alias1
Picture of Riennahera

Riennahera

Filmy i seriale, które podobały mi się w tym roku najbardziej

Jeśli chodzi o teksty (pop)kultury, jestem wyjątkowo wybredna. Mało co mi się podoba. Nie żebym miała obiektywnie wspaniały gust (chociaż wiadomo, że mam 😉 ) bo nie podoba mi się również sporo filmów, które zdobywają zarówno uznanie krytyków jak i miłość publiczności (tak, mówię do Was, “Arrival” i “Interstellar”, między innymi). Żeby coś mi się NAPRAWDĘ spodobało, musi spełniać zarówno względy formalne jak i trafić w “mojość”.

W tym roku widziałam mnóstwo wspaniałości, tyle tylko, że lubię oglądać starocie i niekoniecznie gnam do kina na premiery. Seriale lubię czasem włączyć, kiedy minie na nie pierwszy hype. Dzisiaj przyglądam się jednak produkcjom z roku 2017.

Tegoroczne produkcje były dla mnie wszystkie jakieś nie takie. Niezachwycające. Pozbawione mojości. Oprócz tych produkcji. Zastrzegam sobie jednak prawo do zapomnienia o czymś, co było fajne, bo jestem osobą o pamięci złotej rybki. Czasem zapominam, jakie skarpetki mam na sobie, a co dopiero jakieś filmy i seriale…

Poniżej tegoroczni ulubieńcy. Chętnie dowiem się, co podobało się Wam najbardziej (ale tylko nowości, bo mi też najbardziej podobał się film z 2009 roku, a nie o to chodzi) i nie, nie zapomniałam o Blade Runnerze 😉

(tak, w tym tekście jest delikatnie złośliwe heheszkowanie, ale po to jesteśmy w internecie, żeby sobie czasem poheheszkować)

 

Alias Grace

 

Zachwyty nad tym tytułem przewaliły się przez cały internet. Moją organiczną reakcją na taki zachwyt jest niechęć do zabrania się za produkcję, bo jeśli wszystkim coś się podoba, to znaczy, że nie może być tak naprawdę dobre. Wiecie, pewnie jest zrobione pod publikę (jak Stranger Things :>). Na Alias Grace czekałam jednak z wypiekami na twarzy i nie zawiodłam się. Po pierwsze, obsada. Jestem fanką urody Edwarda Holcrofta, więc ujrzenie go w kostiumie z epoki jest po prostu jak dostanie wielkiej tabliczki czekolady. A nawet lepsze, bo od patrzenia na Holcrofta się nie tyje. Po drugie, morderczynie z niższych klas nie są bardzo częstym tematem w tym gatunku. A gdy się zdarzają, niekoniecznie są zachętą do zastanowienia się nad relacjami między klasami społecznymi.

 

 

Alias Grace to coś świeżego, nieopatrzonego. Nie wchodzi w sztampowe reguły gatunku, a bohaterowie są postaciami, które jednocześnie łatwo polubić lub wczuć się w ich sytuację, ale trudno im zaufać. I słusznie, bo właściwie nikt nie jest tutaj tak naprawdę pozytywny, a już na pewni nie niewinny. Za to wszyscy są bardzo ludzcy.

To serial świetnie zagrany, świetnie napisany i bardzo przyjemny, choć ta przyjemność wynika z oglądania rzeczy niemiłych, od których chwilami cierpnie skóra. To trochę jak opowiadanie sobie historii o duchach w nocy na wycieczce klasowej.

 

(jaka to była cudowna scena!)

 

Nie zapomnijmy też, że w tym filmie ofiarę zbrodni gra Anna Paquin, która grała też niezwykle irytującą Sookie Stackhouse. Często wybrażałam sobie, że postać Nancy to tak naprawdę Sookie…Tyle satysfakcji.

 

Amerykańscy Bogowie

 

Produkcje Bryana Fullera się albo lubi, albo ich nie znosi. Są bardzo charakterystyczne i zdecydowanie przestylizowane. Sama uważam, że Fullera powinno być wszędzie więcej, bo ma ryzykowny rodzaj fantazji, której trochę brakuje w świecie rozrywki.

 

 

Ten serial chwilami się ciągnął, chwilami szedł w stylistykę nieco zbyt jak na mój gust campową. Ale był odważny. Obrazoburczy. Polityczny. Nawet obrzydliwy. Była brutalność i śmierć. Była krew. Był seks. Był gejowski seks dwóch postaci z muzułmańskiego kręgu kulturowego. Jeśli to nie jest nowe, świeże i odważne, to nie wiem co jest. Mam wielką nadzieję, że wraz z tym jak akcja będzie się rozkręcać (fabuła książki też robi się dynamiczna dopiero po dłuższym czasie), Fuller pokaże nam jeszcze więcej.

 

 

To nie jest najlepsza produkcja roku, ale Fuller to dobry człowiek na dobrym miejscu. Nikt inny nie zekranizowałby Gaimana z podobną odwagą. A Gaiman sam w sobie jest odważnym chłopakiem i zasługuje na dobre towarzystwo.

 

The Good Place

 

Nie jestem wielką fanką telewizyjnej komedii, bo na każdą świetną produkcję typu “The Office” przypada mnóstwo badziewia. Oglądam sporo produkcji, jednak są to najczęściej tytuły stare, sprawdzone i od BBC…

 

 

The Good Place wciągnęłam w kilka dni. Dawno nic mnie tak nie wciągnęło. To opowieść dość naiwna i banalna, ot, panienka umarła i poszła do nieba, chociaż nie zasłużyła (ale czy na pewno?), jednak ma w sobie to samo co wspomniane wcześniej dwie produkcje – świeżość. Jak ja się cieszę, że skupiamy się na czymś nowym, abstrakcyjnym, innym niż związki i miłość, a te są tylko dodatkiem na marginesie. Na dodatek The Good Place jest lekki jak pianka od cappuccino i wchodzi jak złoto, jednocześnie poruszając sporo całkiem poważnych filozoficznych i egzystencjalnych kwestii. Bez nieprzyjemnej dydaktyki. Podoba mi się też wersja korpo piekła i nieba. Dla mnie ten serial był idealny na smutne listopadowe wieczory pod kołdrą. Bardzo poprawił mi nastrój.

 

(uwielbiam postać graną przez przepiękną Jameelę Jamil)

(tak, wiem, że serial zaczął się w 2016, ale kontynuowany jest w 2017 więc uznam, że się liczy)

 

The Lost City of Z

 

Pierwszy raz zobaczyłam ten film na Off Camerze w Krakowie. Decyzję o przyjściu podjęłam trochę na ostatnią chwilę, bo tego dnia bardzo padało i zastanawiałam się czy lepiej leżec w wynajmowanym mieszkaniu pod kołderką z komputerem czy iść na deszcz do pełnego kina. Zmusiłam się jednak i wyszłam. Spędziłam czas wbita w fotel.

 

 

To bardzo „moja” opowieść o obsesji, pasji, pokonywaniu siebie, zdobywaniu świata, zapisywaniu się w historii i stawianiu się temu, co społeczeństwo uznaje za pewnik. Trochę tu Juliusza Verne, trochę Jądra Ciemności. Wydaje mi się, że to mocno męski film, kobieta jest właściwie jedna, a to i tak zepchnięta na margines (co idealnie wpasowuje się w fabułę i podnosi kwestię ceny obsesji i poświęcenia bliskich), ale nie mogłam oderwać się od tej historii i towarzyszyła mi w głowie przez wiele kolejnych dni.

 

 

The Lost City of Z ma jedną wadę. No, dwie. Jest…nudne. Tak, wiem, trochę się to kłóci, czemu byłam jak wbita w fotel, skoro to nudne? Ponieważ to jest nudne jak XIX wieczne powieści. Sama kocham te powieści, ale jestem w stanie zrozumieć osoby, które ich w ogóle nie kochają. Film rozgrywa się w XIX wieku, więc sposób prowadzenia akcji nawiązuje do dzieł z epoki, dodatkowo ta nuda podkreśla, moim zdaniem, wymowę dzieła, jest w pewien sposób metaforą życia. Mnie ten styl odpowiada, ale jak napisałam, rozumiem czemu może się nie podobać. Drugą wadą jest to, że zdecydowanie mocniej odddziałowywuje na dużym ekranie, kiedy nie można przerwać seansu i zrobić herbaty, a dżungla przytłacza wielkością i czasem ekranowym, który jej dano.

Niemniej, dla mnie to póki co film roku.

 

Death of Stalin

 

Zainteresowałam się tym tytułem tylko z powodu Ruperta Frienda. Rupert Friend to jest bardzo ciekawy przypadek. Nie miałam wobec nigdy uczuć fangirlicznych. Nie tęskniłam do niego po nocach, nie wyobrażałam sobie go jako mojego drugiego męża, nie planowałam wspólnego życia.
Ale za każdym razem kiedy go widzę, robi mi się w sercu ciepło. Mam ochotę go przytulić i zrobić mu kakałko. Z kolorowymi piankami. No lubię chłopaka, no.
Jego obecność na plakatach jest ewidentnie sposobem na przyciągnięcie do kina młodych kobiet, bo sam styl i temat filmu jest raczej domeną starszych panów. Mentalnie uważam się jednak za starszego pana, kocham whisky i dostawać skarpety, więc Rupert był tylko wisienką na torcie. Zwłaszcza, że znowu bardzo dużo go w filmie nie ma, a na plakatach obok syna Stalina powinna zdecydowanie znaleźć się jego córka…(trochę seksim, ale daruję plakaty, bo to świetny film).

 

Wszyscy wiemy (WIEMY, PRAWDA?) jak skończyła się walka o schedę po Stalinie. Dlatego nie będzie to specjalnym spoilerem, kiedy napiszę, że przy zakończeniu zbierałam szczękę z podłogi z powodu kunsztu Armando Ianucciego, który film napisał i wyreżyserował. Bo w ostatnich scenach to nagle przestaje być komedia, postaci, które wydawały się NIE TAKIE ZŁE, a nawet DOBRE, pokazują inną twarz, a wydźwięk jest naprawdę przerażający. Steve Buscemi jako Chruszczow z pajaca staje się władcą marionetek i w jednym momencie przestaję się śmiać z wizji ZSRR jako bandy nieudaczników i czuję całą przytłaczającą grozę systemu.

Wydźwięk jest tym bardziej przerażający, po tym jak przeczytałam wywiad z Ianuccim, w którym powiedział, że David Cameron powiedział do niego TAK BYŁO W MOIM PRZYPADKU, mając na myśli walki Torysów o przejęcie władzy po tym jak zrezygnował z funkcji premiera, kiedy Brytyjczycy zdecydowali się na Brexit. Fajna uwaga, w dobie świetlanej demokracji…

To moje tegoroczne typy. Czasem na Wasze.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Newsletter

Subskrybuj Elfią Korespondencję

Czymże jest newsletter? Może być różnymi rzeczami. Może być sposobem na zawalenie skrzynki i wciskaniem swojego produktu przy każdej możliwej okazji. Może być wspaniałym narzędziem do budowania bliskiej relacji ze społecznością. Albo czymś pomiędzy. Czasem nawet czymś fajnym. I o to będę walczyć.

Zapraszam Cię do zapisania się na mój newsletter Elfia Korespondencja. Wchodzisz w to?

Administratorem danych osobowych podanych w formularzu jest Marta Dziok-Kaczyńska, Ellarion Cybernetics Ltd., Paul Street 86-90, London, United Kingdom. Zasady przetwarzania danych oraz Twoje uprawnienia z tym związane opisane są w polityce prywatności. Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA. Mają zastosowanie polityka prywatności oraz regulamin serwisu Google.
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Scroll to Top