dokopać. Na szczęście nie jestem aż tak wrażliwą osoba jak Ty, czy wiele innych kobiet i dość szybko wróciłam do normalności. Tylko strach przed kolejną ciążą pozostał, panika, że albo w ogóle nie będę miała dzieci, albo urodzi się ono chore. A czas tyka, nasze kobiece organizmy są bezwzględne. Tez nie lubię dzieci, nudzą mnie, nie umiem się z nimi bawić, a takich malutkich to nawet boję się dotknąć, jednak gdzieś ta resztka instynktu się tli i chyba chciałabym mieć swoje. Na razie mam dwa ukochane koty i dobrze mi z tym 🙂 szkoda, że nie możesz mieć zwierzaka, to bardzo pomaga.

  • cocco_mille

    Dziękuję Ci za ten tekst. Chciałabym, żebyśmy wszystkie mogły mówić otwarcie o poronieniu. Żebyśmy nie były zbywane, zbagatelizowane, pocieszane, rozbawiane, zawstydzane, dzielne, skazane na milczenie, nieistniejące. Żeby to ktoś, kto wypowie niestosowny komentarz czuł się jak śmieć, a nie my…
    Mamy prawo czuć to wszystko, co czujemy… Teraz już to wiem, szkoda że nie wiedziałam wcześniej. Chciałabym, żeby inne dziewczyny (i chłopacy, mężowie) wiedzieli od razu.

  • Joanna Szymańska-Schultz

    To przypomina przejście na drugą stronę rzeki, dołączenie do wspólnoty kobiet, które też to spotkało. Niestety. Żałoba to trudny, ale nieodzowny proces. Ja czytałam wszystko co się dało na ten temat i bardzo ważna dla mnie na tamtym etapie była książka „Obsoletki” Justyny Bargielskiej. Dwie rzeczy są pewne, po przeżyciu straty nigdy nic już nie będzie takie samo oraz najbanalniejszy z banałów, czas leczy rany. Przytulam Cię mentalnie.

  • Pawel Slon

    Mega-Szacun za odwagę i posta. Szok, że to aż 20-25%, temat W OGÓLE nie istnieje, my faceci zupełnie nie wiemy jak zareagować w takiej sytuacji i sensownie pomóc, tym bardziej dzięki za odwagę i oświecenie. Trzymaj się, pozdrawiam najcieplej!

  • jamnikowa

    Marta tak mi przykro… To straszne że musieliście przez to przejść z Mateuszem. Twój tekst jest tak ważny, tak ważne jest żeby ktoś zaczął nareszcie w tym kraju mówić o takich rzeczach, wyciągać ludzi z samotnego przeżywani bólu, lęku, wstydu, tego na co nikt ich nie przygotował… Moja Mama mi opowiedziała jak ostatnio dowiedziała się o tym że Babcia poroniła: jak była z nią u lekarza zajrzała do jej karty i zobaczyła w rubryczce ‚poronienia’: 2. Mama ma 53 lata, Babcia 78. Jak w większości przypadków, society nie przygotowuje nas za bardzo na inne rzeczy niż matura… To jest na pewno trudny temat do rozmowy, po raz kolejny zadziwiasz mnie swoją odwagą, determinacją i siłą charakteru. ściskam mocno i ślę dobre myśli, choć wiem że potrzeba tu o wiele więcej niż słowa.

  • Ogromne współczucia… Czułam podobne pretensje (choć na pewno nie tak wielkie), kiedy spotkało to bliską mi osobę i kiedy poznałam te statystyki. Szalenie mi przykro, że Cię to spotkało, szalenie mi przykro, że kiedy spotyka to pary, to są one na to tak bardzo niegotowe, choć wiadomo, że nie da się przygotować na taką tragedię. Straszne, że ten tekst musiał powstać, ale „dobrze”, że jest, bo myślę, że napisałaś go dla wielu osób.

    Życzę Wam obojgu bardzo dużo siły…

  • Mag

    To nie mija.Choć potem inaczej boli. Może mniej intensywnie, ale za to dojmująco…. Nie pamiętasz już tego, jako małego człowieka. Widzisz krzesło, a na nim z roku na rok starszego syna (lub córkę), zastanawiasz się nad jego niedokonanymi wyborami, każdego roku obliczasz na nowo, ile by miał lat, jakiej muzyki by słuchał, co chciałby dostać na urodziny lub gwiazdkę, jakie przedmioty maturalne by wybrał….. Lista ciągnąca sie w nieskończoność. Patrzysz na swoje drugie, trzecie dziecko – naprawdę,żadne z nich nie jest „zamiast” (jak chcieliby ludzie… mam tylko nadzieję, że nie spotkałaś imbecyla z tekstem „młoda jesteś, jeszcze nie jedno urodzisz” – mnie się niestety trafił). To dziura „niespełnionych możliwości”, nieodbytych rozmów, babek nieusypanych na plaży w Dębkach, nieodwiedzonych bożonarodzeniowych szopek, nieopowiedzianych bajek, nieobejrzanych kolejnych „Gwiezdnych Wojen”, …. Dotkliwy brak szansy. Dziura w duszy. Wiem, że Cię nie pocieszam, ale tak jest. Po prostu.

  • J.

    Smutny post. Ja (aktualnie w 10 tygodniu ciazy z poronieniem zagrazajacym – plamienia, krwawienie, odklejanie kosmowki, krwiak) leze w domu i nie planuje dalej niz jutro. Nie mysle o „dziecku” we mnie, mysle o „ciazy”, ktora byc moze bedzie sie rozwijac, a byc moze zechce sie ekawukowac. Znam statystyki, sa bezwzgledne. A w szkole? Dokladnie, wbijaja dzieciakom do glow, ze „ciaza to zlo, ciaza to tragedia, ciaza to koniec swiata”. Dlugo zwlekalam z decyzja o dziecku (podobnie jak Ty, za dziecmi ogolnie nie przepadam) i okazalo sie, ze w wieku 32 lat, z niedoczynnoscia tarczycy nie jest latwo ZAJŚĆ a jeszczee trudniej utrzymac. Doskonaly odwazny tekst!

    • Tarczyca to przeklęty pieron. Każdego dnia przekonuję się jak potrafi zatruć życie. A najgorsze było to, kiedy byłam jeszcze w ciąży i endokrynolog mi wmawiał, że wszystko z hormonami ok, a po poronieniu okazało się, że jednak tsh miałam poza normą dla kobiet w ciąży. Zabić to mało! Dziewczyny, zwracajcie uwagę na swoje zdrowie i nie wierzcie lekarzom ślepo!

  • MayaMarie

    Twój tekst zrobił na mnie takie wrażenie, że prawie się popłakałam, chociaż przecież nie znam Cię. Jest mi przykro, współczuję i ściskam.

  • Strasznie mi przykro. I juz nic wiecej nie bede pisac. xx

  • Marta

    Witaj, ja też należę do tych 20%, i też nie miałam pojęcia o tym, jak bardzo to jest powszechne zjawisko.
    I zgadzam się z Tobą, że na pewno łatwiej byłoby, gdybym miała taką wiedzę.
    Od razu po poronieniu mówiłam o tym każdemu, i wtedy dowiedziałam się, jak wiele moich koleżanek to przeżyło – w ciszy, w tajemnicy. Lepiej jest mówić, wtedy można dostać wsparcie.
    Minęło ponad 2 lata i muszę powiedzieć, że u mnie rana się zabliźniła. ale jestem innym człowiekiem niż kiedyś, bo poczułam po raz pierwszy z tak bliska, w środku siebie, dotknięcie śmierci.
    Przez większość czasu już o tym nie pamiętam. A gdy tkwiłam w samym środku tej rozpaczy, wydawało mi się niemożliwe, że to kiedykolwiek minie.
    Więc obiecuję Ci – ból minie. Najgorsze minie, i to trochę mniej najgorsze też. Wszystko mija. Nawet jeśli teraz w to nie wierzysz.
    Bardzo, bardzo mocno przytulam.

  • www.aga-ka.pl

    nie wiem nawet i nie umiem sobie wyobrazić tego, jakie to są uczucia, myśli… życzę Ci siły, dużo siły!

  • Kat D

    Dziękuję Ci za ten tekst i wszystkim odważnym dziewczynom za komentarze.

  • malfeuek

    Rien, ja na wstępie mówię: ja tego nie przeżyłam nigdy i mam nadzieję, że nie przeżyję. Ale ze względu na to, nie mogę w pełni odnieść się, zrozumieć, stanąć na Twoim miejscu w tej sytuacji. Aczkolwiek próbuję. I z tego, co udało mi się ustalić, to musi być ogromny ból. Trzymam kciuki, żebyś się podniosła i żeby towarzyszyło Ci więcej szczęścia.

  • Ewa

    dowiedzialam sie o tym, gdy wrocilismy z naszej podrozy ‚slubnej’. male serduszko przestalo bic. moje tez chyba zatrzymalo sie na kilka miesiecy. najpierw byl rozdzierajacy bol. pozniej przyszla ogromna zlosc, nie wiem na kogo lub na co. zaczelo sie polowanie na czarownice – to przeze mnie ! jestem pewna, ze to moja wina ! bo w dzien zrobienia testu ciazowego jadlam sushi, bo podczas kolacji slubnej zamoczylam usta w kieliszku z szampanem, bo stresowalam sie, bo przez te tygodnie pilam za malo zdrowych sokow…
    latem angielska telewizja emitowala wzruszajaca reklame Pampers o wczesniakach – za kazdym razem gdy ja widzialam plakalam jak tamtego dnia. wyłam nie probujac sie chamowac.
    mijajac na ulicach wozki dostawalam ataku placzu.
    widzac kobiete w ciazy mialam ochote ja rozszarpac, bo jakim prawem akurat ona jest w ciazy, a ja nie ?!
    wscieklosc minela. zostal smutek. jestem nim wypelniona po brzegi. jednego dnia nie ma nawet sekundy, gdy o tym pomysle. nastepnego placze nad ksiazka dla przyszlych mam, bo po raz setny czytam jak rozwiniete byloby moje dziecko, ktore urodzilabym 10/01/18. Robi mi sie slabo, gdy pytaja mnie o druga ciaze. Boje sie. Boje sie smrodu szpitala i tego, ze znowu bede czuc sie jak kupa g***a.

  • Rien, jesteś bardzo dzielna i odważna, że napisałaś tak szczery i osobisty wpis. Jest masa tematów około macierzyńskich, które sprawiają ogromny ból. NIe mówi się o tym na lekcjach przysposobienia do życia w rodzinie, na kursach przedmałżeńskich, ba, nawet na szkole rodzenia wszystko jest liźnięte. A byłoby o wiele łatwiej, gdyby można było sobie przerobić w głowie scenariusze „gdyby-to”, które w jakimś stopniu mogłyby przynieść ulgę.

    W moim najbliższym otoczeniu dwie kobiety poroniły (potem obie zaszły w ciążę kolejny raz i urodziły perfekcyjnie zdrowe dzieci!), jedna ma dziecko z zespołem aspergera. W dalszym otoczeniu były/są problemy z płodnością (jedna para wyjechała za granicę żeby zarobić na invitro, udało się, urodził im się syn, a po dwóch latach bez wspomagania zaszli w drugą ciążę – mimo, że lekarze im mówili, że nigdy nie będzie to możliwe!).

    Mało kto mówi też o depresji poporodowej – że wcale nie objawia się niechęcią do dziecka, tylko m.in. (irracjonalnym) lękiem o jego życie, ciągłym napięciem. Pierwsze 4-5 miesięcy codziennie płakałam, nie potrafiłam myśleć o niczym innym, tylko o zdrowiu i życiu małego (nie było to kompletnie bez powodu, bo mieliśmy różne problemy).
    W tym okresie wielokrotnie spotykałam się z pogardą i lekceważeniem – ze strony pielęgniarek i lekarzy w szpitalu, pediatrów w przychodni i nawet ze strony doradcy laktacyjnego. Wszystko to były kobiety. Co jest szokiem dla młodej mamy, bo do momentu porodu wszyscy cackają się z nią jak z jajkiem. „Dodatkowym smaczkiem w całej sytuacji jest to, że dopóki masz w sobie zarodek, nawet nieżyjący, wszyscy traktują Cię poważnie i się o Ciebie martwią. ” – dokładnie. Potem radź sobie sama. I najlepiej zaraz zajdź w kolejną ciążę, bo tylko wtedy jesteś wartościowym człowiekiem.

    Wyobrażam sobie, ile musiało cię kosztować napisanie tego tekstu, bo ja poryczałam się pisząc ten komentarz i wspominając nasze problemy, a były przecież nieporównywalnie mniejsze. Ściskam cię mocno!

  • verónica

    no cyferki fajnei wyglądają na papierze, ale czynnik ludzki stojący za nimi to zupełnie inna historia.

    z uwagi na różne okoliczności zdrowotne- raz w życiu wyszedł mi test ciążowy, kilka dni później było po wszystkim.
    i niby wiem, jakie są liczby, i niby wiem, że to przecież od testu daleka droga- to jednak staram się o tym zdarzeniu nie pamiętać, żeby nie myśleć, coby było gdyby.

    z drugiej strony, najgorszym doświadczeniem dla mnie było to, jak się po operacji obudziłam na sali pooperacyjnej i obok mnie leżała dziewczyna, której usunięto jajowód bo miała ciążę pozamaciczną.
    laska jakieś rozpacze i te sprawy- ale okazało się, że już ma jedno dziecko, teraz starali się o drugie.
    z jednej strony rozumiem ten ból- ale z drugiej strony- w końcu już dziecko w domu ma, gdy mnie w tym samym czasie razem z guzem wycięto szansę na jakiekolwiek dziecko.

    taki paradoks- ból ma różne wymiary.

  • Lila Kozłowska

    Myślenie o dzieciach jeszcze długo przede mną, nie mam pojęcia przez co przechodzisz, ale myślę, że poruszając ten temat na pewno pomogłaś wielu osobom. Wiem, że to banalne pocieszenie, ale nie trać nadziei, niech Moc będzie z Tobą <3

  • Żona Programisty

    7 lat temu też przeżyłam poronienie. Zniosłam to bardzo ciężko, straciłam na jakiś czas chęć do życia – mimo, że ciąża była dość wczesna.
    Potem, już po okresie żałoby, jakiś lekarz powiedział mi, że statystycznie każda, aktywna seksualnie kobieta, przynajmniej raz w życiu poroniła, tylko zwykle są to ciąże tak wczesne, że jeszcze nie wykryte, a ja miałam pecha już do koncepcji mojego dziecka się przywiązać i już mieć plany na przyszłość, w których był zawarty, więc bardzo mnie to zraniło, ale mimo wszystko to naturalny proces i nie zawsze da się poznać jego przyczyny. Szkoda, że nikt wcześniej mi o tym nie powiedział, może byłoby łatwiej, może nie czułabym się tak podle, albo przynajmniej bezpieczniej podchodziłabym do tematu przywiązywania się do dziecka przed jego narodzinami…

    Nie wiem jak w UK, ale w Polsce są grupy wsparcia, są też spotkania matek w dzień dziecka utraconego i wspólne puszczanie balonów/papierowych łódek/lampionów w ramach uczczenia pamięci straconych dzieci – moja koleżanka, która też to przeżyła, uczestniczy w takich spotkaniach i w jakiś sposób pomaga jej to w żałobie.

  • Dopiero czytając Twój tekst poznałam skalę poronień, wcześniej nie miałam pojęcia. Myślę że to bardzo ważne, że go napisałaś i wierzę, że jeśli kiedyś dowiem się, że przydarzyło się to którejś z kobiet w moim otoczeniu, będę wiedziała, jak zareagować. Życzę Ci wiele siły i zdrowia.

  • AG

    U mnie minęło właśnie 6 miesięcy. Nie jest lżej. Nikt z najbliższych, którzy wiedzą co się stało, nie pyta już jak się czuję. Z jednej strony to dobrze, bo miałam już dość takich pytań, bo jak odpowiedzieć na takie z pozoru błahe zapytanie? Jeśli na zmianę czuję ból albo pustkę? Ludzie nie lubią słyszeć takich rzeczy, bo czują się skrępowani. Z drugiej strony boli mnie te omijanie tematu. Na początku wszyscy się przejmowali, a teraz cisza. Oczywiście poza mężem, on cierpi razem ze mną. Mało kto pamięta, że on też przeżył utratę dziecka. Chociaż o tym nie mówi, ale widzę i wiem, że stara się być silny dla mnie. Bo jeśli i on się załamie, to oboje się nie podniesiemy. Niemniej zaczęliśmy starać się na nowo, bo ciągle mamy nadzieję i przeogromne pragnienie. Oczywiście jest ciężko. To już nie te starania, co na początku. Zaczynaliśmy z hasłem „będzie, co będzie” , ekscytacją i dużą przyjemnością. Teraz mam wrażenie, że co miesiąc podchodzę do jakiegoś poważnego egzaminu z bycia kobietą, który oblewam. Każdy widok małego dziecka boli. Boli każdy komentarz przeczytany pod tym postem, jak to innym się już udało, pomimo podobnych doświadczeń. I strasznie mnie to złości, bo nie chce czuć tych emocji. Nie chce być taką zazdrośnicą. Dziękuję Ci za ten tekst. I życzę nam wszystkim siły, odwagi i wyrozumiałości dla siebie.

    • Chyba właśnie dźwignęłam się z etapu oblewania egzaminu i przestaje mi zależeć, bo przecież i tak nigdy się nie uda. Udaję, że mnie to już nie dotyczy i nie interesuje. Może nawet nie udaję. Nie wiem.

  • Pingback: Pogadajmy, czyli inspiracje z sieci #1 - Travel Slow()

  • matka poroniona

    Dziękuję Ci za ten tekst. Za każdym razem, kiedy widzę w sieci test o poronieniu uśmiecham się lekko z radości, że tak naprawdę my babki jesteśmy strasznie silne. Że tracimy swoje wymarzone ciąże, ale idziemy naprzód, walczymy o siebie, o swoj psychiczny spokój, czasem o cud. Nawet rozwalone poronieniem na milion kawałków, mimo wszystko, jesteśmy silne. Każde głośne stwierdzenie „Tak, poroniłam” przybliża nas to momentu, w którym kobiety przestaną się bać. I to jest piękne.

  • L.

    Dziękuję za ten post. W listopadzie zeszłego roku straciłam ciążę. Obecnie zaczęliśmy starać się o kolejną. Tak bardzo boję się, że się nie uda, że cały koszmar do mnie wrócił. Mam wrażenie jakbym czytała opis samej siebie…

Loading..