Czy Polacy są mądrzejsi od Brytyjczyków?

W ankiecie blogowej pojawiło się trochę pytań o życie w Wielkiej Brytanii, w tym jedno z moich absolutnie “ulubionych”, bo mocno nacechowanych i niekoniecznie mających dobrych intencji. Czy to prawda, że jesteśmy mądrzejsi od przeciętnego Brytyjczyka?

Pozwolę sobie opowiedzieć pewną historię.

Po drugim roku studiów pracowałam przez wakacje w sklepie w Glasgow. Raz na jakiś czas przychodziła do niego młoda Polka. Ładna dziewczyna, przez pierwsze trzydzieści sekund interakcji nawet dość sympatyczna. Po tych trzydziestu sekundach próbowała powiedzieć coś po angielsku, tak słabo, że z czystej życzliwości nie wypadało nie odezwać się po polsku. I wtedy się zaczynało. Sam fakt bycia z Polski sprawia, że jesteśmy nie tylko na “ty” (co mi nieszczególnie przeszkadza), ale również, że panience należy się zniżka. No przecież dam zniżkę, no dam, nie? No przecież taki zakup, produkt za pięć funtów z przeceny, no dziewczyny (pracowała tam jeszcze jedna Polka), nie bądźcie takie. Jesteśmy już automatycznie na stopie koleżeńskiej, na której wypytywanie o szczegóły z naszego życia jest w porządku. Może to jest ogólnie w porządku, ale wtedy byłam jeszcze większym mrukiem niż teraz i nie podobał mi się taki obrót sprawy. W końcu dochodzimy do punktu, w którym pani oznajmia, że też się uczy, w college’u, i w sumie to chciałaby iść na uniwersytet. Mówię, że po college’u czasami przyjmują od razu na drugi rok i pytam, jakże przyjaźnie, czego się uczy. I słyszę, że angielskiego. Na kursie wieczorowym. Ale powinni ją chyba przyjąć na drugi rok, bo ci Brytyjczycy są przecież głupi.

Niestety, nie aż tak głupi.

Zastanówmy się nad głębszym sensem tego pytania. Mądrzejsi czyli jacy? Przeciętni czyli jacy? Według Great British Class Survey z 2013 roku największą grupą społeczną w UK jest tradycyjna klasa średnia, stanowiąca 25% społeczeństwa. Zakwalifikowano tu zawody takie jak elektrotechników, policjantów czy położne. Jako, że ci ludzie jakoś funkcjonują w społeczeństwie, płacą podatki, wykonują swoje zawody i wychowują dzieci to myślę, że nie są do końca głupi. Jeśli połączymy w jedną grupę tradycyjną klasę robotniczą i prekariat, otrzymamy 30% społeczeństwa. Rzeczywiście, w tej grupie społecznej mamy mniej lub bardziej wykwalifikowane osoby, które mogą nie wiedzieć przez jakie kraje przepływa Amazonka albo jaka jest temperatura w Polsce w zimie. Przy czym to nie dlatego, że są głupi, ale dlatego, że poziom systemu edukacji w Wielkiej Brytanii zależy od tego gdzie się chodzi do szkoły lub ile się za nią płaci. O czym pisałam przy okazji podziałów społecznych. W tej kwestii uważam, że Wielka Brytania mogłaby się czegoś od Polski nauczyć. Przy czym według badań Unii Europejskiej z 2012 roku Wielka Brytania ma proporcjonalnie więcej absolwentów niż Polska (oczywiście liczy się też metodologia badania itd.).

Jeśli ktoś zapyta czy przeciętny (khem…) Brytyjczyk ma taką samą wiedzę z zakresu programu polskiej szkoły podstawowej, gimnazjum czy liceum, zastanowię się chwilę i odpowiem, że prawdopodobnie nie. Przy czym nie jestem pewna czy to razu znaczy, że Polak jest mądrzejszy i niekoniecznie będzie to problem dotyczący tylko Brytyjczyka. Znałam dziewczynę z Afryki, która przez wiele lat wychowywała się w Szwecji i skończyła IB, a po nocy spędzonej z Wenezuelczykiem nie wiedziała, że Wenezuela nie jest w Europie. Jednak w swojej dziedzinie była naprawdę zdolna, miała lepsze oceny ode mnie i kończy teraz doktorat.

Osoba przyjeżdżająca do Wielkiej Brytanii, co często się zdarza – za pracą poniżej swoich kwalifikacji, musi być świadoma, że niekoniecznie z miejsca trafi do środowiska podobnego do tego, w którym obracała się w ojczyźnie. Zwłaszcza jeśli jest np. studentem czy absolwentem wyższej uczelni. Jeśli przyjeżdża się do obcego kraju zbudowanie swojej pozycji i nawiązanie znajomości wymaga czasu i, niestety, wysiłku. Bycie przybyszem z zewnątrz, bez więzi w nowym kraju, na pewno sprawy nie ułatwia. Zastanawianie się czy jest się mądrzejszym od otoczenia też niekoniecznie i może prowadzić do niepotrzebnych frustracji.

Jeśli jesteśmy już w temacie wykształcenia, to oczywiście frazes, że zależność między wykształceniem a “mądrością” nie jest wcale oczywista. Znam osoby gorzej wykształcone ode mnie, które spokojnie mogę uznać za swoje autorytety. Znam osoby wykształcone o wiele lepiej, które uważam za totalnych półgłówków. Oba typy spotyka się na każdej szerokości geograficznej.

No i jeszcze jedna zasadnicza kwestia. Wiedza, która wydaje się oczywista i niezbędna Polakowi do uznania się “mądrym” wcale nie musi być oczywistą i niezbędną Brytyjczykowi, Chińczykowi czy, niech będzie, Wenezuelczykowi. Dzisiaj bez problemu wskażę na mapie Warwick, Chester czy Lancashire. Dziesięć lat temu nie byłam taka “mądra”. Wiem, że Szkocja i Anglia zdecydowanie nie są synonimami, a moja babcia nie wie. Co nie znaczy, że jest głupia. Wiem mniej więcej gdzie znajduje się jaki stan w USA, ale tej wiedzy nie wyniosłam ze szkoły. To tyle w kwestiach geografii. Dziedzin nauki czy wiedzy, na których się nie znam, jest więcej niż tych, na których się znam. Ale myślę, że tak samo ma Stephen Hawking (przy okazji – Brytyjczyk…). No i nie da się ukryć, z takich czy innych względów Brytyjczycy całkiem nieźle radzą sobie ze zdobywaniem między innymi Nobli. Oczywiście nie stoją one nad kominkiem w przeciętnym brytyjskim domu klasy średniej, ale też ciężko uznać ten naród za zbiorowisko ćwierćinteligentów.

“Mądrość” to nieco zbyt abstrakcyjne pojęcie, żeby oceniać pod jego kątem nacje. W ogóle nie jestem wielbicielką oceniania nacji jako takich pod kątem innym niż badania statystyczne, które też bywają nacechowane i nie trzeba ich uznawać za prawdy absolutne. Jestem natomiast wyznawczynią dewizy pewnego Irlandczyka. “To define is to limit”. I nie lubię prostych odpowiedzi…

Loading..