Processed with VSCOcam with a5 preset
Riennahera

Riennahera

Ludzie z Południa, ludzie z Północy

Nigdy nie przestaje mnie zaskakiwać, że ludzie są różni. Niektórzy rozumieją matematykę. Niektórzy nie są w stanie napisać kilku tysięcy słów w kilka godzin. Niektórzy potrzebują mieć bardzo szczegółowy plan działania. Niektórzy lubią sprzątać. Niektórzy lubią dzieci, paprykę i Jarosława Kaczyńskiego. Są nawet takie osoby, które nie lubią rodzynek albo miodu. Niesamowite, prawda?

Po tym jak pierwszy raz obejrzałam “Wiernego Ogrodnika”, nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego ktokolwiek jest w stanie psychicznie znieść mieszkanie w Wielkiej Brytanii, kiedy istnieje Afryka. Kiedy choć raz się ją zobaczy. Sama co prawda nie widziałam Afryki, ale myślę, że musi być piękna. Te wszystkie kolory, te przestrzenie, w filmie kontrastują bardzo mocno z szarością biur nad brzegami Tamizy. Palące słońce pokonuje mdłe i niewyraźne chmury. Afryka, Azja, Ameryka Południowa. Te klimaty. Zupełnie jak w tej scenie z serialu Cuckoo, kiedy teść zabiera zięcia włóczykija do swojego ulubionego miejsca w okolicy, żeby mogli szczerze porozmawiać. Miejsce jest cudownym przykładem piękna brytyjskiej przyrody. Zięć oświadcza, że to kwestia perspektywy, bo jeśli spędzi się dwa miesiące w Himalayach na grzbiecie jaka, takie miejsca wyglądają, “a bit…shit, you know”.

No i tu taki klops. Spędziłam tydzień w Barcelonie. Było całkiem przyjemnie. Choć nie na tyle, żeby chciało mi się dzielić wrażeniami, robić na temat miasta wpis i edytować zdjęcia. Po prostu było przyjemnie. I tyle. Z jeszcze większą przyjemnością wróciłam Londynu, który ze swoimi taksówkami w deszczu i dziesiątkami teatrów wydaje mi się najwspanialszy w Europie (oczywiście dopóki nie odwiedzę Glasgow czy Edynburga, jednak to debata na inną okazję). Ale wyobrażacie sobie, że są ludzie, którzy mieszkali w Londynie i dobrowolnie przeprowadzili się do Barcelony? Wyobrażacie sobie, że są osoby, które mieszkają w jeszcze innych różnych miejscach i też marzą o Barcelonie? Ja sobie nie wyobrażałam, ale znam je, widziałam na własne oczy.



Spędziłam też długi weekend w Peak District w hrabstwie Derbyshire. Podczas gdy w Londynie temperatura wynosiła sporo ponad dwadzieścia stopni, moje nieodpowiednie do wędrówek buty były całe przemoczone i utaplane w błocie, nakładałam na siebie bluzę i kurtkę przeciwdeszczową i byłam najszczęśliwsza na świecie. Uśmiech zrzedł mi dopiero, kiedy wyszłam z pubu do ogródka i deszcz zaczął mi kapać do piwa. No bo to nieładnie tak rozcieńczać. Za ciszę wzgórz Derbyshire oddałabym wszystkie cuda Rzymu, całe jedzenie Barcelony. Może i krajobraz jest “a bit shit” w porównaniu z cudami Azji, Afryki czy Ameryki Południowej. Mnie wzrusza jednak bardziej niż zdjęcia małych szczeniaczków.

Jasne, wszyscy wolimy jak jest ładnie i słonecznie niż gdy jest zimno i pada. Ale w trzydziestostopniowym upale moja skóra nabiera nieprzyjemnego odcienia, stopy robią się brązowe, a twarz permanentnie czerwona, niczym po całonocnej libacji. Wyglądam lepiej w płaszczu, czapce i szaliku niż w skąpych sukienkach. Funkcjonuję bardziej efektywnie po przejściu kilkunastu kilometrów wśród owiec niż po wyjściu na zewnątrz na kilka godzin w trzydziestostopniowym upale. Nawet najlepsza plaża nie ekscytuje mnie bardziej niż pole pełne białych beczących potworków. Poza tym za każdym jednym razem wybieram zblazowanego Pana Darcy ponad latynoskiego lowelasa. Ale to już zupełnie inna historia…

Wczoraj było mi za ciepło w sandałach i letniej sukience. Dzisiaj Londyn poczuł pierwszy powiew jesieni. Jestem tak bardzo, tak bardzo podekscytowana.

Po jakiej stronie się opowiadasz? Jesteś człowiekiem z Północy czy z Południa?

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

73 thoughts on “Ludzie z Południa, ludzie z Północy”

  1. Tak bardzo Północ. Nie jestem w stanie znieść wysokich temperatur, absolutnie każde sandały obdzierają mi stopy, od nadmiaru słońca dostaję uczulenia. A wełniane swetry wygrywają w szafie z podkoszulkami. Trochę się zdziwiłam, jak po wielu latach zdałam sobie sprawę jakim ponurakiem jestem 😉

  2. Północ! Owszem, kocham kiedy słońce mi grzeje plecki, lubię nawet te letnie sukienki, a widok błękitnego morza uważam za jeden z najpiękniejszych. Południowe krajobrazy mnie zachwycają, ale nie wzruszają. Wzrusza mnie szarość Edynburga, dramatyczne krajobrazy Szkocji czy Irlandii. W Polsce ostatni raz takich uczuć doznałam w Bieszczadach idąc przez całkowicie zamglony las. Teraz marzę o najdalszej Północy, czuję, że nie zawiodłabym się.

  3. Zdecydowanie północ. Wakacje są miłe jednak o wiele lepiej czuję się w chłodniejszych temperaturach. Nigdy nie lubiłam plaży a gdybym mogła to mieszkałabym w jakimś domu pod lasem.

  4. Północ. Za miesiąc wyjeżdżam do Irlandii na czas bliżej nieokreślony, ale raczej na długo. Spędziłam tam kiedyś miesiąc i zakochałam się kompletnie w zieleni, wietrze, klifach i… owcach 😉

  5. To ja się wyłamię, bo jestem zdecydowanie południowcem 🙂 Do gór zraziła mnie szkoła, a jako niskociśnieniowiec zdecydowanie lepiej znoszę gorąco niż ziąb. Idealne wakacje to dla mnie takie, kiedy mogę sobie popływać. Nawet słońce lubię, chociaż chronię się przed nim wręcz obsesyjnie. Tak, wrzosowiska są piękne i nigdzie indziej nie widziałam takich pięknych ogrodów jak w Londynie. Ale kiedy On odgraża się, że wyemigruje, zawsze podsuwam Maltę. Tam też mówią po angielsku, a klimat mnie tak nie przygnębia 😉

  6. Zdecydowanie jestem Człowiekiem Północy…korzystam z każdej okazji, by pogapić się na białe potworki i góry! Ewentualnie latać przemoczona do suchej nitki po łąkach. A co do mężczyzn-wolę tych mrukliwych, o bladym licu, lecz gorącym sercu…;) I choć zazdroszczę opalenizny dziewczynom, których nogi w krótkich spodenkach wyglądają jak potraktowane „rajstopami w sprey’u”(słowo daję! To nie może być naturalne!:O) to sama jednak wolę moje siniaki na bladej skórze. No i co poradzić. Już się cieszę na nadchodzącą jesień, bo będzie można usprawiedliwiać malkontenctwo szarówką za oknem…;)
    Pozdrawiam!

  7. Jestem lemurem południa, zdecydowanie. Lubię słońce, ciepłe morze i chodzenie bez rajstop. W trzydziestostopniowym upale moja skóra nabiera bardzo przyjemnego koloru i nie pokrywa się gęsią skórką.

    Chodzenia po górach nie rozumiem zupełnie, ponieważ jak się już na taką górę wejdzie, to okazuje się, że nie ma tam nic ciekawego, a jeszcze trzeba zleźć. A poza tym uskutecznia się je zazwyczaj w brzydkich butach.

  8. Też jestem człowiekiem z północy, chociaż w Polsce ta północ to południe, ot taka ciekawostka geograficzna 🙂

  9. Północ! Zdecydowanie i absolutnie! I najlepiej, jeśli ta Północ ma choć trochę pofalowany krajobraz – przy płaskim horyzoncie czuję się nieswojo 😉
    A krajobrazy z Twoich zdjęć – awwww! Dopisuję nowy kierunek na liście „muszę pojechać”.

  10. Babeczka, od której będę wynajmować kawałek podłogi w mieszkaniu studenckim, zachwalała mieszkanie że ciepłe, że można do woli ogrzewać i nie będzie dużych opłat… A ja z moją współlokatorką spojrzałyśmy na nią przerażone „Co pani mówi, my szukałyśmy zimnego…”.
    A tak naprawdę to jestem ze wschodniej Europy 😉 Lubię rosyjskich pisarzy, ukraińskie stepy, litewski akcent i węgierskich bohaterów narodowych. Uwielbiam polskie góry i małe wsie na wschodniej granicy. Chwilowo bardzo cieszę się, że z drzew zaczynają spadać liście, rodzice-nauczyciele wybierają się do pracy, a powidła śliwkowe rozpoczynają pierwszy dzień smażenia się. To oznacza że znowu będzie chłodno i tak bardzo polsko 😀

      1. Dla większości ludzi ciężki i niestety zachęcający do kłótni. Dla mnie nieszczególnie. Różnice między częściami Europy to dla mnie zagadnienie historyczne, a o historię się z zasady nie kłócę.

  11. wściekłafretka

    Ale ładny ten post. Taki prosty, a taki ładny, bliski jakoś. I północ oczywiście. Marzy mi się podróż po Skandynawii i Islandii z ukulele na ramieniu i śmieszną czapką na głowie.
    A, i jesień to moja ulubiona pora roku. Uwielbiam w niej nawet (a może szczególnie) te szare deszczowe dni, kiedy mogę popylać po kałużach w martensach, a w słuchawkach grają mi stare brytyjskie kapele rockowe. Już niedługo!

  12. O, to ja jestem bardziej człowiekiem gór, niż morza. W górach mogę niemal wszędzie, tam gdzie za dużo wilgoci – moje stawy odmawiają posłuszeństwa. Przy czym deszcz mi nie przeszkadza, raczej permanentna wysoka wilgotność,tak częsta w dżunglii czy na wyspach. Nie wiem czy wiesz, ale w czasach, gdy powstawała nauka zwana antropologią (którą dziś się zakopuje głęboko pod ziemią, ponieważ udowadnia, że ludzie różnią się między sobą bardziej niż kolorem skóry w zależności od etnicznego miejsca pochodzenia), opisano wiele przypadków odmiennych, wręcz skrajnych metabolizmów, innego ciśnienia krwi, nawet innej ciepłoty ciała (średniej) w zależności od miejsca, skąd dany człowiek pochodził. Przeniesienie go w klimat obcy temu, w którym dorastał on i jego przodkowie sprawiały, że zaczynał chorować, skarżył się na depresję, często nawet umierał.
    To, że odruchowo dążysz do mieszkania na północy, gdzie jest mniej światła słonecznego, jest prawdopodobnie związane z Twoją biologią. Może nawet masz sporo przodków z dalekiej północy, jak wielu Polaków zamieszkujących północne i północno-wschodnie rejony kraju. Dziś wszyscy jesteśmy trochę mixed babies, to dlatego czasem rodzicom z południa rodzi się dziecko północy i tak dalej. Kiedyś, kiedy nie było wyraźnych granic między społecznościami, wraz ze zmianami klimatu ludzie podążali tam, gdzie się czuli najlepiej i najmniej chorowali. Dziś wielu ludzi ma ten luksus, że może zmienić dowolnie miejsce zamieszkania. Ale nie wszyscy zdają sobie sprawę, że uwarunkowania biologiczne mogą sprawić, że mimo iż dotrze się do potencjalnego „raju na ziemi”, będziemy w nim się źle czuć, a w każdym razie mocno tęsknić za czymś, co utraciliśmy. To nie jest tylko typowa emigracyjna nostalgia, to coś więcej.

      1. Ja pewnie podobnie (armenoidalny nos), ale to muszą być jakieś stare domieszki, bo gdzie w metryki nie wlezę, to wychodzi najdalej 20 km od Warszawy, a najczęściej dużo bliżej. Dodajmy domieszkę z Niemiec od strony taty i wychodzi ruletka (przy czym te Niemcy to też nie wiadomo, bo samo nazwisko to za mało, rodzina od pokoleń z warszawskiej Pragi, więc z zachodnich genów mogły zostać opary). W każdym razie nasze nosy zostały stworzone do oddychania w Erywaniu, albo raczej na północ od Gruzji (mityczna Sarmacja, co ciekawe wg badań mazowieckiej szlachty, jakieś 10% z niej nosi w sobie grupę genów popularnych w tym regionie). 😉

    1. Najgorsze (z obecnego społecznego punktu widzenia na kwestie różnic ze względu na pochodzenie etniczne) jest, że to się sprawdza! Mój najpółnocniejszy z północnych ojciec, dla którego temperaturą optymalną do życia jest 10 stopni Celsjusza, ma na przykład tak neandertalski fenotyp (wały nadoczodołowe, kształt żuchwy, lekko wygięta podstawa czaszki, gruba skóra, owłosienie ciała + karnacja), że swego czasu nawet rozważał podrzucenie gdzieś swego DNA do badań. 😀

        1. Wał jest główną rzeczą rzucającą się w oczy jako dziwna – cała reszta cech albo nie jest aż taka wyraźna (kształt czaszk jeszcze trochę, bo ojciec jest łysy), albo można ją powiązać z czym innym. Ale fakt, twarz wygląda wtedy dość charakterystycznie; spotkałam kiedyś człowieka mocno przypominającego mi tatę, i dopiero po jakiejś chwili dotarło do mnie, że to przez kształt łuków brwiowych 😀

          1. Jest jakiś test w sieci, który pozwala określić procent genów Neandertalczyka w swoim genotypie. Vagla taki robił niedawno, wyszło mu coś z 1%, nie widać po nim nic. 🙂

      1. Czasem wychodzą takie rzeczy. Moja teściowa dla odmiany wygląda na Azjatkę. To znaczy wygląda trochę jak dziecko osoby białej i Azjaty, takie mocno orientalne rysy. Pochodzenie – środkowe Mazowsze. 🙂 Dla odmiany mój brat wygląda jak rasowy Wiking, ruda broda, nordycka czaszka i tak dalej, przy czym w rodzinie jak dotąd nikogo rudego nie było. Ot wylazło z recesywu, ukrytego od pokoleń (podejrzewamy mocno niemiecką z nazwiska rodzinę taty, który co ciekawe wcale nie przypominał Niemca, raczej północnego Hindusa, ciemna karnacja, szarozielone oczy, zrastające się brwi). Idąc po fenotypach rodzinnych jestem upiornym kundlem. Zresztą przez to zamieszanie u mnie w rodzinie dzieci na ogół nie są podobne do rodziców, tylko na ogół do nie wiadomo kogo, albo do dalszych krewnych. Moja kuzynka jest bardziej podobna do mojej mamy niż ja, moja córka przypomina bardziej babcię (moją mamę), ale w życiu dorosłym może się jej odmienić. Ja w wieku 4 lat, a ja teraz to zupełnie niepodobne osoby.

    2. To jest niesamowicie ciekawe, jak się łączą geny i jakie rzeczy potrafią wyjść w kolejnych pokoleniach. Z tego ogólnie wynika, że mam raczej północną rodzinę – ruda i piegowata babcia, blady dziadek, moja jasna karnacja, zielone, głębiej osadzone oczy i blond czupryna – podobny zestaw cech razem z bratem odziedziczyliśmy po tacie, który miał prawie białe włosy jako dziecko. Tylko brat ciemniejszą karnację ma po zielonookiej i ciemnowłosej mamie.
      I ciągnie nas wszystkich raczej w północny klimaty, leżenie na plaży i łapanie słońca nudzi, Chorwacja czy Włochy niby są malownicze, klimatyczne i przyjemne, ale ja zakochałam się w szkockich wzgórzach, a po tygodniu w Finlandii wcale nie miałam ochoty wracać 😉 Z resztą notorycznie pytano mnie tam po fińsku o drogę – najwyraźniej wyglądałam na miejscową 😛
      Za to ruda i piegowata siostra mojej mamy ma trójkę dzieci – ciemnowłosa i zielonooka najstarsza, zielonooki blondyn młodszy i najmłodsza – ruda i zielonooka.

      1. Osobom rudym o jasnej, lub jasnej i piegowatej cerze jest zdecydowanie trudniej na południu. Najwięcej tego typu osób mieszka w pochmurnej i chłodnej Irlandii, jeśli chodzi o kraje, ale jest taka grupa etniczna mieszkająca w Rosji, nazywają się Udmurtowie. Język z rodziny ugrofińskiej, ale fizycznie bardziej przypominają zachód Europy (zresztą mężczyźni z tego kraju też przeważają w typie Y-dna R1b). Bardzo dużo rudych ludzi procentowo. Jest ich z 600 tysięcy, więc na tle innych narodów to niewielka liczba, ale są oni klasycznym typem, któremu słońce szkodzi. Nieprzypadkowo dobrze im na północy, choć oczywiście rude osoby trafiają się wszędzie, nawet w tak ciepłych krajach jak Turcja (prawdopodobnie potomkowie dziewczyn z północy branych w jasyr). W ogóle jest sporo badań z krajów skandynawskich, gdzie jasno widać, jak osobom ciemnoskórym szkodzi brak słońca, że są wielokrotnie bardziej narażeni na choroby typu depresja. Ich ciemna skóra blokuje słońce, to taki naturalny filtr UV, problem, że w kraju, gdzie słońce świeci w sumie kilka miesięcy w roku, to bardzo przeszkadza. Dlatego lepiej, by osoby ciemnoskóre na północy wchodziły w związki mieszane, dzięki temu ich dzieci będą już tylko trochę śniade i brak słońca w zimie nie będzie dla ich organizmów tak dotkliwy, jak dla ciemniejszych rodziców.

        1. Mieszkam w Irlandii ktora wcale nie jest pochmurna i chlodna. Owszem, nie jest jak w Hiszpanii (dzieki Bogu) ale od 10 lat walcze ze stereotypem jaki tu przedstawilas i niestety trzyma sie on mocno. Kolejny stereotyp to taki ze w Irlandii jest pelno rudych ludzi. Wg statystyk tylko 14% procent populacji ma rude wlosy. Nie mam ani jednej osoby w swoim otoczeniu (praca,znajomi itp) ktora jest ruda. A szkoda bo to piekny kolor wlosow, do tego ma sie wtedy cudna, delikatna cere z piegami.

          1. 14% rudych ludzi w populacji to ogromna ilość. W żadnym innym kraju nie ma tyle. Być może mieszkasz na południu Irlandii, gdzie rudych osób jest nieco mniej. Przeciętnie w Europie rudzi ludzie to 1-5% populacji. A tu mamy o wiele więcej. I Irlandia nie jest chłodna? Jaką masz temperaturę za oknem? W sieci jest napisane, że 13,5 stopnia, może się ociepli do 16. U nas w Polsce 25, a zaraz może być 30. Jakby różnica spora, prawda? Rzecz jasna nie ma mroźnych zim z racji ciepłego prądu znad oceanu. W Irlandii, podobnie jak na północy Wielkiej Brytanii oraz zachodnich wybrzeżach Norwegii (rejon Bergen, w którym też przecież czasem świeci słońce) jest najwięcej pochmurnych dni w roku. Nie oznacza to, że jest brzydka pogoda przez cały czas. Chodzi o proporcje i czas, w jakim skóra doświadcza bezpośredniego nasłonecznienia. I jest to o wiele, wiele mniej niż w Maroku czy Etiopii.

          2. akurat jest 20 stopni i slonce swieci tak ostro ze siedze z salonie w okularach przeciwslonecznych, mam szklana sciane i przez to duzo slonca wpada mi do mieszkania. Pewnie ze to nie Egipt ani Maroko, ale i nie Islandia. do tego kiedy jest chlodno wcale nie jest pochmurno. Najbardziej sloneczna pogoda bywa w zimie. Wtedy widzisz ludzi w kurtkach i czapkach i w okularach przeciwslonecznych. Wyobrazenia sa takie: deszcz, wiatr, chlod i rudzielce za oknem. 14% populacji to wiecej niz gdzie indziej, ale przyjedz chocby na tydzien i pojezdzij po calym kraju, liczac rude osoby ktore zobaczysz. To by bylo ciekawe doswiadczenie.

          3. Nie wiem jakie miałaś wyobrażenia jadąc do Irlandii, ja mam takie, że częściej można spotkać osoby rude niż w Polsce i nie ma tu mroźnej zimy, a lato rzadko bywa upalne. Okulary przeciwsłoneczne są potrzebne i na biegunach, ale to nie ma nic do rzeczy. Chodzi o sumaryczną ilość dni pochmurnych w danym regionie i tu Irlandia przoduje tak samo jak w ilości rudzielców w populacji. To nie jest stereotyp tylko wyniki badań. Większości chmur nad Irlandią możesz nawet nie widzieć, bo są wysoko i tylko ograniczają nasłonecznienie. Ale już to jest zdrowsze dla jasnej cery. W Polsce mamy stosunkowo mało dni słonecznych i dlatego nie przeżyłaś szoku przyjeżdżając do Irlandii. To nie chodzi o dni, kiedy jest stuprocentowe zachmurzenie, ale o ilość energii słonecznej, która dociera do ziemi. A tu północna Irlandia wypada bardzo słabo, podobnie do Islandii, gdzie nie ma aż tylu rudych włosów głównie przez to, że ją stosunkowo niedawno zasiedlono w sensie ewolucyjnym, dopiero pod koniec pierwszego tysiąclecia naszej ery.

          4. Ależ ja rozumiem doskonale, że subiektywny odbiór może być inny. Dla przykładu w tym roku cała Polska narzekała na zimne lato, a za czasów mego dzieciństwa uznano by je za gorące, bo w drugiej połowie sierpnia standardem była temperatura rzędu 12-15 stopni w dzień. A nie więcej niż 20. Ale ponieważ ostatnio klimat ziemi się ocieplił, to odczucie jest inne. Sądzę, że obecnie Irlandia jest słoneczniejsza niż np. 20 lat temu. Zresztą fenotypy typu rudy/blondyn powstały w rejonie epok lodowcowych, kiedy to miejscami naprawdę mało kto wychodził na zewnątrz i osoby z jasną karnacją miały większą szansę na przeżycie. Klimat się ociepla, więc naturalną tendencją będzie ciemnienie populacji świata i to się rzeczywiście dzieje, choć widoczne będzie za góra kilkaset lat.

          5. Skoro taka dyskusja o antropologii się wywiązała, to mogę się zapytać jakie książki polecasz na jej temat?

  13. Emilia Maciejewska

    W trzydziestostopniowym upale nic się nie chce, lepiej jak jest ok.20. Wtedy już da się biegać, choć najfajniej jest przy ok. 10-15. Czekam na zimę, łyżwy i biegi po śniegu, ale jednocześnie cieszę się też ostatnimi dniami, gdy lody je się dla ochłody a nie dla zahartowania. Właściwie narzekać na pogodę można tylko wtedy gdy się niewłaściwie do niej ubierzemy 😉

  14. Ja jestem człowiekiem miasta. Mieszkam w Warszawie, na działce nudzę się po kilku godzinach. POmysł urlopu spędzanego na leżeniu na plaży brzmi jak tortura.

  15. Zdecydowanie kocham owce 🙂 (oglądanie owiec na wyjazdach to moje hobby 😉 ) I z pewnością wolę góry z owcami niż plażę. Góry bez owiec też. Z tym że góry bywają też na południu (bo Dolomity względem Polski to jednak południe), dlatego nie bardzo mogłabym się opowiedzieć za północą czy południem. Z drugiej strony północnych gór nie widziałam, w UK nie byłam, kompletnie nie mam pojęcia, jakbym się odnalazła w takim klimacie.

    1. Nie do konca chodzi tylko o gory, bo polnoc sama w sobie ma inna mentalnosc niz poludnie. Gdansk w pewien sposob jakos troche tez bym zaliczyla do polnocy. Ale gory to wazna czesc skladniowa.

      1. Hmm, w sumie to chyba nie byłam na północy. Znaczy byłam w Helsinkach, czułam się świetnie, ale to raczej podpada pod miasto jako takie, nie krajobrazy i mentalność.
        Chyba najbardziej podoba mi się opcja góry, owce, słońce i zielona trawa albo śnieg 🙂 O właśnie, zima to ze śniegiem, a jak śnieg to na północy, a nie na południu. Albo w południowych górach.

  16. Północ! Wiem to na bank, bo w tym roku miałam okajzę zobaczyć i depnąć nogą nasze polskie góry po czym oniemiałam z zachwytu! Z pewnością lepiej się czuję pod ciepłym kokonem z wełnianego swetra i szala niż w szortach, kiedy to każda nawet myśl powoduje krople potu na czole:) Poza tym jest coś magicznego w posępności Szkocji lub fiordów w Norwegii. Dużo bardziej jara mnie to niż słoneczne południowe miasta pełne turystów. Chyba jestem ponurakiem po prostu:)

  17. Północ, zdecydowanie. Południe jest fajne, ale zimą na przykład, jak jest chłodno. Byłam pół roku temu na Florydzie, kiedy przez dłuższą chwilę była temperatura jak w Polsce wczesną jesienią i gdzie były mroczne drzewa porośnięte oplątwą i dramatycznie wyglądający ocean. I podobało mi się bardzo, chociaż podejrzewam, że gdybym była tam latem, wrażenie byłoby nieco gorsze. Z moją ‚północnością’ wiąże się trochę jeszcze to, że z reguły gorzej się czuję, kiedy jest bardzo ciepło i bardzo słonecznie – jest większe prawdopodobieństwo, że będę miała migrenę, co nie jest niczym przyjemnym 😉

  18. North remembers. Zdecydowanie North! Aczkolwiek jestem bardziej człowiekiem morza niż góry. Raczej taki Wiking niż Khal Drogo. Ekscytacja nadchodzącą jesienią również się udziela. Moja ulubiona pora roku…

  19. Zdecydowanie jestem człowiekiem północy, i – wzmiankowanego gdzieś niżej – wschodu także. Najpiękniejsze wakacje w moim życiu to miesiąc spędzony w podróży na Nordkapp i z powrotem, a rok bez wyjazdu do zapadłych górskich wsi przy ukraińskiej granicy uznaję za rok stracony 😉 Południowe słońce jest ekscytującym konceptem, ale w praktyce sprawdza się tylko na parę dni.
    W ogóle wpis wstrzelił się idealnie czasowo dla mnie, bo mam właśnie wizję zamieszkania na jakiś czas na Południu, i z jednej strony oczywiście czuję entuzjazm, ale jak sobie dłużej pomyślę o życiu w takim „rozlazłym” klimacie, to z miejsca robię się zmęczona.

  20. Mam takie dziwne wrażenie, że introwertyków ciągnie bardziej na północ, a ekstrawertyków na południe.
    [zaraz ktoś się wyrwie, że to nieprawda, bo jego nie ;)]
    I że chodzi tu o coś więcej, niż kwestię zimna i ciepła, gór czy ich braku (bo te są na każdej wysokości). To trochę mieszanka mentalności ludzi, mniejszej lub większej gęstości zaludnienia, a tym samym większych/mniejszych ilości wolnych, pustych przestrzeni, mniejszej ilości atakujących zewsząd bodźców, co daje przestrzeń dla własnych myśli.

    Kiedyś, kiedy nie byłam w tak dobrym kontakcie z samą sobą, wydawało mi się, że ciepłe, środziemnomorskie miasta są stworzone dla mnie. A im bardziej zaczynałam rozumieć siebie i dopuszczać do głosu swoje prawdziwe potrzeby, tym bardziej ciągnęło mnie na północ. Moją wielką miłością jest Islandia. Od powrotu z niej minął rok, a ja dotąd nie mogę się pozbierać, jak po bolesnym rozstaniu z kimś najważniejszych.

  21. Jestem zdecydowanie z Południa. Prawdziwy spokój psychiczny osiągnęłam w Erywaniu, kiedy wiedziała, że nie mam przymusu wychodzenia z domu, bo jutro też będzie gorąco. Chcę do Erywania.

  22. Kocham słońce i upał, ale jeszcze bardziej kocham morza Północy. Wolę siedzieć pod wydmą na Stogach w kwietniu niż moczyć tyłek w Morzu Śródziemnym. A najpiękniej to w ogóle było mi na wybrzeżu Atlantyku w Irlandii. Myślę, że ocean oglądany z brzegów Portugalii nie sprawiłby mi nawet połowy tej radości. A owce to wiadomo, są najlepsze.

  23. Joanna | In Silva Rerum

    Kocham ten wpis (NIE dziękuję za niego) i świetnie się czyta komentarze pod nim. Północ. Od kiedy moje serce zostało gdzieś w Hithlumie szukam w realnym świecie odpowiednika tamtejszych klimatów, no i jak nic Szkocja i UK w ogóle mi pasuje. To chyba taka wypadkowa konstytucji organizmu (reakcji na gorąco i na przykład lepszego wyglądania w pochmurne dni) plus tego, czym nasiąknęła osobowość. Niektóre nasiąkają od literatury i filmów właśnie, inne pewnie od podróży w dzieciństwie. Nie wiem.

    Wiem, że tym się rezonuje, może to coś jak jungowski archetyp? Można nigdy nie być w jakimś miejscu a odczuwać za nim niesamowitą nostalgię, bo należy do Północy lub Południa.

  24. Północ, od zawsze i na zawsze. Latem czuję się jakbym żyła w słoju miodu, czas i tempo życia zwalnia. Lipiec mnie przeraża, zawsze wtedy śnię o śniegu.

  25. Jestem człowiekiem północy. Najpiękniejszy język świata to dla mnie szwedzki (chociaż inne nordyckie też ujdą), wolę swetry od bikini, las od plaży, głęboką zieleń od wściekłych żółci i czerwieni. Najpiękniesze miasta to dla mnie Amsterdam, Kopenhaga, Gõteborg. Wszystkie te Rzymy, Barcelony i inne Madryty są super, ale to nie to, co miasta północy.
    A jednocześnie studiuję portugalistykę i za 6 dni (już zaczęłam odliczać) przeprowadzam się do Porto. Gdzie ciepło i plaża i wściekłe kolory na każdym rogu. I niby od razu po przeczytaniu tytułu tego posta chciało mi się krzyczeć, że o tak, że to o mnie, że ja z północy na 100%, ale tak właściwie, to już sama nie wiem. Można być trochę stąd, trochę stąd?

  26. Północ i góry, zdecydowanie. Ostatnio stwierdziłam, że w lecie i pełnym słońcu jest pewien obrzydliwy banał, jakieś dziwne lenistwo, coś, co otumania. Cioran pięknie o tym pisiał:

    „przez całe życie bardzo lubiłem niepogodę. chmury dodają mi otuchy; gdy rano z łóżka widzę, jak przelatują, czuję się na siłach stawić czoło dniu. do słońca jednak nigdy nie umiałem się przystosować, nie mam w sobie dość światła, żeby się z nim dogadać. ono tylko rozbudza i rozgarnia moje ciemności. dziesięć dni błękitu wtrąca mnie w stan bliski szaleństwa”.

  27. Zdecydowanie mało tu Południowców, także odezwę się i zasilę szeregi 🙂 Kocham ciepło i ostre słońce, od razu dodają mi punktów do nastroju, do energii, do chęci działania. Wszystko wydaje się być przyjemniejsze i łatwiejsze. Niemalże odżywiam się słońcem! Latem często wychodzę z biura zjeść obiad na pobliskiej ławce – byleby złapać chociaż trochę promieni. Jestem też zmarźluchem, także temperatura niewiele musi spaść, żeby zaczęła nakładać na siebie warstwy.

    Ale co ciekawe, chociaż nieźle się odnajduję w hiszpańskim stylu bycia, to najlepiej brzmi dla mnie kraj z południowohiszańskową pogodą, ale spokojniejszym temperamentem ludzi, z mniej głośną i „dotykową” kulturą. Póki co takowego nie odnalazłam.

  28. Mikrożycie (www.mikrozycie.pl)

    Zdecydowanie z Północy. Nigdy nie przestaje mnie zadziwiać to, że tylu Polaków wybiera się na wczasy do Egiptu, Chorwacji, Turcji itp. w lipcu i w sierpniu. W lipcu i w sierpniu, kiedy nawet w Polsce temperatury wynoszą blisko 30 stopni, a w tych wszystkich ciepłych krajach minimum 10 stopni więcej. Ja mogłabym wtedy pojechać do Norwegii – albo do Peak District, marzę o tym, aby kiedyś odwiedzić to miejsce. Swoją drogą ten zięć-włóczykij to dla mnie symbol takiej trochę irytującej postawy pod tytułem „cudze chwalicie, swego nie znacie”. Bo jak podróż to od razu do Kambodży, jak widoki, to od razu egzotyczne, a jak jedzenie, to od razu takie, po której trzeba jechać na drugi koniec miasta. Czuję, że będziesz wiedzieć, o co mi chodzi. 🙂 Świetny wpis!

    1. Tak, ta postać ma dokładnie być taką irytująca karykaturą osoby, która robi tylko rzeczy widowiskowe i żyje „prawdziwym życiem”. Zawsze wolałam postać pochmurnego i znerwicowanego teścia.

  29. Kurczę, Afryka pewnie i jest piękna.
    Ale mnie zawsze się coś podobało w tej szarości Wielkiej Brytani. Nie wiem co.
    Derbyshire. Coś mi ta nazwa mówi, ale nigdy nie dotarłam. Zaplanowałam sobie już wstępnie podróż pociągiem albo jakimś innym środkiem lokomocji (mniej lub bardziej mobilnym). No, może zaplanowałam to za duże słowo. Wymyśliłam, o tak. Z plecakiem, z Londynu do Dublina. Ciekawe, co mi ostatecznie z tego wyjdzie. Marzę o tym od kilku lat, ale nigdy nie miałam kasy ani dość odwagi. Może w następne wakacje.
    Ze skórą mam ten sam problem. Polska niby taka pół na pół, ale jednak moja skóra idealnie pasuje na angielskie warunki. Jedyne co mi się opala to stopy, aktualnie w paski od sandałów, co wygląda idiotycznie. Poza tym zanim bym się opaliła na lekki brąz (a co dopiero jakaś… hiszpańska opalenizna!), zdążyłabym umrzeć na raka skóry.
    Wybieram Północ. ;(
    Choć skrycie marzę, aby móc wymoczyć się raz a porządnie w morzu o temperaturze 30 stopni. Północ ma w sumie jedną wadę – temperatura wody. A ja lubię wodę. Ale jestem też fanką ciepłej wody…
    No ale i tak Północ.

  30. Dla mnie nie ma piękniejszych stron jak Irlandia, Anglia i Szkocja 🙂 A w Afryce byłam – rzeczywiście piękna, cudowna, kolorowa, wyluzowana – ale popatrz, człowiek stale musi coś wybierać!

  31. Świetny wpis!
    Prawdziwy i bardzo soczysty. I choć co do Barcelony nie mogę się zgodzić – choć to tylko mój subiektywny pogląd – o tyle zapragnęłam znowu znaleźć się w otoczeniu wyspiarskiego krajobrazu. 🙂

  32. P ó ł n o c y ! I z wiekiem coraz bardziej! Ponad 30-stopniowe upały lubię tylko dlatego, że wprawiają mnie w większą tęsknotę i miłość do jesieni i zimy. Starzeję się – w tak wysokie temperatury się przegrzewam i nie funkcjonuję. Najprzyjemniej wspominam wakacje w Irlandii, gdzie stabilne 17 stopni pośród zielonych wzgórz i na deptaku przy plaży w Lahinch nie wypluwało mnie półżywą, a pozwalało się w pełni cieszyć życiem. Dziś leżąc na kanapie zmęczyłam się bardziej niż autostopując w kraju zielonej koniczyny ;).

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry