To nie jest łatwy temat, to nie jest fajny temat, to jest okropnie niezręczny, wstydliwy i beznadziejny temat. Ale kiedy tkwię w swojej beznadziei i każdy możliwy pomysł na wpis wydaje się głupi, płytki i niewart zachodu, ten ma jakieś przebłyski sensu. Łatwo byłoby oczywiście przed samą sobą uznać, że się skończyłam, jeśli nic co piszę mi się nie podoba, to lepiej dać sobie spokój. Ale wiem, że to nieprawda. Bo uwielbiam pisać, uwielbiam kiedy ktoś mnie czyta, rozwijanie bloga i bycie członkiem blogosfery sprawiało mi zawsze frajdę. I będzie sprawiać. Za krótszą lub dłuższą chwilę.

Na chwilę obecną nie sprawia mi frajdy nic. No, oprócz Project Runway. Ciężko mi określić, kiedy się to (po raz kolejny) zaczęło. W przeszłości wydawało mi się, że widziałam punkty zapalne, tym razem nie widzę. Nie przydarzyła mi się ostatnio żadna tragedia, nie mam większych problemów, starcza mi na czynsz, jedzenie, ciuszki i wakacje, w pracy wszyscy są mili czyli jest dobrze i może być tylko lepiej. Trzeba się tylko dalej starać.

Ale kiedy wracam do domu mam ochotę od razu iść spać. Każdy dzień jest taki sam. Wyjście do sklepu wydaje się wyprawą do Mordoru, na którą z pewnością nie mam siły. Gdybym nie chodziła do pracy zapewne leżałabym cały dzień w łóżku bez jedzenia. Tak jak na ostatnim roku studiów. Tak jak po ich ukończeniu, podczas jednego jedynego miesiąca na bezrobociu. Tak jak jakiś miesiąc temu, kiedy byłam przez weekend sama w domu. Weekend nie jest lepszy, bo owszem oto mam perspektywę zupełnego wyrwania się z rutyny, ale wymaga to wysiłku, planu, energii. Łatwiej jest nic nie robić, a potem przeżywać dlaczego nic się nie robiło.

Moja depresja przez większość czasu nie jest smutkiem, rozpaczą, bólem. To są intensywne uczucia, które mogą dodać energii, popchnąć do działania, z którymi można walczyć. Mnie dolega uczucie absolutnej płaskości. Takie zobojętnienie i brak energii, jaki czuje się po spędzeniu tygodnia w łóżku na antybiotyku. Nie jest też równa, bo są dni, kiedy nie mogę się zmusić do czegokolwiek poza podstawowymi czynnościami wymaganymi ode mnie na co dzień, a zaraz potem następują dni zupełnie w porządku. Potrafi je jednak zepsuć zupełny drobiazg, zdjęcie na którym wyglądam grubo, wiatr, który wieje mi w twarz albo krzywe spojrzenie na ulicy. A krzywych spojrzeń na ulicy jest mnóstwo, bo przecież jestem centrum wszechświata i każdy skupia się na tym, żeby mnie nie lubić. Wszystkie kompleksy stają się dziesięciokrotnie silniejsze i każdy napotkany człowiek ma mniejszy nos niż ja, smuklejsze łydki, ładniejsze włosy, szczuplejszą talię i cały świat o tym wie, a ja chcę się schować pod kołdrą czy w pracowej toalecie i nigdy już stamtąd nie wyjść.

Kiedy zaczynałam pisać ten tekst czułam, że nie spotka mnie już nigdy nic dobrego, dzisiaj jestem jedynie nieco zmęczona i temat wydaje mi się trochę żałosny. Można przez to nabrać przeświadczenia, że po prostu się marudzi, każdy miewa gorsze i lepsze dni i trzeba się po prostu wziąć w garść. I czasem tak jest. I może teraz tak będzie. Ale czasem tak nie jest.

Jestem przekonana, że 99% osób, z którymi spędzam najwięcej czasu nie ma pojęcia o tym jak się czuję i określiłyby mnie one jako dość radosną i przyjazną osobę, może nieco introwertyczną. Jestem przekonana, bo sama mieszkałam z kimś kto miał depresję i nigdy nie dał tego po sobie poznać, dopóki nie przyznałam się, że idę na terapię. I określiłabym go dokładnie jako radosnego i przyjaznego, choć nieco introwertycznego człowieka. Choć równie dobrze mógłby być przebojowym ekstrawertykiem. Każdy może być smutny i przeżywać to na swój sposób.

Po co w ogóle o tym piszę? Bo kiedy dochodzi się do pewnego poziomu depresji ciężko jest się wziąć w garść i pomóc sobie samemu. Nie wiem czy jestem teraz na tym poziomie. Kiedyś byłam i pomogła mi terapia behawioralna, chociaż lekarka z miejsca zaproponowała leki. Być może nie czujesz się dobrze i masz do siebie pretensje, że nie czujesz się dobrze. Nie miej. Rozmowa z lekarzem będzie niezręczna. Głównie dlatego, że czujesz się jak totalny głupek, bo mnóstwo ludzi ma „poważne” problemy, a Tobie jest „smutno”. Nie tylko Tobie. I ma prawo być Ci smutno i masz prawo nie chcieć być smutnym, tak jak nie chcesz mieć anginy czy syfilisa. Piszę, bo może te kilka akapitów da Ci trochę otuchy.

Być może mieszkasz z takim pogodnym introwertykiem, który czasem przez kilka dni nie może zwlec się z łóżka. Może robi Ci na złość, może jest parszywy i leniwy, ale może nie jest. Piszę, bo może uznasz, że warto zapytać jak się czuje. A jeśli będzie czuł się źle to nie powiesz, że wymyśla, bo przecież nic takiego się nie dzieje i w ogóle to trzeba wziąć się w garść. Tylko zasugerujesz, że w razie potrzeby jesteś obok, będziesz czekać i pomożesz. Żadne „weź się za siebie” ani „będzie dobrze” nie dodaje tyle otuchy, co proste „możesz na mnie liczyć”.

A przede wszystkim piszę to dla siebie i dla tych momentów, kiedy czuję się wyprana z wszelkich uczuć i mam poczucie winy, że znowu piszę smutny tekst, że nudzę, marudzę, odzywam się do Ciebie na fejsie i w sumie nie wiadomo czego chcę. Kiedy piszę mogę na chwilę skupić się na czymś innym niż na tym, że nie jest mi dobrze. A im częściej skupiam się na tym, że nie jest mi dobrze, tym częściej jest mi dobrze. Czasami jest tak płasko i nijak, że nie mogę niczego napisać. Wtedy też się wstydzę. Warto powiedzieć to na głos, wtedy wstyd wydaje się jakoś taki mały i głupi. Poza tym wyrzucenie z siebie czegoś paskudnego pozwala tak po prostu poczuć się lepiej.

Także ten, jakby co, to możesz na mnie liczyć. Fajnie by też było, jakbym mogła liczyć na Ciebie.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry