To nie jest łatwy temat, to nie jest fajny temat, to jest okropnie niezręczny, wstydliwy i beznadziejny temat. Ale kiedy tkwię w swojej beznadziei i każdy możliwy pomysł na wpis wydaje się głupi, płytki i niewart zachodu, ten ma jakieś przebłyski sensu. Łatwo byłoby oczywiście przed samą sobą uznać, że się skończyłam, jeśli nic co piszę mi się nie podoba, to lepiej dać sobie spokój. Ale wiem, że to nieprawda. Bo uwielbiam pisać, uwielbiam kiedy ktoś mnie czyta, rozwijanie bloga i bycie członkiem blogosfery sprawiało mi zawsze frajdę. I będzie sprawiać. Za krótszą lub dłuższą chwilę.

Na chwilę obecną nie sprawia mi frajdy nic. No, oprócz Project Runway. Ciężko mi określić, kiedy się to (po raz kolejny) zaczęło. W przeszłości wydawało mi się, że widziałam punkty zapalne, tym razem nie widzę. Nie przydarzyła mi się ostatnio żadna tragedia, nie mam większych problemów, starcza mi na czynsz, jedzenie, ciuszki i wakacje, w pracy wszyscy są mili czyli jest dobrze i może być tylko lepiej. Trzeba się tylko dalej starać.

Ale kiedy wracam do domu mam ochotę od razu iść spać. Każdy dzień jest taki sam. Wyjście do sklepu wydaje się wyprawą do Mordoru, na którą z pewnością nie mam siły. Gdybym nie chodziła do pracy zapewne leżałabym cały dzień w łóżku bez jedzenia. Tak jak na ostatnim roku studiów. Tak jak po ich ukończeniu, podczas jednego jedynego miesiąca na bezrobociu. Tak jak jakiś miesiąc temu, kiedy byłam przez weekend sama w domu. Weekend nie jest lepszy, bo owszem oto mam perspektywę zupełnego wyrwania się z rutyny, ale wymaga to wysiłku, planu, energii. Łatwiej jest nic nie robić, a potem przeżywać dlaczego nic się nie robiło.

Moja depresja przez większość czasu nie jest smutkiem, rozpaczą, bólem. To są intensywne uczucia, które mogą dodać energii, popchnąć do działania, z którymi można walczyć. Mnie dolega uczucie absolutnej płaskości. Takie zobojętnienie i brak energii, jaki czuje się po spędzeniu tygodnia w łóżku na antybiotyku. Nie jest też równa, bo są dni, kiedy nie mogę się zmusić do czegokolwiek poza podstawowymi czynnościami wymaganymi ode mnie na co dzień, a zaraz potem następują dni zupełnie w porządku. Potrafi je jednak zepsuć zupełny drobiazg, zdjęcie na którym wyglądam grubo, wiatr, który wieje mi w twarz albo krzywe spojrzenie na ulicy. A krzywych spojrzeń na ulicy jest mnóstwo, bo przecież jestem centrum wszechświata i każdy skupia się na tym, żeby mnie nie lubić. Wszystkie kompleksy stają się dziesięciokrotnie silniejsze i każdy napotkany człowiek ma mniejszy nos niż ja, smuklejsze łydki, ładniejsze włosy, szczuplejszą talię i cały świat o tym wie, a ja chcę się schować pod kołdrą czy w pracowej toalecie i nigdy już stamtąd nie wyjść.

Kiedy zaczynałam pisać ten tekst czułam, że nie spotka mnie już nigdy nic dobrego, dzisiaj jestem jedynie nieco zmęczona i temat wydaje mi się trochę żałosny. Można przez to nabrać przeświadczenia, że po prostu się marudzi, każdy miewa gorsze i lepsze dni i trzeba się po prostu wziąć w garść. I czasem tak jest. I może teraz tak będzie. Ale czasem tak nie jest.

Jestem przekonana, że 99% osób, z którymi spędzam najwięcej czasu nie ma pojęcia o tym jak się czuję i określiłyby mnie one jako dość radosną i przyjazną osobę, może nieco introwertyczną. Jestem przekonana, bo sama mieszkałam z kimś kto miał depresję i nigdy nie dał tego po sobie poznać, dopóki nie przyznałam się, że idę na terapię. I określiłabym go dokładnie jako radosnego i przyjaznego, choć nieco introwertycznego człowieka. Choć równie dobrze mógłby być przebojowym ekstrawertykiem. Każdy może być smutny i przeżywać to na swój sposób.

Po co w ogóle o tym piszę? Bo kiedy dochodzi się do pewnego poziomu depresji ciężko jest się wziąć w garść i pomóc sobie samemu. Nie wiem czy jestem teraz na tym poziomie. Kiedyś byłam i pomogła mi terapia behawioralna, chociaż lekarka z miejsca zaproponowała leki. Być może nie czujesz się dobrze i masz do siebie pretensje, że nie czujesz się dobrze. Nie miej. Rozmowa z lekarzem będzie niezręczna. Głównie dlatego, że czujesz się jak totalny głupek, bo mnóstwo ludzi ma „poważne” problemy, a Tobie jest „smutno”. Nie tylko Tobie. I ma prawo być Ci smutno i masz prawo nie chcieć być smutnym, tak jak nie chcesz mieć anginy czy syfilisa. Piszę, bo może te kilka akapitów da Ci trochę otuchy.

Być może mieszkasz z takim pogodnym introwertykiem, który czasem przez kilka dni nie może zwlec się z łóżka. Może robi Ci na złość, może jest parszywy i leniwy, ale może nie jest. Piszę, bo może uznasz, że warto zapytać jak się czuje. A jeśli będzie czuł się źle to nie powiesz, że wymyśla, bo przecież nic takiego się nie dzieje i w ogóle to trzeba wziąć się w garść. Tylko zasugerujesz, że w razie potrzeby jesteś obok, będziesz czekać i pomożesz. Żadne „weź się za siebie” ani „będzie dobrze” nie dodaje tyle otuchy, co proste „możesz na mnie liczyć”.

A przede wszystkim piszę to dla siebie i dla tych momentów, kiedy czuję się wyprana z wszelkich uczuć i mam poczucie winy, że znowu piszę smutny tekst, że nudzę, marudzę, odzywam się do Ciebie na fejsie i w sumie nie wiadomo czego chcę. Kiedy piszę mogę na chwilę skupić się na czymś innym niż na tym, że nie jest mi dobrze. A im częściej skupiam się na tym, że nie jest mi dobrze, tym częściej jest mi dobrze. Czasami jest tak płasko i nijak, że nie mogę niczego napisać. Wtedy też się wstydzę. Warto powiedzieć to na głos, wtedy wstyd wydaje się jakoś taki mały i głupi. Poza tym wyrzucenie z siebie czegoś paskudnego pozwala tak po prostu poczuć się lepiej.

Także ten, jakby co, to możesz na mnie liczyć. Fajnie by też było, jakbym mogła liczyć na Ciebie.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

154 thoughts on “Moja depresja w kilku akapitach.”

  1. Gratuluję odwagi do opublikowania tak osobistego wpisu. Kiedyś przeczytałam gdzieś, że depresja to właśnie nie jest smutek, rozpacz czy ból, tylko totalne zobojętnienie. Bo to właśnie brak jakichkolwiek odczuć definiuje depresję.
    Sama przechodziłam przez coś podobnego, od bardzo negatywnych uczuć, do totalnej obojętności i niechęci do życia. Dlatego polecam terapię, u dobrego lekarza, który niekoniecznie zasugeruje leki. U mnie nie były potrzebne, chociaż może nie do końca była to depresja. Najważniejsze, to się przemóc i poszukać takiej terapii. To boli, cholernie boli, ale pomaga.
    Trzymam kciuki za Ciebie.

    1. Przechodziłam już przez terapie więc wiem, że pomagają. Nie mam wątpliwości, że czeka mnie kolejna wizyta u lekarza, na chwilę obecną próbuję pomóc sobie myśląc, że to nie świat, to nie ja, tylko głowa. Chwilami pomaga.

    2. Nie widzę opcji dodawania komentarzy, więc podepnę się tutaj (pewnie jestem ślepa;). Jetem terapeutą poznawczo-behawioralnym i jeśli pozwolisz, napiszę co nieco o depresji, co sądzę, że może Ci chociażby odrobinę rozjaśnić Twój stan. Napisałaś, że kiedyś dostrzegałaś „punkty zapalne”, które zapoczątkowywały stany depresyjne, a teraz już ich nie dostrzegasz. Jest to charakterystyczne dla nawracających depresji. Przyjmuje się, że wszelkie zaburzenia są konsekwencją relacji „podatność – stres”, co oznacza, że niektórzy ludzie są podatni, bo np. zmarł im rodzic zanim skończyli 15 lat, albo byli ofiarami przemocy w dzieciństwie, albo mają biologiczne predyspozycje do danego typu chorób. Kiedy spotka ich w życiu duży stres, mogą rozwinąć objawy np. depresji. Z depresją o tyle ciekawie, że sama mija po 6-9 miesiącach, ale każdy epizod zwiększa prawdopodobieństwo pojawienia się kolejnego oraz – i to może być informacja ważna dla Ciebie – jest wywoływany przez mniejsze czynniki wyzwalające. I tak np. pierwszy epizod może być spowodowany śmiercią bliskiej osoby. Drugi zwolnieniem z pracy. Trzeci kłótnią z mamą, a czwarty już samym pojawieniem się jakiejś smutnej myśli (np. „mam duży nos -> jestem brzydka -> nikt mnie nigdy nie pokocha -> nie warto żyć”). Chodzi o to, że z każdą kolejną chorobą nasz układ nerwowy tak jakby słabnie. Ale dobra wiadomość jest taka, że proces ten można odwrócić 🙂 Chodząc na terapię poznawczą możesz nauczyć się wychwytywać te „smutne myśli” i w porę, zanim dojdzie do pełnoobjawowej depresji i zareagować, np. dyskutując z myślami, dystansując się od nich, zgłaszając się wcześnie do lekarza czy terapeuty. Jest jeszcze wiele innych sposobów. Mam nadzieję, że chociaż troszeczkę pomogłam :). Gdybyś chciała do mnie napisać maila, zdecydowanie zachęcam! Pozdrawiam ciepło.

  2. To cholernie, cholernie ważny wpis, dla Ciebie i dla wszystkich innych ludzi, nie tylko tych którzy mają depresję ale też tych którzy mogą mieć styczność z osobą mającą depresję. Jestem najbliższą osobą dla kogoś kto od kilku lat walczy w tej nierównej walce z chorobą. Długo uczyłem się podejścia do osoby chorej, walczyłem sam ze sobą i ze stereotypowym myśleniem na temat kogoś kto mówi, że jest mu smutno ale nie ma pojęcia dlaczego. Większość osób pomyśli że wymyśla, jest leniwy i tyle. A sformułowania których użyłaś zarówno te których nie powinno się używać, jak i te właściwe to coś co powinien każdy zapamiętać. Czasami odrobina troski wystarczy, żeby takiej osobie choć trochę pomóc, odwrócić myśli, czymś zająć, dać jakąś malutką ulgę choć na chwile.
    A teraz już zupełnie prywatnie do Ciebie, doskonale że masz jakiś sposób żeby samej sobie przynieść ulgę, korzystaj z niego i pisz. I nie przejmuj się komentarzami ludzi którzy nie poświęcą minuty żeby poczytać jak straszną i paraliżującą życie chorobą może być depresja. Kochajmy ludzi i troszczmy się o siebie, chociaż na chwilę zatrzymajmy się w biegu, raz na czas i rozejrzyjmy się dookoła bo jednym zdaniem możemy komuś bardzo pomóc.

    1. Kudłaty, a po jakim czasie się nauczyłeś? Podejścia, cierpliwości i tego, żeby na Ciebie się nie rzucało

      1. tak jak napisałem, jest to dla mnie najbliższa osoba na świecie, mnóstwo o tym czytałem, Ona zaczynała terapię, ja czytałem i starałem się nauczyć pewnych systemów zachowań, pewnych reakcji. Niektóre odpowiedzi na pytania czy stwierdzenia są tak głęboko w ludzkiej psychice zakorzenione, że pojawiają się automatycznie, zanim o tym pomyślimy. Ja chyba się jeszcze nie nauczyłem, nie wiem czy kiedykolwiek się nauczę. Ale tak jak Ona walczy każdego dnia, tak ja staram się zrobić wszystko co w mojej mocy żeby być.

    1. Dokładnie to chciałam napisać. Dobrze wiedzieć, że nie ja jedna czuję się źle z tym, że źle się czuję. Na mnie też możesz liczyć.

  3. Możesz na mnie liczyć;) ja, Twój czytelnik, jestem z Tobą 🙂 trwam przy Tobie, bo piszesz zawsze świetne teksty i wierzę w Ciebie i w to,że dasz sobie radę, trzymam kciuki 🙂 cmok

  4. Prawie się popłakałam. Nie, w sumie to się popłakałam jak dziecko – z bezsilności i złości, bo czuję dokładnie to samo. Chciałabym znaleźć pracę, ale się boję. Myślę, że nie muszę tłumaczyć tego strachu i sama zrozumiesz. Chciałabym skończyć studia, ale nie mam siły nauczyć się do jednego, końcowego egzaminu. Już drugi rok. Myślę, że i tak nie zdam. Rodzina też tak myśli. Uważają, że jestem leniwa i do niczego nie dojdę. Chciałabym pisać regularnie, ale co jakiś czas czuję się gorzej i po prostu… nie mogę. Są takie dni, że każda pierdoła doprowadza mnie do stanu, w którym nie mam siły nic zrobić. I nie robię, a potem sobie to długo wyrzucam. Że inni potrafią, a ja nie. Znowu za późno wstałam, znowu siedziałam i gapiłam się w ekran zamiast wziąć się w garść, znowu przez godzinę nie mogłam się zmusić do wyjścia z domu.
    Najbardziej żałuję, że to wszystko dopadło mnie w momencie, w którym nie mam nic – wykształcenia, pracy, domu, pieniędzy, rodziny ani wsparcia. Bo teraz nie mam już nawet siły o to walczyć.
    Nie mam nawet odwagi się podpisać pod tym, co napisałam. Może kiedyś, kiedy sobie już z tym poradzę. Po kilku latach zaczyna do mnie docierać, że chyba jednak nie dam rady sama.

      1. Właśnie zapisałam się na wizytę. Dziękuję, bez tego wpisu pewnie jeszcze długo bym się nie zdecydowała.

          1. Czuję to samo, co Ty i Taka Jedna. Postanowiłam, że jutro załatwię sobie wizytę u psychiatry, bo mam już dość bezsilności, ciągłego płaczu i bezsilności; to trwa już zbyt długo i sprawia, że się wypalam. Trzymaj się, Riennahero 🙂 P.S. Bardzo lubię Cię czytać.

    1. Dzięki za artykuł, zabieram się za czytanie.

      Każdy chyba czasem nie lubi ludzi i wpada w melancholię, to może być nawet przyjemne. Do momentu, kiedy to nie jest przeważający na co dzień stan.

  5. Dużo z tego znam z autopsji, mocno zgadzam się z tym, że depresja to czas płaski i nudny. Nie zgadzam się natomiast, że to wstyd tak się czuć – i dlatego niedawno postanowiłam wyjść z szafy na tosmutne.pl. Feedback który dostałam wynagrodził mi pół roku leżenia i wpatrywania się w ścianę. Dobrze, że napisałaś i dorzuciłaś kamyczek do walki z tabu jakim objęta jest depresja.

      1. Dziękuję. Jeśli będziesz potrzebowała pogadać, to pewnie masz wiele takich osób, ale możesz odezwać się też do mnie. Nie rozwiązuję problemów, ale to zawsze dobrze przeczytać, że ktoś czuje podobnie. Trzymaj się ciepło.

  6. Jako człowiek nie stwarzający pozorów, że coś może być ze mną nie tak, przybijam piątkę, a raczej przytulam. Wiem co będzie się ze mną działo w przyszłym roku i szczerze się tego boje.
    Bardzo dobrze, że opublikowałaś ten post, Marta.

  7. jaki to dobry, spokojny tekst.
    możesz liczyć.
    po kilku załamaniach, kiedy już myślałam, że nie dam rady, regularnie mówię komuś, że jak coś, to jestem.
    już masz wprawę w wychodzeniu z tego, to teraz też sobie poradzisz 🙂

  8. Anita Gadzińska

    Zabrzmi to może śmiesznie, ale jeżeli jeszcze tego nie robisz, to zacznij brać multiwitaminy. Chodzi mi o suplement diety (od A do Z, whatever). Sama walczę z depresją już od 4 lat i odczuwam to podobnie do Ciebie. Przychodzi raz na jakiś czas, odbiera wszelką energię, ochotę na cokolwiek, dopiero rok temu nauczyłam się sobie z nią radzić na tyle żeby normalnie funkcjonować. No i właśnie te witaminy. Rozmawiałam z sąsiadką, która również borykała się z depresją (w jej przypadku bardzo ciężką, musiała brać lekarstwa) i jej lekarz polecił właśnie sprawdzić depresję multiwitaminami. Czasami brak jakiegoś elementu powoduje, że organizm staje się bardziej podatny na „zły nastrój”. Oczywiście multiwitaminy nie leczą depresji, ale uzupełniają wszelkie braki i powodują, że łatwiej jest sobie z tą depresją radzić. Na mnie w każdym razie działa (czasami się co prawda zastanawiam czy to nie efekt placebo) i pomaga podnieść się z kanapy. Powodzenia i gratuluję odwagi.

    1. Myślę, że witamina jeszcze nikomu nie zaszkodziła, więc spróbować trzeba.

      A my musimy się kiedyś spotkać po latach. Bardzo dobrze pamiętam nasze zabawy!

      1. Anita Gadzińska

        Oj ja również. Nie pamiętam wszystkiego, ale Gwiezdne Wojny na pewno 🙂 Jak tylko nadaży się okazja to koniecznie na kawę i wspomnienia!

      2. I zbadaj hormony. Ja miałam objawy depresji, a okazało się że mam po prostu niedoczynność tarczycy. Nie chciało mi się zwlec z łóżka, jak tylko wróciłam z pracy szłam spać, nic nie sprawiało mi przyjemności, nie chciało mi się jeść, było mi obojętne czy mam syf wokół siebie. Teraz uzupełniam niedobór hormonu i jest wszystko w porządku. Mała biała tabletka zmieniła moje życie.

    2. Słuszna uwaga. Nie leczą, ale wzmacniają organizm/ Podczas ataku człowiek często zamyka się w domu, z marszu dostaje niedoborem witaminy d3 i całej reszty (bo przecież je wtedy byle co, byle jak). Tabletki z kombem witaminowym dają kopa, dzięki któremu człowiek wstaje z łóżka przed wieczorem. A to już coś. Mam je na stałe w apteczce. Nie łykam codziennie, tylko wtedy jeśli czuję, że „tracę moc”.

      1. Anita Gadzińska

        Dokładnie! U mnie stoją w kuchni na widoku i jak tylko zaczynam czuć, że coś się zbliża, automatycznie po nie sięgam. Naprawdę wierzę, że w jakiś sposób łagodzą objawy 🙂

  9. Marto, Ty także możesz na mnie liczyć. Jeżeli jest źle to wiedz Kochana, że zawsze po „burzy” wychodzi „Słońce”. Uwierz mi na słowo. Będzie tylko lepiej. Wyglądasz przepięknie, bardzo klimatyczne zdjęcia.

  10. Odwazna jestes ze o tym napisalas. Ja sie wstydze o tym wspominac mojej nablizszej osobie, bo czuje sie wtedy jakbym bala sie normalnego zycia… Radosci zycze 🙂

  11. Możesz na mnie liczyć. Pisz, ile chcesz, pisz, jak najwięcej, pięknie piszesz. Ten tekst jest piękny. I ważny. I z pięknymi zdjęciami.

  12. Dobrze, że to napisałaś. Warto było to przeczytać i… trzymam kciuki, żeby przed Tobą było więcej tych dobrych dni!

  13. Nie jesteś sama! Ja też przez to przechodziłam. Epizod depresyjny, jak to określili lekarze. Kilka naprawdę trudnych miesięcy, a potem dwa lata powrotu do stanu, w którym czuję się dobrze i stabilnie. Wiesz… trudno o tym pisać tak na forum, ale wierzę, że sobie poradzisz (paradoksalnie masz w sobie bardzo dużo siły – to się czuje. No i Ella, co nie?), skoro nawet ja dałam sobie radę i nie kibicuję Ci teraz z zaświatów 🙂
    I pamiętaj, że możesz na mnie liczyć 🙂

  14. To prawda, że ciężko jest przyznać się do tego uczucia „płaskości”. Bo ludzie mają większe problemy, bo przecież dobrze mi w życiu idzie, bo przecież sobie radzę, bo przecież jestem ładna, słonko świeci i ptaszki ćwierkają, no więc o co mi chodzi? B, kiedy mówi się „mamo, jest mi źle. Nic mi się nie chce, nie potrafię się zmusić do zrobienia czegokolwiek”, to mama mówi, że owszem, człowiek czasem tak ma, ale wtedy trzeba wziąć się w garść i coś ze sobą zrobić, a nie leżeć w łóżku, snuć się po domu albo oglądać cały dzień seriale. A czasem się tak bardzo nie chce (nawet oglądać seriali), że aż się płakać chce. Ale w sumie to nie ze smutku, tylko z bezradności, że niby chciałoby się coś ze sobą zrobić, ale jednak się nic nie robi i jak to tak – przecież jak się chce to dlaczego tego nie zrobić? Przecież nikt nie broni…

    Nie chcę pisać „doskonale Cię rozumiem”, bo na szczęście ostatnio zaczęłam zdawać sobie sprawę z tego, że czasem ludzie różnie odczuwają rzeczy, które podobnie opisują, więc napiszę „wydaje mi się, że Cię rozumiem, bo sama opisałabym swój marazm podobnie”. Tylko u mnie, to czasem jest tak, że tak bardzo nic mi się nie chce (i nie chodzi mi tu o lenistwo), że nawet nie myślę o tym co bym chciała, a czasem jest tak, że strasznie nie chcę nic zrobić, ale czuję się sobą tak rozczarowana… A czasem mam przebłyski, kiedy czuję, że rozwiązaniem tego wszystkiego byłby jakiś duży impuls z zewnątrz, takie na przykład zakochanie na zabój w kimś. I nawet nie musiałby odwzajemniać moich uczuć, jestem czasem tak zrozpaczona tym brakiem uczuć (zdaję sobie sprawę z paradoksu, ta świadomość nie pomaga) że gdybym miała wybór, to wybrałabym nawet na to, bylebym coś w końcu poczuła.

    Dziękuję Ci, za ten wpis, bo na pewno był trudny, bo otworzył mi oczy, bo dałaś mi większą motywację do zapisania się w końcu do psychologa, bo stworzyłaś mi możliwość wygadania się komuś obcemu (ach, internet), bez krępującego ujawniania tożsamości.

    //mam chyba problem ze zbyt złożonymi zdaniami (chociaż tak to wygląda w mojej głowie…) i na pewno mam problem z przecinkami – musisz mi wybaczyć

  15. Rien, jesteś wielka. Wzruszenie i wdzięczność. Tworzenie tekstu mogło boleć w paluszki jak tarcie pumeksem, ale powstał.
    I wdzięczność.
    Przy pierwszych akapitach tworzyłam w głowie komentarz ku pokrzepieniu, że teraz Ciebie to nie odczaruje,a kropelka drąży skałę, cliche, cliche, cliche.
    Cenię Twoją mądrość. Chociaż nie napiszę jak bardzo, z jakiego powodu i dlaczego ma Ciebie to obchodzić.
    Dziękuję. I służę ramieniem.

  16. baudelaire in braille

    Jak rozpoznać, że przeciągający się stan obniżonego samopoczucia to depresja a nie stan obniżonego samopoczucia? Gdzie jest ta granica? Nigdy nie byłam z tym u lekarza, nie chcę nikomu zawracać niepotrzebnie głowy. To głupie, ale próbowałam delikatnie wypytać przyjaciółkę czy zauważyła w moim zachowaniu coś niepokojącego. Tyle, że mieszkamy w innych miastach, a ja w rozmowach z ludźmi staram się być wesoła i sypać żartami. Nie jest też tak, że nie potrafię szczerze się czymś zachwycić albo roześmiać. Są jednak okresy, kiedy czuję jakbym wszystkiego doświadczała przez szklaną szybę. Mam tak od wielu lat. Chodzi mi o stan w którym jestem np. w grupie, śmieję się z resztą, chcę się bawić, a jednocześnie nie potrafię „poczuć atmosfery”, zanurzyć się w tym, przestać myśleć co powinnam robić, jakbym była za tą szklaną ścianą właśnie, która blokuje przepływ emocji. Tych sytuacji jest tak dużo, że czuję silną potrzebę przeżywania mocniej i silniej, zwykle jednak odbijam się od szklanej ściany. Są okresy kiedy jestem całkowicie zniechęcona i sparaliżowana brakiem chęci do działania, a jednocześnie staram się wciąż przygotowywać na egzaminy czy szykować prezent na urodziny kogoś bliskiego. Przepraszam, że to piszę pod Twoim tekstem, chyba powinnam gdzieś indziej. Czasami chciałabym, żeby ktoś mi powiedział: ‚tak, masz problem, to depresja/cokolwiek innego’, żebym nie musiała sama tego robić.

    1. Rozpoznać to może lekarz, a ci, z którymi się spotkałam mieli więcej taktu i zrozumienia niż można by sobie wymarzyć. Lepiej niepotrzebnie zawracać głowę niż doprowadzić się do jeszcze gorszego stanu.

  17. Ja się po latach „przyzwyczaiłam” i nie panikuję (aż tak) jak się u mnie zaczyna. Najważniejsze jest wtedy zająć czymś głowę, ale jasne, wiem, łatwo jest mówić, wtedy ma się tylko ochotę zostać w łóżku i się do nikogo nie odzywać, przecież nic nie ma sensu i po co cokolwiek, wszyscy i wszystko przeciwko tobie itp. itd. (przynajmniej ja tak mam). Najważniejsze chyba jest zrobić wszystko, żeby się w tym nie zatracić, inaczej zwykle jest równia pochyła. Leki tylko bardziej przyćmią Ci głowę. Samo przechodzi w końcu, ale trzeba się nauczyć takiego podejścia, mi idzie coraz lepiej, choć jeszcze nie do końca.

    Trzymaj się, za parę dni będziesz się z siebie śmiała, a za jakiś czas znowu będzie to samo. Wystarczy impuls.

    Polecam, najlepiej samej: http://www.walkingclub.org.uk/book_2/walk_29/index.shtml – fajne odwrócenie uwagi od tymczasowej kupy myślowej.

    A z kolei z najgorszej kiedyś wyleczyła mnie książka Borszewicza „Mroki”, taki trochę policzek na pobudkę.

    1. Panika jest dość nieprzyjemna, właśnie przez nią przechodziłam, teraz pogodziłam się z faktem i próbuję dbać o siebie, tak jak przy katarze czy innym bólu gardła, tylko w tym przypadku dbam o głowę.

  18. Moja mama ma depresję, cały czas bierze leki i dzięki temu funkcjonuje „normalnie”.
    O takie stany jak opisane przez Ciebie podejrzewam moją przyjaciółkę, która, swoją drogą, bardzo przypomina mi Ciebie, ten nos, te oczy 🙂
    No i… możesz na mnie liczyć.

  19. bardzo, bardzo długi czas tak się właśnie czułam ze swoim życiem… aż w końcu bliska mi osoba powiedziała, że muszę iść się leczyć. prosty przekaz, ale potrzebowałam takiego kopa. tak, człowiek czuje się potwornie głupio, kiedy musi usiąść przed innym człowiekiem i mówić, że „nie wiem dlaczego, po prostu ciągle mi smutno”. dostałam leki, pomogło, minął ponad rok odkąd je odstawiłam. nikt poza moimi rodzicami nie wie, że chorowałam. czasem nadal się boję, że to wszystko wróci.

    temat depresji to nadal bardzo duże tabu i mnóstwo mitów, które trzeba obalić.
    z punktu widzenia osoby, która przeszła przez to, co Ty – duży szacunek za mówienie o tym głośno. jesteś bardzo odważna. bądź silna i nie wstydź się szukać pomocy.

  20. Niech moc będzie z Tobą Rien! 😉
    Ja w zeszłym roku w końcu poszłam do lekarza, bo depresja + nerwica doprowadziły mnie do takiego stanu, że w pracy dostałam ataku paniki i już nie można było udawać przed samą sobą i innymi, że nic mi nie jest. Jestem osobą zamkniętą w sobie, po wizycie u psychiatry przemogłam się na tyle, że zaczęłam się przyznawać znajomym, że mam nerwicę/depresję i to mi pomogło. Zaczęłam się nawet przyznawać do tego, że podłożem mojej depresji jest bycie DDA i poronienie. Przestałam zamiatać pod dywan bolesne wspomnienia. Przestałam czuć się winna temu, że mam złe samopoczucie i ciągle jestem smutna, bo kiedy choroba się zaostrza nie do końca mamy wpływ na to jak się czujemy. To taka sama choroba jak każda inna. Nie fanaberia, nie fochy czy poza. I tak jak napisałaś – najbardziej pomagają słowa: Jestem z Tobą.

      1. Czy pocieszy Cię to, że kiedy weszłam tu dzisiaj i przeczytałam Twoją odpowiedź też się poryczałam? 😉 Wczorajszy post pomógł wielu z nas uwierzyć, że nie jesteśmy jedynymi osobami we wszechświecie, które mają taki problem. Co więcej, pisanie o nim publicznie wymaga jednak odwagi. Zobacz ile odważnych osób czyta Twojego bloga ty odważna kobieto 🙂

        Pisałaś w którymś z komentarzy, że lekarz pomaga. Kiedy trafi się na mądrego lekarza, to każda wizyta zdejmuje z barków ogromny ciężar. I jest coraz lepiej. Jak to powiedziała moja Pani doktor, leki nie mają za mnie załatwić sprawy – mają mi poprawić nastrój i uspokoić na tyle, żebym była w stanie zmierzyć z własnym życiem a nie chowała się pod kołdrą 😉

  21. myślę, że dużo, bardzo dużo osób tak ma. ja też wpadam w takie stany. są krótkie na szczęście, bo paranoicznie dużo pracuję, ale w tym smutku wynikającym z odczucia pustki nie jesteś sama. to na pewno.
    mnie najczęściej pomaga się wybić z tego słonko, przyroda, moje koty. kładę się na słońcu, kiedy mogę i ile mogę i świadomie sobie mówię, że słońce mnie uleczy. oprócz tego jem witaminę D, zwłaszcza jak nie ma słonka. albo las. idę, siadam na skraju i siedzę parę godzin. aż zaczną się pojawiać jakieś inne myśli, nie te puste. albo woda. albo ziemia. coś zawsze pomoże, tylko trzeba postanowić, że chce się z tego wyjść. dopóki się nie zdecyduje, to pustka jest jak dziura bez dna. sama się nie skończy.

    1. Zgadza się. Robienie czegokolwiek, nawet zmywanie naczyń, pomaga zapchać dziurę. Tylko wstać najciężej.

  22. Czytam i momentami piszesz o mnie. „Weekend nie jest lepszy, bo owszem oto mam perspektywę zupełnego wyrwania się z rutyny, ale wymaga to wysiłku, planu, energii. Łatwiej jest nic nie robić, a potem przeżywać dlaczego nic się nie robiło.”
    Ja to nazywam stagnacją i obwiniam za tę stagnację siebie, chociaż czasem, czasem błyska mi gdzieś myśl, że może jednak nie, że może to choroba, a może po prostu czynniki zewnętrzne jednak są bardziej niesprzyjające, niż jestem skłonna przyznać.
    Od nazywania tego depresją odciąga mnie fakt, że osoby w moim otoczeniu mają to samo. Jesteśmy razem w takim zmęczonym, stojącym bagnie z moim partnerem. W śmierdzącej kałuży obok stoi moja najbliższa koleżanka. Kawałek dalej, pod rynną z deszczówką – dwie dość bliskie znajome ze studiów. Czasem na imprezę ludzi o kamiennych twarzach wpadają moi rodzice i brat. Stoimy. Czekamy. Przeklinamy. Płaczemy. Miotamy się wokół nieważnych spraw i padamy na twarz nie dając rady zająć się tymi ważnymi. Sobą. Swoimi potrzebami. Przyjemnościami. Rozwojem. Drugi rok z rzędu mówimy z moim chłopakiem, że to będzie ostatni raz, jak zostaję w pracy absolutnie sama w sezonie urlopowym, po 12h, ciągle na telefonie. Mówimy – za rok, o za rok, będziemy w całkiem innym miejscu, z uśmiechem, z energią, na pewno.
    Ostatnio wstrzymuję oddech – na sekundy, wiesz, że niby „weź głęboki oddech, uspokój się, zatrzymaj, wróć do przerwanego zajęcia z czystszą głową”. Tylko że ja wstrzymuję po wydechu. Nie celowo – panicznie. Uświadomiłam to sobie teraz, po Twoim tekście i chwili refleksji.
    Jezuborze, jak ja się tu znalazłam?

  23. Renata Rusnak

    myślę, że dużo, bardzo dużo osób tak ma. ja też wpadam w takie stany, dodatkowo męczą mnie stany poczucia absurdalnego bezsensu. są krótkie na szczęście, bo paranoicznie dużo pracuję, ale w tym smutku wynikającym z odczucia pustki nie jesteś sama. to na pewno.
    mnie najczęściej pomaga się wybić z tego słonko, przyroda, moje koty. kładę się na słońcu, kiedy mogę i ile mogę i świadomie sobie mówię, że słońce mnie uleczy. oprócz tego jem witaminę D, zwłaszcza jak nie ma słonka. albo las. idę, siadam na skraju i siedzę parę godzin. aż zaczną się pojawiać jakieś inne myśli, nie te puste. albo woda. albo ziemia. coś zawsze pomoże, tylko trzeba postanowić, że chce się z tego wyjść. dopóki się nie zdecyduje, to pustka jest jak dziura bez dna. sama się nie skończy.
    aha, i jeszcze jedna rzecz mi pomaga, powiedział mi to kiedyś przyjaciel: jeśli mam ochotę spać cały dzień, to mogę. to normalne, każdy tak ma. nie muszę się za to obwiniać ani czuć z tym źle. tylko potem powinnam się podnieść i wstać. to musi być takie postanowienie. dzień, dwa trzy śpię, ale potem wstaję, choćby siłą. pomaga.

  24. Oj, biedactwo. Chorowałam na depresję po śmierci mamy, zrozumiałam, że jestem chora, a nie normalnie przeżywam żałobę, jak któregoś dnia byłam z siebie bardzo dumna, że wypakowałam naczynia ze zmywarki. Przez cały dzień zrobiłam tylko to, i na tle innych dni to i tak był wielki sukces.
    Bardzo, bardzo pomaga mi bieganie, w trakcie późniejszego paroletniego nieprzyjemnego leczenia innej choroby tylko to utrzymało mnie w jakimś w miarę sensownym stanie psychicznym. Wiem, że nie lubisz, ale może inny sport? Ta Twoja joga?
    Bardzo się o Ciebie martwię.

    1. Kiedy motywuję się, żeby na nią iść to dobrze. Od choroby sprzed dwóch tygodni nie mogę się zmotywować.

      Nie trzeba się martwić mocno, wiem, że ode mnie zależy czy znajdę w sobie siłę i pewnie znajdę. Tylko powolutku sobie jej szukam.

      1. Na pewno znajdziesz, silna jesteś, jak nie wiem. Nie byłam taka silna w Twoim wieku, i nie wiem, czy nawet teraz jestem. Ale jak będziesz mnie dalej stresować, to wsiadam w pociąg, ląduję u Ciebie z butami biegowymi w plecaczku, i nie ma zmiłuj 🙂
        A wiesz co mi pomaga, jak już się zapłaczę nad swoim nędznym losem? Pomyślenie sobie, że właśnie straciłam na użalaniu się nad sobą jedną godzinę życia, i nikt nigdy mi jej nie odda, przepadło, dupa blada. A tyle fajnych rzeczy czeka. Jedyny kontekst, w którym FOMO się pojawia w moim życiu 🙂
        Trzymaj się, kochana.

  25. Kilka razy w życiu przez to przechodziłam. Jakoś wydobrzałam, bez lekarstw, z jedną rozmową z psychologiem w klasie maturalnej (ale niespecjalnie mnie podbudowała, bo akurat miałam prawdziwe problemy i ona sama rozłożyła ręce). Co jakiś czas to wraca. Po iluś „atakach” wiem co mam robić. Pomaga słońce, pomagają witaminy w tabletkach, pomaga picie szałwii i chyba najbardziej przeświadczenie, gdzieś tam w środku, że skoro minęło tyle razy to i tym razem przejdzie. I przechodzi. Jakoś.

    1. Lekarze też nie są idealni. Pierwszy psycholog próbował mi wmówić problemy, których nie miałam, bo pasowały mu do wydarzeń z jego życia. Ale zmieniłam terapię i pomogło. Teraz może będę potrzebować pomocy, a może nie, chcę spróbować znaleźć własne mechanizmy, bo przecież nie będę całe życie biegać do lekarza z każdym epizodem. Bo jest ich mnóstwo.

      1. Pociesz się, że to „tylko” depresja. U mnie w najbliższej spokrewnionej rodzinie jestem jedyną, która nie bierze leków na stałe. Mama i brat są dużo poważniej chorzy (na co innego). Bez hospitalizacji się nie obeszło. 🙁

  26. Przechodzę przez to samo, codziennie. Budzę się, z całych sił walczę z przyciąganiem mojego łóżka i odpycham od siebie myśli, że wszystko jest złe, szare, nijakie. Pomaga, czasem. Czasem już nie daję rady i legnę w swoich smutkach i złościach na smutki, przecież mam wszystko: wyprowadziłam się z patologicznej rodziny, mam ukochaną osobę obok siebie, znalazłam najlepszych przyjaciół pod słońcem, którzy stali się dla mnie rodziną, staram się robić coś, co kocham, zmieniać swoje życie na takie, jakie chcę by było. Ale czasem jest zbyt ciężko, a ten ciężar mnie przygniata, wgniata w materac łóżka i wyciska słone ścieżki z moich oczu. Daję sobie wtedy jeden, jedyny dzień, by się odciąć. Popłakać, pobyć sama ze sobą. Następnego dnia ZMUSZAM SIĘ, by wstać z łóżka, wyjść do ludzi. WYJŚĆ GDZIEŚ, chociażby na spacer do sklepu. Cokolwiek. By nie być samą.

    Tak jak piszesz, większość osób nie wie, że mam depresję. Nie widać tego, ja tego nie pokazuję. Nie chcę. Nie chcę pokazać swojej słabości. Nie udaję, po prostu milczę na ten temat. Wiedzą tylko te zaufane osoby. Nie stosuję terapii, bo się boję. Wiem, że powinnam. Pomogłaby mi dojść do ładu z tym wszystkim. Boję się rozdrapywać przeszłość. Nie chcę nią żyć. Pogodziłam się z nią. Jest zamkniętym rozdziałem. Chcę budować siebie tu i teraz. Ustaliłam sobie system, by poznać siebie, bo wiedziałam, że to mi pomoże. Pomoże mi ustalić czego chcę. I jak walczyć z tym powracającym uczuciem pustki i smutku.

    Twój post może dotrze do wielu ludzi, może im pomoże. Nie jesteś sama, nigdy sama nie będziesz. Gdybyś czegoś potrzebowała, pisz. Po prostu. Możemy pogadać o książkach, muzyce, dinozaurach – o różnościach. By nie myśleć. By poczuć się lepiej. By zrozumieć. Dziękuję Ci. I trzymam kciuki za poprawę. :*

  27. Nie powiem, że wiem co czujesz, bo wiesz pewnie tylko ty. Każdy, kto przechodzi przez pewnego rodzaju depresję, odczuwa to inaczej, ma trochę inne objawy. Nie wiem co gorsze, obojętność, czy ciągły strach , który mi towarzyszy. Wiem, że nerwica przekształca się u mnie w depresję. Nie umiem już sobie pomóc, tak jak napisałaś, próbujesz sobie tłumaczyć, że to tylko twoja głowa, że ona nie daje ci żyć normalnie, ale w pewnym momencie to już nie pomaga. Chciałabym szukać lekarza, który mógłby mi pomóc, ale teraz nie mogę. Niecałe 2 tygodnie będę w gdańsku, później w moim małym miasteczku, a w lipcu już będę w Antwerpii. Nie pozostaje nic innego jak przez ten ponad miesiąc, próbować leczyć się na własną rękę.
    Wiem, że czasami to jest trudne podnieść się z łóżka, ale dla mnie najlepszą formą leczenia tego typu „przypadłości” są spacery. czas dla siebie. Małe przyjemności, dbanie o siebie, o to jak jemy. Bądź dla siebie wyrozumiała. Jestem z tobą! uwielbiam cię czytać więc nie przestawaj robić tego co robisz 🙂 no , chyba, że cię to uszczęśliwi, zrozumiem ! 😀
    julka z julkapatrzy.wordpress.com

  28. To o czym piszesz brzmi tak znajomo, że aż mnie w środku skręca. Z jednej strony przykro mi, że przez to przechodzisz, a z drugiej strony dobrze wiedzieć, że nie tylko mnie ogarnia czasem taka przygnębiająca chmura nijakości i bezcelowego wzdychania.
    Od lat walczę z wahaniami nastrojów – tym gorszych, że w rodzinie jest osoba z chorobą dwubiegunową i każde moje wahanie nastroju natychmiast biorę za sygnał, że mam podobne skłonności do skrajnych nastrojów – cała moja rodzina korzysta z pomocy psychologa lub psychiatry. Brałam też udział w terapii behawioralnej. Staram się nie tłumić emocji – tak, także tych złych czy smutnych – i wyrzucać je z siebie, dawać światu i ludziom wokół siebie sygnał, że coś się dzieje, że potrzebuję uścisku, chwili rozmowy, ramienia do wypłakania, kubka herbaty. Czasem znajdzie się taka osoba, czasem nie – inni ludzie też mają swoje problemy i nie zawsze mogą się zajmować moją czarną, gradową chmurą. Są też lepsze i gorsze dni – lepsze, gdy nie muszę się martwić, a nawet spóźniony autobus czy zbyt gorzka kawa nie są końcem świata; ale są te gorsze dni, gdy jak sama piszesz – nawet (czy może zwłaszcza) spojrzenie obcej osoby na ulicy sprawia, że ręce mi opadają i żyć się odechciewa.
    …tym długim komentarzem próbuję po prostu przekazać, że nie jesteś sama i że nawet wśród technicznie-rzecz-biorąc obcych ludzi możesz znaleźć wsparcie i ciepły, rozumiejący uśmiech 🙂

  29. Czytając ten wpis, czytałam o sobie. Aż mnie w środku ścisnęło i łzy napłynęły do oczu. Przypomniało mi się całe to zło, które co jakiś czas powraca. Teraz jest względnie dobrze, ale jest dobrze tylko dlatego, chodzę na terapię – jest to proces długotrwały, ale naprawdę warto być cierpliwym. Nareszcie nie mam do siebie pretensji za swoją chorobę i za to, co przeżywa przez nią moja rodzina. Gratuluję odwagi.

  30. U mnie cała depresja zaczeła sie kiedy przyjechałam do Angli . Jestem bo jestem bez pomysłu na nic . Miałam terapie przyznam szczerze że srednio mi pomogła , brałam tabletki ale od niedawna przestałam jakos znalazłam siłę żeby zaczac coś robić i poszłam na siłownie – w sumie zmuszam sie i jakos to leci , jak narazie czuje sie całkiem dobrze . Myśle że moja depresja wynika głownie z samotnosci , kiedy moj chlopak wyjechal do Afganistanu popadłam dodatkowo w anoreksje pozniej w kompulsywne obzartwo itp . W czerwcu leci do Afryki i obawiam sie że znowu moge popaść w ten stan co wczesniej …

  31. Nieznane, ale znane. Wiele dni spędzam w jakimś otumanieniu, nie osiagając nic. Posprzatanie czy poukładanie rzeczy w szafie nie są dla mnie problemem, a nawet podejmuję się ich nadzwyczaj chętnie – zamiast tego, co mam do zrobienia. Bo przecież kiedyś należy te czynności wykonać i tak, a za tę część mojego dnia nikt mi nie wystawi oceny; w końcu nikogo przecież nie obchodzi, czy mam zmyte naczynia. Resztę spędzam czasem w jakimś totalnym niemyśleniu, nie wiem już który raz obejrzałam wszystkie sezony tego samego serialu (czasem oglądam dla uspokojenia i zabicia niedobitków myśli, czasem po to, by słyszeć rozmowy), trudno zaczynać mi nowe zadania, bo gdzieś w środku czai się lęk przed porażką, a na zewnątrz jest brak energii. Jednocześnie jakoś nie panikuję, nie przeraża mnie to, jedynie jestem z siebie bezgranicznie niezadowolona (co za leń!). Boję się, że jak pozwolę sobie naprawdę zacząć myśleć i wejdę do własnej głowy, to już stamtąd nie wyjdę, to wtedy będzie katastrofa.
    Ostatnich parę dni było nieco lepszych, zaczęłam od małych kroków, parę dni z rzędu udało mi się nawet zmusić do wstania o bladym świcie i rozpoczęcia pracy niewiele później. Nie to, żeby udawało mi się utrzymywać ten stan przez cały dzień, ale zawsze to jakiś początek. Pomogła niby niewielka rzecz: plan wczesnego wstawania, który miałam w zasadzie od miesięcy, zaczęłam realizować wspólnie z (niczego nie podejrzewającą) koleżanką. O wiele łatwiej jest realizować zobowiązania wobec innych niż wobec mnie.
    Od tygodni obiecuję sobie spacer lub wyjście do miasta (mój blog – jeden ze sposobów na zmuszenie się do ruszenia z kanapy – nawet się dobrze nie rozkręcił, a jakoś już zdążył zacząć podumierać, ale skąd wziąć zdjęcia, jeśli nie wychodzę z domu?), ale zawsze rezygnuję w ostatnim momencie, bo przecież powinnam pracować zamiast dawać sobie przyjemności – mam tyle zaległości i co, teraz spacer?! Nie, nie, nie, marsz przed komputer.
    Obsesyjnie sprawdzam maila, fejsbuka i czytniki RSS. Może gdzieś tam jest odpowiedź?

    No i zdębiałam, jak okazało się, że jest (bo nikt normalny chyba naprawdę tego nie oczekuje). Dzięki za ten wpis. Nie jestem sama. Być może nie jestem leniem. Nie jestem aż tak nienormalna, jak sobie wmawiam. Po prostu potrzebuję trochę innych bodźców. Albo bodźców w ogóle. Albo …? Ale potrzebuję. I to nie jest złe.

    Ty na mnie też możesz liczyć.

  32. Ten tekst ma najwięcej komentarzy od dawna – i dobrze. I ja dodaję jeszcze jeden. Mam nadzieję, że to będzie dla Ciebie podziękowanie za ten wpis, za Twoją odwagę i szczerość. Zdaję sobie sprawę, jak ciężko zmagać się z takimi stanami, dlatego tym bardziej cieszy mnie, że publikując tak osobisty wpis przybliżysz ten problem wielu osobom, które nie mają z tym styczności. Życzę Ci z całego serca energii do działania i pokonania depresji. Nawet teraz jesteś dla nas inspiracją i motywacją do działania, obyśmy też byli nią, choć trochę, dla Ciebie. Wszystkiego dobrego!

  33. jakby co, możesz na mnie liczyć. Z doświadczenia wiem, że czasem rozmowa, czy nawet fakt, że ktoś ma chęć do poświecenia Tobie czasu, potrafi być promyczkiem pozytywności, który dodaje sił. Może Tobie też to pomoże, jak kiedyś mi 🙂
    Doskonale znam uczucie winy/wstydu/bycia głupkiem, bo inni mają większe problemy, bo „wymyślam”. Kiedyś wyczytałam, że takie reakcje (w sensie: cudze komentarze o przesadzaniu, wymyślaniu) biorą się stąd, że ludzie nie wiedzą, co zrobić z cudzym smutkiem/ depresją/innymi chorobami czy zaburzeniami psychicznymi (mental illness). I dlatego też tak ważne jest mówić o tym, oswajać. Ten wpis dał mi poczucie, że nie jestem sama z takimi stanami. Plus pretekst do napisania (w końcu) komentarza 🙂
    Tak więc trzymaj się – i oby kolejne dni przyniosły poprawę nastroju 🙂

    1. ” czasem rozmowa, czy nawet fakt, że ktoś ma chęć do poświecenia Tobie czasu, potrafi być promyczkiem pozytywności, który dodaje sił. Może Tobie też to pomoże, jak kiedyś mi :)”

      Pieprzenie. Skoro nic cię nie obchodzi w trakcie najgorszych epizodów, to nie obchodzi cię także to. Ba, czasem słowa innych jeszcze bardziej załamują. Mi osobiście znajomy na traktat o mojej sytuacji, o ciężko schodzącym stresie po najgorszym roku mojego życia i o tym, jak zatarły się moje widoki na przyszlość, zaproponował ziółka. Jeszcze dałby mi w mordę, gdybym żachnęła się, że nie docenia powagi sytuacji. Ja najwidoczniej nie doceniam powagi ziółek.

  34. Mnie pomogła wizyta u psychiatry, biorę leki, czuję się dzięki nim wspaniale. Nie są zbyt mocne, wystarcza mała dawka a czuję ogromną siłę w sobie. Naraz pracuję, studiuję, wychowuję dziecko i choruję na różne czysto fizyczne sprawy – i daję radę! Dzięki tym lekom, chwała za nie Bogu! Życzę Ci wszystkiego dobrego, jesteś dla mnie piękna, świetnie ubrana, zabawna i interesująca. Zaglądam do Ciebie codziennie – kto ma się czuć bardziej MEGA jak MEGA-KOBIETA, którą jesteś?

  35. każdy balansuje na tej granicy. Każdy ma chwile kiedy czuje się tak właśnie jak opisałaś. Jestem do niczego… Świat jest do niczego…Ludzie…Związek…Ci bardziej wrażliwi brną w to dalej. Inni wypychają ze świadomości. A może tylko ja tak sądzę. Jedną nogąw w pędzie życia drugą chcąc się od tego odwrócić.

  36. Depresję przeżywa coraz więcej ludzi. Tylko większość nie wie, że mogą się leczyć. Czasami wystarczy czas, czasami potrzebni są ludzi i magiczne drażetki. Depresja może prowadzić do gorszych rzeczy…
    W ogóle to gratuluję odwagi na taki wpis. Czytając go poczułam się jakbym naprawdę Cię znała. Masz rację w 100 %. Depresję trzeba leczyć, trzeba ją czasami wypisać, prawdą jest również to, że otoczenie tego nie czuje.
    Mam nadzieję, że z tego wyjdziesz i wszystko się ułoży. Tfu ja nie mam nadziei. Ja wiem, że będzie wszystko dobrze. Nie dziś to jutro, nie jutro to za miesiąc. Ale będzie. Na pewno.

  37. Kochana! Troszkę mnie wyzwoliłaś tym tekstem 🙂 Nie chcę się wstydzić swoich emocji, do każdej z nich mam święte prawo i nie są głupsze niż emocje ludzi z „prawdziwymi” problemami. Może mój wygląd, moje wady, to wszystko, czym zadręczam umysł wcale nie jest problemem. Problemem jest samo zadręczanie się. U mnie zazwyczaj depresja ma taki tryb dzienno-nocny; w dzień jestem radosną, raczej otwartą na ludzi dziewczyną, w nocy nie mogę zasnąć i żyć się nie chce. Albo następuje takie błędne koło: cały dzień nic nie robiłam, przez co mam potworne wyrzuty sumienia, które wpędzają mnie w kompletne wyjałowienie. To jest choroba – tak, jak napisałaś. Nie możemy tego bagatelizować, ale też nie róbmy z depresji King-Konga. To wszystko – długą, mozolną pracą – można zmienić. Ściskam serdecznie 😉

    1. Wilki nawet kiedyś miałą taką piosenkę, w której leciało, że „potwór przychodzi zawsze po zmierzchu”. Po nocach nie ma co się zastanawiać nad swoim życiem.

  38. Łączę się w bólu. Ja, z jedenastoletnią niekończącą się historią silnych zaburzeń lękowych rozpoczętych już za dzieciaka, depresją, która zaczęła się zbyt wcześnie i spowodowała, że sama zaciągnęłam się w wieku lat trzynastu do psychiatry, co potem ewoluowało w zaburzenia maniakalno-depresyjne (Rok manii, rok przeciwieństwa, dajmy na to, zaczęło się od złej mieszanki leków, które wyłączył ze mnie lęk w ogóle i wykorzystałam to bardzo źle) i spaczenie struktury charakteru, najgorzej odbijające się w moich relacjach z otoczeniem. Żadne pocieszenie, że jestem silna, bo z wszystkiego ratowałam się bez wsparcia z czyjejś strony, skoro radość czerpię wciąż conajwyżej z negatywnych emocji. Znam to uczucie, szczególnie obecnie, kiedy moja edukacja okazała się fiaskiem i przede mną kilka długich miesięcy bezczynności. Nie mogę iść do pracy. Nie mam pieniędzy. Mogę pomarzyć o wyprowadzce przed długi okres. Już nawet sen nie jest miły, przejada się. Śpię po godzin piętnaście, po czym wstaję, nie mam co ze sobą zrobić, i dalsza opcja zapadnięcia w letarg przychodzi mi na myśl z uczuciem obrzydzenia. Potrafię z tym żyć, zrobiłam sobie użytek z pewnych emocji i wybudowałam warstwę ochronną. W sumie nie ma dobrego rozwiązania. Jak brakuje mi sił, to leżę niczym zewłok, jak trzeba, to się z tego łóżka zrywam. Za często zahacza to jednak o pustą egzystencję. Leków brałam cztery rodzaje i nigdy więcej do nich nie wrócę. Martwi mnie tylko, że mając niemal dwadzieścia lat, zmarnowałam tyle sił na walkę z tym wszystkim i tyle zasobów, że może na starsze lata już mi nie starczy. Osobiście słowa pocieszenia są mi zbędne. Ludzie zbytnio zszargali sobie moje zaufanie, bym mogła traktować ich słowa inaczej, niż odganiając się niczym od muchy. Przestałam lubić ludzi. Wiem tyle, że da się to przetrwać i będą chwile fajniejsze niż to.

  39. przeczytałam o sobie. uświadomiłaś mi właśnie, że to co podejrzewałam od miesięcy, może być prawdą i że nie jestem po prostu beznadziejną marudą wiecznie niezadowoloną z tego co ma (a ma dużo) i szukającą wymówek na usprawiedliwienie swojego stanu. dziękuję za to i za ogromną odwagę, jaką miałaś pisząc tak osobisty post. jestem tu, jakby co.

  40. to ja pisałam?
    cóż, w razie czego wiedz, że masz kolejną, jakąś 80 którąś z rzędu dobrą duszę, która jest i Cię wspiera.

  41. kurcze, wywaliło mnie ze strony, spróbuję jeszcze raz
    Przede wszystkim, chciałam Ci przypomnieć, że masz w nicku człon „hera” co jest żeńskim odpowiednikiem herosa 😉 Więc dasz radę! Mam nadzieję, że jak najszybciej wszystko będzie dobrze. Rozumiem tez jak się czujesz. Zrób sobie dzisiaj coś co bardzo lubisz, nie wiem co to jest, oglądanie dinozaurów, jazda na rowerze czy gorąca czekolada. Pamiętaj też, że masz tego bloga i ludzi, którzy lubią Cię czytać i oglądać:) No i oczywiście- możesz na mnie liczyć! I piszę to zupełnie serio, gdybyś miała ochotę, to możesz napisać malia (o czymkolwiek, jakiś bzdurach, co dziś jadłaś na śniadanie albo jaka jest u Ciebie pogoda), a ja chętnie przeczytam i odpowiem. Trzymaj się!

  42. Anhedonia [ta płaskość]. Możesz mieć nawracające zaburzenie depresyjne albo dystymię [depresję atypową]. Możesz mieć jakiś rodzaj zaburzenia afektywnego [nie ChAD od razu, tylko coś w spektrum, które to spektrum jest diabelnie szerokie]. Ogólnie rzecz biorąc,jakieś porywy bohaterstwa i lęk przed farmakoterapią nie mają sensu. Jak się ma gorączkę albo wadę serca, to się idzie do lekarza i się je tabletki. Jak się natomiast ma utrudniającą codzienne życie kwestię dotyczącą psychiki – wtedy już niekoniecznie. Tylko dlaczego..? Ludzie się męczą, wolą sami, a to w większości przypadków naprawdę prowadzi do krachu gorszego, niż kiedykolwiek nadszedłby pod właściwą opieką medyczną. Po co czekać na wielkie tąpnięcie, skoro można żyć normalnie? Po co ledwo zipać do samego zakończenia epizodu depresyjnego, skoro go można stłumić farmakologicznie? [Swoją drogą bez leczenia epizod wcale minąć nie musi, albo się może rozkręcić w coś troszeczkę innego].

    Idź teraz do lekarza, przestań bohaterzyć ze wstydu i żyj szczęśliwie. Nie daj Boże tak Ci się te epizody wymkną spod kontroli, że się w życiu spieprzy. Piszę oczywiście z własnych doświadczeń, jakżeby inaczej. I, żeby nie było, bardzo życzliwie.

  43. Spróbuj terapii EMDR. Sama jestem terapeutą EMDR, ale też testowałam na sobie i mówię szczerze, że ulga jest niesamowita, a efekty widać od pierwszej sesji. Same sesje są dość nietypowe (można obejrzeć na yt jak to wygląda) . A studia w Szkocji generalnie działają depresyjnie, sama miałam załamanie po 5 latach w Glasgow. Pozdrawiam!

  44. Kilka dni temu ja też postanowiłam odważyć się w końcu i iść na terapię. Tylko, że ja nie radzę sobie z moją agresją 🙁 Przez co najbardziej cierpi oczywiście mój chłopak. Dla niego się zdecydowałam. Dzięki za ten wpis.

  45. To mądre, dojrzałe i odważne, gdy człowiek przyznaje się, że nie jest w najlepszej kondycji psychicznej. Zobaczysz, to Ci da siłę :*

  46. Pisanie na takim blogu o własnym doświadczeniu depresji to wielkie wyzwanie – tym bardziej cieszę się, że porusza Pani ten ważny i ciągle aktualny temat. Depresja ma wiele twarzy, nie zawsze na początku objawia się tym samym. Ale zawsze bardzo cenne są takie treści, w których ludzie ludziom pokazują ludzką twarz. W świecie, gdy jest tak silna presja na bycie idealnym, de-presja nie jest mile widziana. Ludzie ukrywają się pod maską „cześć, jest świetnie”, podczas gdy w samotności przeżywają wielkie tragedie.
    Pozdrawiam i życzę powodzenia!
    Barbara Michno-Wiecheć, psycholog psychoterapeuta

  47. Mój chłopak mnie nie potrafi zrozumieć, mówi „Tobie ciągle jest źle, Ty nie chcesz nic zrobić”, ludzie z otoczenia myślą, ze jestem leniwa. Da się jakoś im pokazać swój problem, sprawić żeby zrozumieli i chcieli pomóc, czy niektórzy ludzie po prostu nie są w stanie tego zrozumieć?
    Jak było w Twoim przypadku?

    1. Zupełnie nie wiem co poradzić, bo raczej nigdy nie spotykałam się z niezrozumieniem ze strony bliskich. Ze znakomitą większością osób o tym problemie nie rozmawiam, ale chłopak raczej nie był problemem. Może dawniej nie do końca rozumiał z czym mam problem i uznawał pewne zachowania za irytujące dziwactwo, które mija, ale teraz jest dla mnie dość dużym wsparciem. Chociaż czasem konflikty na tym tle się zdarzają. Myślę, że warto porozmawiać, wytłumaczyć, a jeśli masz diagnozę lekarską to już w ogóle nie ma się z czym kłócić. Jak kocha to zrozumie.

  48. mam bardzo negatywne zdanie o psychologach i psychiatrach, przynajmniej tych polskich. dodatkowo irytujące jest, ze trudno o bezpłatną terapie (zaś płatna jest horrendalnie droga). jeśli już się ktoś na nią jakimś cudem po dłuższym okresie czekania dostanie, to jest krotka i prowadzona zwykle przez niekompetentnych lekarzy. z doświadczenia wiem, że darmowa pomoc psychologiczna jest w Polsce dużo gorsza niż płatna. wielu lekarzy ma tylu pacjentów i tak niewiele czasu na nich (kwadrans!), że niszczą swoich pacjentów totalnym brakiem empatii i chęci poznania sprawy bliżej. spotkałam się z dwoma typami – albo nie chcą zrozumieć, że ktoś potrzebuje pomocy i traktują depresje jak fanaberie, albo przypisują leki żeby tylko mieć ich z głowy. nie mówię, że szukanie pomocy u psychologa nie jest oczywiśćie właściwa drogą, ale w Polsce jest trudne, bo brakuje nam kompetentnych lekarzy to raz, a dwa, że trzeba nastawić się na koszty (wizyta prywatna raz w miesiącu to minimum 100-150 zł) i na to, że możemy trafić na kogoś, kto będzie nas krytykował i oceniał, zamiast pomagać. ja po którymś z kolei lekarzu patrzącym niecierpliwie na zegarek i wykazującym całkowity brak empatii zrezygnowałam.

  49. masz bardzo fajną głowę, rozumiem co czytam. Nie tyle rozumiem rozumem co emocją. Pozdrawiam Cie gorąco
    Aga

  50. 2 lata walki z zaburzeniami depresyjno lekowymi i nadal są chwile gdy łapie cie strach ….małe paskudy:) powodzenia wszystkim! trzeba polubić te panią D. i łapać to co teraz i tu !

  51. Nie widziałam wcześniej tego tekstu, a szkoda!
    Pięknie to ujęłaś. Miałam wrażenie ( zapewne nie tylko ja ) jakbym czytała o sobie. Tekst wzruszający i dający do myślenia.
    Kurcze, gdybym mogła to najchętniej bym Cię mocno przytuliła ; )

  52. …wiesz … przeczytalem Cię, bo … lubię czytac ludzi, o ile temat, który poruszasz jest na czasie, o tyle wydaje mi sie byc lekko „przerosniety” … moje dzieciństwo nie znalo fejsbuka, smartfona, iksboksa, znalo natomiast zapach ogniska wieczorowa pora, smak czereśni z ogrodu sąsiada podjadanych ukradkiem, blask zachodzącego slonca nad jeziorem, gdzie wśrod rozbitych namiotów dogorywal duch wycieczki czy tez dźwięk ptasich toków o 4nad ranem, kiedy ty chcesz jeszcze spac a one wymadrzaja sie, nawzajem sie przekrzykujac …. swiat z natury nie jest płaski, nie jest zdolowany, obojętny czy introwertyczny … to cechy nabyte … i nienaturalne … swiat to bogactwo smaków i zapachów, odglosow i widoków, swiat to emocja i mozesz ja odkryć za każdym razem kiedy tylko zechcesz … jest na wyciągnięcie twojej ręki … psycholog czy psychiatra tu nie pomoże, tabsy i wspomaga że są tu zbędne, to po prostu siedzi w nas samych, mniej lub bardziej ukryte … do czego zmierzam ? … ano do tego żeby na ten swiat popatrzec z innej strony, szukać perspektyw, zadawać pytania i dedukowac odpowiedzi, zainteresować samego siebie tym światem, a jeśli juz czujesz sie tak plasko ze nie chce ci sie zrobić tego dla siebie samej, zrob to dla kogoś innego … obudź w sobie nutę pokory, żyj po cos, nie tylko po to by istniec, temat rzeka … tylko oby woda w niej plynaca byla warta zanurzenia sie w niej:) trzymam kciuki – powodzenia

      1. „przerośnięty”, „MOJE dzieciństwo”, „obudź w sobie nutę pokory”, „żyj po coś” – moim zdaniem te hasła to najlepsze przykłady tego, w jaki sposób otoczenie jest przyzwyczajone reagować. Przecież to takie proste, źle się czujesz? To przestań! Ot i tyle. Dlatego właśnie o depresji trzeba mówić, trzeba przełamywać te przerażające i krzywdzące stereotypy. A nie jest to łatwe. Wciąż odbiera się nam prawo do słabości, do cierpienia. Musimy być silni, wydajni i uśmiechnięci. Tylko nie za bardzo, bo jeżeli nam za dobrze, to wtedy też się nie podoba.

    1. Moje dziecinstwo tez nie znalo facebooka, a mimo to mam depresje. I nawet na lonie natury tez mam depresje, dlatego nie wiem, co to ma do rzeczy. Nie sądze, zeby ktos wyzdrowiał po wysluchaniu ptakow i zjedzeniu wisni. Tez mialam kiedys taki komentarz na blogu, ze jak se pospacerowac pojde, to mi przejdzie. O dziwo – nie przeszło. A odradzanie wizyty u lekarzy… coż, jest zwyczajnie nieodpowiedzialne. Wezmiesz odpowiedzialnosc za odobę, która po przeczytaniu Twojego komentarza, zrezygnuje z wizyty u psychiatry?

    2. Spróbuj cieszyć się ptasim śpiewem, gdy pierwszą myślą po przebudzeniu jest ,,jaki jest najszybszy i najmniej bolesny sposób by umrzeć?”. Spróbuj się tym cieszyć, gdy nienawidzisz ludzi, ale jednocześnie tęsknisz za kontaktem z kimś, kto by cię rozumiał i kochał, bez względu na wszystko. Spróbuj z uśmiechem nieść pomoc ludziom, gdy nie możesz spojrzeć w lustro, bo widzisz potwora.

  53. … nie mam intencji szkodzić czy pomagac, chciałem wyrazić swoje zdanie, sądziłem ze do tego tez służy ten blog, bynajmniej nie zamierzam Cię przerażać, dzis za oknem cudowny wschod słońca, zapowiada sie dobry dzien:) Tobie również takiego zycze:)

  54. Cieszę się, że znalazłam ten tekst. Choć nie wiem czy można się cieszyć z tego, że ktoś przypomniał Tobie, że chorujesz na depresję. A jednak… W końcu przeczytałam o tym stanie, którego sama nie potrafiłam wyrazić w żaden sposób – nie jest mi smutno, nie boję się, nie jest mi radośnie i dobrze. To ta płaskość. Takie dziwne zawieszenie. Bycie w niebycie.
    Dzięki wielkie. Naprawdę wielkie.

  55. Droga Rien,

    Nie wiem, czy mój wpis będzie w stanie pomóc Tobie lub komukolwiek innemu kto go przeczyta, ale myślę, że warto spróbować.
    Na początek chciałam powiedzieć, że czytam wpisy z Twojego bloga już od kilku miesięcy i są niewyobrażalnie inspirujące. Masz prawdziwy talent do pisania o życiu w sposób, w jaki niewielu potrafi.

    Jeśli zaś chodzi o mnie, mam 28 lat i od ok 4 lat jestem zdrowa. Przez dziesięć wczesniejszych lat chorowałam na depresję, która rozwijała się stopniowo aż doszła do punku, w którym jedyne co można robić, to błagać o litość i rychły koniec. Nie wymyślono jeszcze słowa, które byłoby w stanie opisać piekło, jakie kreuje ta choroba oraz świadomości tego, że jest to piekło, z którego niesposób uciec bowiem jest w naszych głowach. Po dwóch niezależnych terapiach trawających rok i 5 lat udało mi się odzyskać panowanie nad swoim życiem. Sposób, w jaki funkcjonuje dziś mój umysł i ciało w niczym nie przypomina mnie sprzed kilku lat. W naszym społeczeństwie depresja jest uznawana za chorobę psychiczną i tak się ją leczy. Lekerze wysyłają chorych na niezliczone terapie, mające im pomóc przeprocesować wszystkie życiowe niepowodzenia i relacje z bliskimi. Na początku leczenia trafiłam do lekarza, który z rozbrajającą szczeroscią stwierdził, że skoro nie spotkało mnie żadne traumatyczne przeżycie to nie kwalifikuję się do leczenia. Chodziłam więc na kolejne terapie, przyjmowałam niezliczone ilości leków, które nie dawały niemal żadnych efektów poza kompletnym znieczuleniem i odrętwieniem, przeplatanym obsesyjnym ziewaniem. Lata mijały, chodziłam co tydzień do psychiatry i stopniowo, bardzo powoli zaczynałam czuć się lepiej. Leki odstawiłam po ok 3 latach, bo nie byłam przez nie w stanie myśleć.
    Co mnie dziś zastanawia, to że żaden z lekarzy, do których się zgłosiłam nie przeprowadził żadnych testów hormonalnych. W największą fazę depresji wpadłam niedługo po tym, gdy zaczełam stosować pigułkę antykoncepcyjną, którą zresztą odstawiłam po kilku miesiącach. Bywają chwile, gdy zastanawiam się, co tak naprawdę wpłynęło na to cudowne uzdrowienie – terapia, czy samoczynne uregulowanie się hormonów w moim organiźmie. Wracając myślami do czasów najcięższej depresji nie potrafię sobie wyobrazić, że rozmowy z terapeutami byłyby w stanie zwalczyć ten stan, gdy własne ciało jest przeciwko tobie.
    Miesiąc temu musiałam przyjąć bąbę hormonalną, która spowolniła mój organizm i niemal doprowadziła mnie do szaleństwa. To, jak się czułam po jej zażyciu było łudząco podobne do stanów ostrej depresji. Po ok 2-3 tygodniach doszłam na szczęście do siebie i znowu czuję się dobrze. Całe doświadczenie sprawiło jednak, że zaczęłam się zastanawiać, czy niektórych przypadków depresji nie dałoby się wyleczyć lub załagodzić regulując hormony. Drugą sprawą jest sprawdzenenie tolerancji organizmu na gluten. Z tym problemem borykała się moja przyjaciółka, która razem ze mną przeżywała swoje własne piekło. Dopiero 2 lata temu dowiedziała się całkiem przypadkiem, że nie toleruje glutenu. Po wyeliminowaniu go z diety zaczęła się czuć znacznie lepiej, aż w końcu epizody depresji zupełnie ustąpiły.

    Nie jestem lekarzem, nie wiem, co wywołuje w Tobie tę straszną chorobe, ale jeśli nie są to żadne czynniki zewnętrzne, typu zdarzenia losowe itp to z całego serca radzę Ci się najpierw przebadać. Bardzo żałuję, że nikt nie powiedział mi czegoś podobnego kilka lat temu. Dziś, po 10 latach wyrwanych z życia uważam, że depresja jest chorobą jak najbardziej fizyczną. Życzę Ci wszystkiego dobrego i mam nadzieję, że wkrótce poczujesz się lepiej.

  56. Ja mam zaburzenia mieszane i szczegolnie ostatnio zadaje sobie pytanie: wlasciwie po co to wszystko? Nuda, monotonia, niemoznosc wyrwania sie, poczucie niemocy. Wszystko wydaje sie takie bezcelowe.

  57. Justyna z justynaenbarcena

    A mi zawsze wydawałaś się pełną życia, szczęśliwa dziewczyną- dobrze jest zobaczyć w tobie człowieka! Wszyscy mamy gorsze chwile!

  58. Mam dokładnie to samo. Wypranie z uczuć, emocji. Tylko sen i zmęczenie. Nie mogę sobie z tym poradzić od lat i bardzo się tego wstydzę.

  59. Trafiłam tu zupełnie przypadkiem. Od kilku miesięcy borykam się z czymś, czego nie potrafię określić, a tym bardziej zrozumieć czy zwalczyć. W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy to właśnie nie jest depresja. Zaczęłam o niej czytać, robić sobie jakieś durne testy internetowe i tylko zgłupiałam. Bo nie, nie mam poczucia winy. Nie, nie chcę się zabić. Nie, nie stronię od ludzi. Nie, nie czuję się gorsza od innych. A jednak po prostu czuję się źle. Nie zawsze, ale dość często. I przede wszystkim nie mam na nic siły. Nawet zrobienie sobie kanapki jest nie lada wyczynem. Nie potrafię przeczytać żadnej książki. Mam trudności z oglądaniem filmów. Straciłam zainteresowanie swoimi pasjami. Oglądam ciągle ten sam serial – kiedy skończę wszystkie osiem sezonów, zaczynam od początku. Ale właśnie wydawało mi się, że skoro nie zawsze tak jest i że czasem mam więcej energii, to to nie może być jednak depresja. A ten wpis jest mi tak bliski, że jednak zaczynam skłaniać się ku depresji…

  60. pierwsze akapity brzmią jak zmęczenie zimą. serio, jest coś takiego, zdarza się właśnie pod koniec lutego, kiedy człowiek jest już wypruty z energii i czeka na pierwsze prześwity wiosny, które jak na złość nie przychodzą. może na tym polega problem?

    1. Wpis byl napisany dwa lata temu w maju.
      Przy okazji, sugerowanie komus, ze nic mu nie jest jest w czolowce zachowan, ktore pogarszaja stan takiej osoby.

      1. znam to, byłam tam. Chyba nawet nadal jestem, tylko jakby mniej… Pamiętam ciągłe oskarżenia ze strony „przyjaciół”, że się użalam… zgadzam sie, to nie pomaga ani trochę…

        1. Wiem, że komentarz lekko wiekowy, ale muszę odpisać :).

          Tak, to zupełnie nie pomaga, a jedynie pogarsza, bo zamiast sięgnąć po pomoc, chory sobie wmawia, że to tylko przygnębienie. Sama, gdy szłam do lekarza zastanawiałam się czy sobie nie pomyśli – „no ma dziewczyna gorszy humor, ale nie na tyle, żeby się leczyć, przejdzie jej, gdy się weźmie w garść”.
          Depresja to trudny temat, bo większość ludzi ją bagatelizuje i daje rady „weź się w garść” albo „to chwilowe zmęczenie”.

          1. To teraz ja chcę odpisać na lekko wiekowy komentarz. 🙂

            Miałem podobnie z moim OCD, kiedy decydowałem się na pierwszą wizytę u psychiatry; przeplatające się dni, w których chciałem tam iść teraz, zaraz, bo dłużej nie wytrzymam i dni, w których było trochę lepiej i myślałem „Chłopie, co ty z siebie robisz, gorzej się czujesz, zdarza się, a ty chcesz biegać do psychiatry?”.

            To chyba najgorsze w tym wszystkim – kiedy w środku się sypiesz, czujesz się źle z tym, że na nic nie masz siły, i wtedy słyszysz „Rozczulasz się nad sobą”…

      2. aha, ok, nie zauważyłam, że to stary wpis 🙂 nie sugeruję, że nic Ci nie jest, ale że przyczyna takiego, a nie innego stanu może leżeć w czymś bardziej prozaicznym.

  61. ,, A krzywych spojrzeń na ulicy jest mnóstwo, bo przecież jestem centrum wszechświata i każdy skupia się na tym, żeby mnie nie lubić.” A to tak bardzo ja. Czasami mam wrażenie, że wszyscy się na mnie gapią, że te dwie dziewczyny na pewno o mnie rozmawiają, to dziecko się ze mnie śmieje, a ten facet porównuje ze swoją dziewczyną.
    Z depresją jest ten problem, że traktowana jest jako choroba niższej kategorii. Tzn. co znaczy depresja przy takim raku? Tak zachowuje się większość ludzi, w tym moi znajomi i rodzina. Kilka razy próbowałam coś wspomnieć, zasygnalizować. Zostałam zbyta. Nie mam im tego za złe, przynajmniej nie teraz (dawniej to bolało), bo rozumiem, że ktoś, kto tego nie przeżył nie potrafi pojąć tej pustki, albo fali uczuć, na przemian atakujących. Tak na prawdę najlepiej rozmawiała mi się o depresji z obcymi ludźmi. Anonimowo. Najczęściej na Tumblr. Może to dziwne, ale oni się nie śmieją, nie wstydzą się też przyznać, że sami czują się beznadziejnie. Z depresją walczę od czterech lat. Bez lekarzy, na własną rękę. Czemu? Nikt o mojej chorobie nie wie. Ostatnio jest trudniej, ale staram się kierować zdaniem, które kiedyś przeczytałam: Just keep going. Keep going and keep surprising yourself, keep having reasons to get up in the morning and keep feeling like you’re getting better and swifter and keener and sharper.

  62. Wiosną i jesienią prawie zawsze towarzyszy mi ten niezdiagnozowany smutek. Z czasem sam przechodzi. Ale od pewnego czasu, zdarza mi się tracić nad sobą kontrolę i robię się nerwowa. Wiem że to stary tekst, ale ją trafilam na niego dziś. Dobrze że go napisalas bo daje odwagę do pojscia po pomoc. Może którejś wiosny lub jesieni będzie trzeba.

  63. Dzięki. Wiem, że to dosyć stary post, ale mimo wszystko chciałam ci to napisać. Zarówno ten tekst, jak i komentarze pod nim, pomogły mi uświadomić sobie, że nie ja jedna w tym siedzę. Dałaś mi nadzieję, że może mimo wszystko uda mi się pokonać to chociaż na tyle, żeby móc z tym w miarę normalnie żyć. Dzięki.

    Wyrzuty sumienia i wstyd są naprawdę trudne do zniesienia. Jednocześnie nienawidzę siebie za to, że ciągle zawodzę wszystkich w moim otoczeniu i jednocześnie czuję się tak strasznie bezsilna… co powoduje, że zaczynam nienawidzić siebie jeszcze bardziej za użalanie się nad sobą. Czasami nie mam już sił do tego stopnia, że w trakcie najprostszych czynności, jak np. branie prysznica, zakupów w sklepie, nachodzi mnie myśl, że dłużej już po prostu nie dam już rady, rodzi się we mnie poczucie rozpaczliwego, dziecinnego buntu wobec rzeczywistości, mam ochotę w jednej chwili rzucić to, co robię, skulić się na podłodze i najlepiej w ogóle przestać istnieć. Niestety z tego, co zauważyłam, ”ogarnięcie” tych myśli i doprowadzenie się do względnego porządku staje się coraz trudniejsze, coraz bardziej pracochłonne. Martwi mnie to i boję się, co będzie potem.
    Miałam wewnętrzną potrzebę wyżalenia się, myślę, że było mi to potrzebne. Już sobie idę. Pozdrawiam.

  64. Przepiękne zdjęcia!. I cudowny tekst…. sama tak się czuję od x lat…. zbyt wielu…i najgorsza jest świadomość zmarnowania na nią najlepszych lat młodości i uwierz mi nawet operacja nosa nie pomogła…. bo gdy ktoś ma kompleks to nawet po korekcie, gdy ma się gorszy dzień to nadal doszukuję się w nim niedoskonałości albo zawsze mogę się przyczepić do tego, że jestem zbyt gruba, za mało umiem, za mało wiem, mam zbyt nudną pracę…. zawsze się coś znajdzie… Fajnie, że o tym piszesz bo w Polsce jest zbyt mała świadomość na temat tego jak ważna jest higiena i zdrowie psychiki… przez wiele lat nie mogłam dojść do tego co mi jest bo przecież nie chciałam się zabić…… i nie byłam w rozpaczy… tylko obojętność na wszystko tak się pogłębiała….. az moją ulubioną czynnością stało się spanie…jeszcze z tego nie wyszłam…. ale już wiem, że warto iść do lekarza, warto o tym mówić, i warto chwytać się każdej formy pomocy.

  65. Brawo za ten tekst, za tą szczerość, za zrozumienie siebie i innych. Dziękuję Ci za ten tekst.

  66. Trafiłam na Ciebie jakiś rok temu, i czuje się bardzo okej, wiedząc, że gdzieś na świecie jest osoba, która ma takie same myśli jak ja. Ten tekst trafia w samo sedno mnie i coraz bardziej skłania mnie do pójścia do lekarza i zrobienia coś z tym moim smutkiem bez powodu. Dziękuję, że jesteś. I że jesteś elfem pogardy :*

  67. Ja ostatnio jestem w dolku i rozważam powrót na terapię bo te moje smutne dni się przedłużają. Dobija mnie też to, że mam do własnego slubu 3 miesiące i wszyscy mi stale mówią „a to teraz to pewnie tacy szczęśliwi i podekscytowani jesteście! Najlepszy czas waszego życia!”, a ja mam ledwo siłę żeby się z łóżka podnieść. Człowiek jest wtedy jeszcze bardziej wściekły, bo mocno czuje ze ta depresja zabiera mu coś namacalnego, czas który nigdy więcej się nie powtórzy.

  68. jestem tam teraz. płaskość, nijakość, obezwładniający bezsens. nie mam odwagi, żeby pisać o tym na blogu, wciąż wstyd bierze górę. ale ten stan jest powodem przestojów, bo przecież każdy temat, akapit, słowo, które ze mnie wypłyną są nic nie warte, bez znaczenia.

  69. disqus_BevZKWonYw

    Czytałam ten tekst już wcześniej, dziś ponownie na niego trafiłam, po 3 spotkaniach ponownie podjętej terapii i widzę siebie w każdym zdaniu, w każdej myśli. Siebie z jakiś ostatnich 15 lat. Mam 25. Może kiedyś będzie lepiej.

  70. Ejj no, ale dlaczego osoba o prawidłowej wadze (bo taką masz) przejmuje się wyglądem łydek czy talii? Części ciała nie są po to, żeby wyglądać, tylko żeby nam pomagały funkcjonować. Jak ci się nie podobają twoje włosy, to możesz się ogolić na łyso.

  71. Paulina Myślicka

    Bardzo Ci dziękuję za ten tekst właśnie dziś, właśnie, kiedy się tak czuję i zastanawiam się, czy wrócić na terapię, Kiedy nie widzę dalszego sensu życia i szansy jakiekolwiek poprawy. Dziękuję 🙂

    1. Naprawdę polecam CBD konopiafarmacja.pl/produkty-konopne/95-olej-cbd-5-essenz-15-ml.html . Blokuje dopływ natrętnych myśli, dodaje pewności siebie i stabilizuje emocje (nie wygłusza ich jak depresanty). Jestem bardzo zadowolona i cieszę, się że wreszcie coś RUSZYŁO.

  72. spodobałby ci się mój wylewny, emocjonalny blog 😉 ale niestety dzięki temu, że tak pisałem, jeszcze głębiej wpadałem w jakieś parszywe autodestrukcyjne stany

    btw, też czuję się depresyjny, tylko rozmawiam o tym otwarcie z ludźmi, zwłaszcza o emocjach. lubuję się w takim terapeutycznym głębszym rozkminianiu. ale mam przekonanie jednak, że skoro już tu jestem, to nie mam wyboru i przynajmniej sprawdzam o co kaman na terapiach 😉

    nie wiem, czy możesz na mnie liczyć, ale pozdrawiam 🙂

  73. CBD działa na układ nerwowy. W celu lepszego poznania właściwości antydepresyjnych kannabidiolu, przeprowadzono badania. Były to testy behawioralne oraz testy neurochemiczne, sprawdzające skuteczność leczenia CBD. konopiafarmacja.pl/produkty-konopne/95-olej-cbd-5-essenz-15-ml.html Wyniki badań wskazują, że CBD może stanowić nowy, szybko działający lek przeciwdepresyjny. CBD wykazuje właściwości antypsychotyczne i podnoszące nastrój… Polecam najbardziej opłacalny cenowo i jakościowo . Jestem podatna na rózne leki i suplementy wiec u mnie zadziałał po 30 min. Moja koleżanka czekała 4 dni na pierwsze efekty. PS. <3 Traktowanie "jej" jak choroby ułatwia dużo walkę. Bo nie dajemy się złym głosom dochodzącym z głowy.

  74. Reanimacja, ale – dziękuję.
    Od ponad 20 lat żyję z depresją.
    Wciąż żyję.
    Funkcjonuję czasem tylko dlatego, że córka kopniakiem w nerki wywala mnie z łóżka.
    Przez większość czasu jest nieźle. A potem przychodzi czas zombie. Ale daję sobie z nim radę. Jakoś. W końcu.

  75. Patrycja Niewidzka

    Ja też chodzę do terapeuty z poradni Psychologgia. Trzeba przyznać, że to naprawdę całkiem pomaga. Nie jest łatwo mierzyć się z nerwicą. Ja mam bardzo częste napady lęku. Ostatnio w środku nocy zamówiłam taksówkę i wparowałam do mieszkania swojego chłopaka, bo u siebie nie czułam się bezpieczna. Jakiś dziwny niepokój pod sercem. Terapeutka na razie przedstawiła mi doraźne sposoby radzenia sobie z napadami, no i szukamy ich źródła 🙂 Jestem dobrej myśli. Mój chłopak zaczyna już przywykać do moich wariactw. Wolałabym mu tego oszczędzić.

  76. Zawsze uważałam się za osobę stabilną psychicznie. Ale ostatnio widze, że coś ze mną jest… Słodkie lenistwo po pracy zmienia się w brak ochoty na cokolwiek. Może w dobrym czasie czytam ten post. Chociaż nadal nie wiem, co robić. W pracy czuję się czasem, jak w klatce, mimo że jest bardzo miło, dobry balans zadań. Mode boję sie odpowiedzialności. Czasem nie chce mi się z kimkolwiek gadać. Chcę wrócić do domu i zniknąć. A są też momenty, gdy dobrze się mi rozmawia i jest po prostu fajnie. A za chwilę wkurzam się na wszystko i czuje się jak być, że tak myślę. Jestem introwertyczna, więc odpoczywam w samotności lub z kimś bliskim.

  77. Bardzo potrzebowałam przeczytać taki tekst. Sama od dawna myślę o poruszeniu tego tematu na blogu… to miałby być również sposób na powiedzenie o tym rodzinie. Ale sama nie wiem – tutaj napisałaś wiele z tego, co sama chciałabym powiedzieć. Co myślisz? Doradź, proszę.

  78. Bardzo ciekawy artykuł. Chciałbym również uzupełnić powyższą treść moją myślą. Skuteczność leków antydepresyjnych, niestety nie jest tak do końca zadowalająca. Do dziś firmy farmaceutyczne mają problem z wynalezieniem leku o precyzyjnie selektywnym działaniu na poszczególne neuroprzekaźniki. Problem najlepiej jest widoczny w schizofrenii, gdzie leki usuwają przede wszystkim objawy wytwórcze, ale nie usuwają objawów negatywnych ( apatia, senność, proktastynacja, depresja). Efekty psychoterapii w leczeniu depresji są porównywalne z efektami farmakoterapii ( z wyjątkiem depresji typowo biologicznej – dawniej endogennej).
    Serdecznie Pozdrawiam.
    Artur
    http://www.psychoterapiadysleksja.bialystok.pl

  79. Ja też polecam terapię. Mnie wspierała pani Hanna Sokolnicka z poradni psychologgia, załączam link.Według mnie terapia jest najlepszym rozwiązaniem. Jak ktoś poniżej napisałm, nie można tkwić wiecznym kole smutków. Do zmiany swojego życia potrzeba odwagi – jestem pewny, że masz jej wystarczająco dużo, a dobry terapeuta będzie dla Ciebie przewodnikiem i towarzyszem w procesie poznawania samej siebie.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry