Są blogerzy, którzy zawsze mają pomysły na wpisy ( pilnuj się, kiedy będziesz spacerował po zmroku, Andrzej, bo ktoś może się czaić z piłą mechaniczną na Twój mózg). Chciałabym do nich należeć, ale niestety tak nie jest. Borykam się właśnie z kryzysem twórczym, więc skoro nie mam nic do powiedzenia na jakikolwiek temat, to napiszę o tym, jak nie mam nic do powiedzenia. Nie jest to jakiś wielki poradnik ani nie odkrywam Ameryki, ale zebrałam trochę uwag na temat rzeczy, które generalnie pomagają lub przeszkadzają w przełamywaniu tego nieprzyjemnego stanu, kiedy serce skore, paluszki tak chcą pisać, ze aż drżą z podekscytowania, a mózg każe im spadać na drzewo. W końcu nawet Nosowska śpiewała z Heyem, że gdyby chociaż mucha zjawiła się, mogłaby ją zabić, a później to opisać. To piszę.

1. Lepiej napisać cokolwiek niż nie napisać niczego

Jest wiele powodów. Po pierwsze, umysł bywa jak zatkana rura. Trzeba przepchać i już. W znakomitej większości przypadków po jednym czy dwóch słabszych tekstach przychodzi mi pomysł na trzeci, całkiem elegancki. Bez tych przeciętnych wpisów perełki nie powstaną. Po drugie, im dłużej czekam na wielkie natchnienie, tym większą presję czuję, że to co w końcu napiszę powinno być dobre, a uczucie presji nie wspomaga mojej kreatywności. I na koniec chyba najważniejsza uwaga. Wiele wpisów, które powstały nieco „na odwal” stało się najchętniej czytanymi w historii bloga. Na przykład teksty o kompleksach i depresji, których publikacji się wstydziłam, bo przecież kogo obchodzą moje problemiki.

2. Oglądanie seriali to nie research

Bardzo rzadko udaje mi się przełamać impas, kiedy pozwalam sobie na odcineczek przed pisaniem. Bo po jednym odcineczku nachodzi mnie ochota na kolejny, a po dwóch odcineczkach przecież nie będę już nic pisać, więc niech poleci i trzeci. Podobnie sprawa ma się w przypadku Pudelka, Kwejka, flashowych gier na Kongregate i innych internetowych źródeł rozrywki.

Chociaż w sumie spis ulubionych flashowych gier to nie jest taki głupi pomysł…

3. Porozmawiaj z kimś o czymś ważnym

Rozmowy z niektórymi osobami są dla mnie wielką inspiracją do tworzenia wpisów, przy czym przodowniczką w tej materii jest Miss Playground. Potrafi jednym zdaniem wywołać u mnie kilkunastominutowy monolog, czy to na temat etyki konsumenckiej czy książek, które warto czytać. Wciąż mam w głowie pomysł na książkowego vloga, który powstał podczas zanudzania Ani, ale jestem zbyt leniwa, żeby się za niego zabrać (no i wiecie, jak w punkcie pierwszy, kogo obchodzą jakieśtam moje książeczki…).

Ell też bywa inspiracją, chociaż nie równie bezpośrednią. Często w jego towarzystwie przystaję nagle jak ogłupiały jeleń na widok nadjeżdżającego samochodu bo oto nadjeżdża pomysł na wpis. Bywa mniej lub bardziej związany z tematem rozmowy, ale z pewnością w samotności bym na niego nie wpadła.

Dobrze zatem otaczać się inspirującymi osobami.

4. Książka dobra na wszystko

Tak jak seriale usypiają moją kreatywność, tak literatura ją pobudza. Zwłaszcza Vonnegut, u którego średnio przy co piątym zdaniu naklejam kolorową karteczkę, bo oto właśnie odkrył przede mną (po raz kolejny) sens życia. Prawie jak u Paulo Coelho, tyle że dobrze napisane ;).

Podobnie zadziałała na mnie niedawno poezja Dylana Thomasa. Myślałam sobie e tam, co będę czytać jakiegoś przypijusa, w filmie pokazali, że był wredny. Po czym bam, jak strzał w mordę, pierwszy wiersz, na który trafiłam przez google jest teraz jednym z moich ulubionych wierszy wszechczasów i głównie z jego powodu marzę o weekendzie w Walii.

5. Potęga zazdrości czyli czytanie blogów

W momentach zupełnego braku weny lubię sobie sprawdzać co dzieje się u znajomych blogerów. To znaczy sprawdzam to prawie codziennie, ale w takim przypadku robię to jeszcze częściej. I jeśli wejdę do Tattwy czy do Venili i zobaczę nowy lśniący wpis, zżera mnie zazdrość. Jeśli następnego dnia wejdę ponownie i zobaczę kolejny wpis, zaczyna we mnie wzbierać agresja. Z tej agresji rodzą się teksty. Zazdrość może być konstruktywna.

6. Generalnie porządki

Najbardziej ze wszystkiego nie znoszę sprzątania i papryki. Jestem totalną bałaganiarą i naprawdę nieczęsto potrafię się zmotywować do zmiany koszmarnego stanu mojego otoczenia. Wiele lat temu znajoma astrolożka postawiła mi horoskop i wynikało z niego głównie, że osiągnę w życiu sukces jeśli uda mi się opanować chaos dookoła mnie. Cóż, opanowanie tego chaosu samo w sobie byłoby sukcesem, ale do tego nie potrzebuję żadnych horoskopów.

Nienawiść do tej czynności bywa jednak konstruktywna i kiedy układam rzeczy na półeczkach czy pucuję wannę niejednokrotnie wpadam na genialny pomysł. W ogóle wygląda na to, że grzechy głównie mnie inspirują, wcześniej była zazdrość, teraz gniew…

No i oczywista oczywistość. O wiele lepiej pracuje się w lśniącym czystością pomieszczeniu, niż wśród sterty nieułożonego prania i ze zlewem pełnym brudnych naczyń. Niestety.

Czekam na wszelkie pomysły i Wasze sposoby.

(odnoszę wrażenie, że już kiedyś coś takiego napisałam, ale nie mogę znaleźć kiedy to mogło być…)


Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry