Regularnie zauważam, że wpadam w pułapkę celowości. Tak jakby każdy moment mojego życia miał decydujący wpływ na jakiś wielki plan i jeśli zrobię fałszywy krok wszystko runie. Co jest śmieszne, bo nie wierzę w żaden wielki sens życia, predestynacje i inne temu podobne paranormalne plany.

Bardzo długo miałam poczucie bezsensu blogowania, bo przecież nie mam szansy zostać kolejną internetową gwiazdą, nie jestem tak dobra, więc po co? Co prawda uwielbiam to robić, ale nie zarabiam na tym dużo, nie stanowi to mojej kariery zawodowej, więc jestem przegrańcem, prawda? Dzisiaj wiem już, że wcale nie prawda. Wartość konkretnych działań nie musi być zerojedynkowa, wygrywasz wszystko lub nic. Wygrałam mnóstwo przyjaciół, wygrałam sporo możliwości i doświadczeń, na które nie miałabym szansy bez bloga. Bezsensowne teksty i bezsensowne zdjęcia po latach wyewoluowały w całkiem sensowne, choć niematerialne korzyści.

Kiedyś kochałam rysować. Nie byłam nigdy specjalnie dobra, nigdy nie przykładałam się do tego jakoś porządnie. Bazgrałam Czarodziejkę z Księżyca, elfy, sukienki, pluszowe żyrafy czy wiejskie kury. Byłam nawet w klasie artystycznej, ale odkryłam, że w przypadku, kiedy zadane tematy mogły być wykonane w formie dowolnej, nabazgrany na kolanie tekst przynosił mi lepsze oceny niż rysunki, nad którymi spędzałam godziny. Wybór wydawał się prosty…Przestałam rysować zupełnie, kiedy znajomy dorosły skomentował negatywnie jedną z moich prac. Po co coś robić, skoro nigdy nie będę w tym dobra i nie zamierzam robić tego zawodowo. Po co robić coś tylko dla przyjemności. Przecież nie ma na to czasu. I tylko czasem mi smutno, kiedy patrzę na cudowne prace utalentowanych osób. Może nie umiałabym tego robić tak dobrze jak one, ale przez te kilkanaście lat trochę chyba bym się przecież poprawiła, prawda? Niestety, nigdy się już tego nie dowiemy.

Kiedy wiem już, że blog ma sens, paradoksalnie nie pomaga mi to w pozbyciu się uczucia, o którym piszę. Wpływa wręcz dość mocno na jego nasilenie. Blogować trzeba regularnie, prawda? Co więcej, blogować trzeba na tematy ważne, interesujące i klikalne. Przypadkiem nie jakieś zapchajdziury. I najlepiej codziennie, ewentualnie co dwa dni. To oczywiście coś co sama sobie narzucam, ale znów, po co robić rzeczy bez celu, skoro blog ma cel? Kolejne wyjście na piwo, lekcje tańca, seriale, ta książka, która nie jest arcydziełem literatury i raczej mnie nie zainspiruje do przełomowych przemyśleń, wyjście na spacer bez konkretnego planu, dla samego powłóczenia się, leżenie na trawie w parku i tysiące mniej lub bardziej przyjemnych pomysłów, których jedynym celem jest sprawienie, że w tej jednej chwili jest mi przyjemnie. To są te momenty, których czasem sobie odmawiam, bo pisanie jest celowe, a one nie są. Oczywiście okazuje się potem, że bez nich nie da się pisać. Lekcja tańca, który nie jest mi do niczego potrzebny, inspiruje wątki powieści. Park jest tak bezczelnie piękny, że inspiruje trzy nowe teksty. Podczas spaceru wpadnę na coś genialnego. A najlepsza koleżanka z pracy po paru winach ma umiejętność analizy problemów na podobnym poziomie co moja psychoterapeutka.

consulted_ballerina_by_ariennahera

Czuję wielkie, coraz większe pragnienie robienia rzeczy bez sensu. Dla samej przyjemności. Dzieciństwo i studia są takim cudownym okresem, kiedy próbujemy mnóstwa rzeczy tylko dlatego, że sprawia to frajdę. Później zdarza się, że ta frajda wydaje się zbytnim luksusem, bo i czasu ubywa i trzeba nim gospodarować mądrze. Włącza się fear of missing out. Co jeśli podczas ślęczenia nad kolorowanką ominie mnie TEN MOMENT, KTÓRY ZMIENI MOJE ŻYCIE? Kto wie, może przyjdzie nagle do mnie lekarstwo na raka, pomysł na noblowską powieść, rozwiązanie problemu głodu na świecie? A ja siedzę i koloruję? Bardzo mocno próbuję zawrócić z tego toku myślenia. Głęboko wierzę, że nie da się żyć samą celowością.

Wczoraj wpadłam na pomysł rzucenia pracy. Bez dalszego planu. Tak po prostu, żeby przez chwilę skupić się na robieniu rzeczy, które mnie interesują. Może przez miesiąc, może przez dwa. A kiedy uznam, że już starczy, znaleźć coś innego. Pomysł wydaje mi się idiotyczny, bo stała pensja to dobro, wpłaty na fundusz emerytalny to dobro, prawo do zasiłku macierzyńskiego to dobro. Ale kiedy myślę o tym, że mogłabym rano wstać i cały dzień pisać albo chodzić po mieście i robić zdjęcia, albo czytać, albo nawet rysować czy piec ciasto, całe moje ciało oblewa nagle wielka błogość. Dwoje moich najlepszych znajomych z pracy właśnie wybrało to rozwiązanie i zazdroszczę im bardziej niż komukolwiek od bardzo dawna. No, może oprócz tej idealnie pięknej naturalnie rudej dziewczyny z grubymi lokami do pasa, którą widziałam raz na King’s Cross. Gdybym jutro dostała opcję wyboru między podwyżką pensji o dziesięć tysięcy funtów, a odejściem z dobrymi referencjami z dnia na dzień, bez konieczności miesięcznego wypowiedzenia, wybrałabym to drugie. Nie dlatego, że jakoś mi w pracy źle. Po prostu wyobrażam sobie jak dobrze mogłoby mi być bez niej.

Nie wiem jeszcze co zrobię, ale sama myśl, że to zupełnie realna i dobra opcja, napawa mnie jakąś radością. Zrobienie czegoś ryzykownego i bez sensu, dla samej frajdy, z potrzeby serca, wydaje mi się najbardziej dorosłą decyzją świata. Nie wiem jeszcze jakie dalsze kroki podejmę. Może na początek kupię szkicownik i ołówki? Dla mnie brzmi świetnie.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

30 thoughts on “Rzeczy bez sensu, rzeczy bez celu”

  1. Rzuć. Ja rzuciłam, od czwartku jestem oficjalnie bezrobotna. Może za miesiąc – dwa zatęsknię i wrócę, ale potrzebuję w tym momencie po prostu odpoczynku. I już po tygodniu (wzięłam na koniec urlop) czuję, jak mi się psychika rozprostowała. Piszę, czytam, oglądam filmy, znowu będę cieszyć się moim miastem, może znowu zachce mi się wychodzić z domu, rozmawiać. Nie mogę się tego już doczekać.

  2. Jeju, Rien. Dzisiaj jest właśnie taki dzień, w którym czuję się kompletnym nieudacznikiem. Mam okropny humor, podły nastrój. Przeraża mnie przyszłość, teraźniejszość i przeszłość. I właśnie mam łzy w oczach po przeczytaniu tego tekstu. Jestem w liceum i choruję na tę „celowość i sensowność”. Nie czuję się beztrosko, a ze strachu, że nic z moich planów na później nie wyjdzie, ściska mnie w klatce. To co piszesz jest okrutnie sensowne i w punkt. Za to lubię Twoje teksty. Myślenie „jeśli nie mogę być w czymś najlepsza, lepiej wcale tego nie robić” towarzyszy mi absolutnie codziennie. Czuję się jak największy przeciętniak na świecie, bo nie ma takiej rzeczy, która wykonana przeze mnie jest doskonała. I cieszę się, że to napisałam. Chyba tego było mi potrzeba na koniec dnia. Dzięki za to co piszesz, bardzo to wszystko pomocne i dające do myślenia.

    1. Tylko taka sprawa. Z tych licealnych planów nie wychodzi nic a nic. Jeśli nie poświęca się wszystkiego, żeby zostać aktorem, lekarzem, reżyserem, muzykiem, czym tam się chce być, to pojawia się dziesięć tysięcy innych przypadkowych opcji. Ja na przykład chciałam pracować w telewizji. A potem poszłam na plan i stwierdziłam,że nigdy nie będę popychadłem za stawki minimalne z kilkunastogodzinnym dniem pracy. Inna sprawa, że wciąż nie wiem co chcę robić, ale pracuję, mam za co jeść i jeździć na wakacje. Jeśli nie masz pasji przebijającej wszystko inne, może warto dać sobie chwilę na oddech?

    2. Mufka, nie przejmuj się. W wieku 25 lat dopiero odkryłam, co tak naprawdę mnie cieszy, sprawia frajdę, w czym jestem dobra, na czym się znam, co mogłabym w życiu robić i jak wiele temu poświęcić oraz jak to wszystko razem powiązać. Tego wszystkiego się nie wie, dopóki nie spróbuje się wystarczająco wielu rzeczy, żeby większość z nich odrzucić. Nie trzeba robić rzeczy doskonałych. Wystarczy robić te, które wychodzą dobrze. Jeżeli wychodzą dobrze, to jest duża szansa, że można je robić jeszcze lepiej. Robienie rzeczy jeszcze lepiej wymaga dużego nakładu pracy i samozaparcia. Jeżeli jesteś w stanie włożyć w coś dużo pracy i mieć w sobie wystarczająco wiele samozaparcia, żebym tym nie pieprznąć, mimo tego, że ciągle masz na to ochotę, to znaczy, że to właśnie TO.

  3. A ja po tygodniu urlopu w glasgow wracam jutro do domu, ale gdzies w glowie miga mi zeby sie spakowac i przeniesc na te daleka polnoc, choc tu z praca moze byc marnie, szczegolnie jak ma sie tylko fabryczne doswiadczenie, ale po tym urlopie z moja glowa wcale nie jest super

  4. To wyobraź sobie, że obecnie już w liceach i na studiach są ludzie, którzy odnawiają sobie frajny, bo jeszcze nie osiągneli sukcesu, jeszcze nie są kimś, a poczas wakacji płaczą, że nigdy nikim nie będą. Jestem taką osobą. I też mnie czasem kusi chęć zrobienia czegoś zupełnie bez sensu, ale przyjemnego. Obecnie robię sporo rzeczy bez sensu i nieprzyjemnych. Bo jakoś tak ciężko wymyślić, co można ze sobą zrobić inaczej.
    Pozdrawiam Cię bardzo i kibicuję Ci na każdym kroku. Nie podziękuję Ci za tekst, ale powiem, że Twoje teksy są dla mnie bardzo ważne.

    1. Zastanawiałam się ostatnio nad tym. Kiedy ja byłam w liceum, kilkanaście lat temu, były dzieciaki z większą i mniejszą ilością pieniędzy, ale to miało znaczenie tylko czasami. Teraz mamy pinterest, blogi szafiarskie, urodowe i lifestyle’owe etc i to musi być okropna presja, której ja nie miałam. Myślę nad tekstem o tym.

      1. Mam wrażenie, że to też jest taki rodzaj presji, przed którym ciężko się zbuntować.Kiedyś bunt wobec takich wartości był bardziej powszechny. Rodzice nigdy nie mówili mi, że oczekują, abym była tym, czy tamtym. Nigdy nie śrubowali. Nigdy nie musiałam dla frajdy się im wymykać. Czuję, jakbym tę presję sama na siebie od małego nakładała. Staram się dużo uwagi poświęcać teraz temu, aby nie być jej więźniem.

      2. Bardzo bardzo poproszę o taki tekst. Jestem ciągle rozdarta między „jestem sobą i fajnie”, a „jestem sobą, ale może mogę być bardziej sobą szczupłą-kreatywną-pinterestową”. Bo nawet sobą można być bardziej, jakoś lepiej to wyrazić np.poprzez tatuaż albo stylizację…

  5. „Dzieciństwo i studia są takim cudownym okresem, kiedy próbujemy mnóstwa rzeczy tylko dlatego, że sprawia to frajdę. Później
    zdarza się, że ta frajda wydaje się zbytnim luksusem, bo i czasu ubywa i trzeba nim gospodarować mądrze.” Jak wyjęte z mojej głowy. Ostatnio ciągle łapię się na tym, że mam wyrzuty sumienia, gdy obejrzę coś głupiego na netfliksie. Bo przecież można było obczaić coś z listy AFI. I jak czytam fan fiction, bo przecież Piketty leży koło łóżka i sam się nie przeczyta. I tak sobie wyrzucam te wszystkie nieefektywne czynności, odmawiam sobie zwykłej frajdy, postanawiam już nie marnować czasu jednocześnie wpadając w wir prokrastynacji i w efekcie nie robię nic. Brawo ja.
    „Przestałam rysować zupełnie, kiedy znajomy dorosły skomentował negatywnie jedną z moich prac” – a na takich podcinaczy to powinien być osobny krąg piekieł.

    1. Inna sprawa, że ta osoba sama rysuje dobrze i nie chciała źle, ale wyszło jak wyszło.
      Sama kiedyś miałam plan,żeby czytać tylko wielkie dzieła. Ale takie dzieło nie było materiałem na czytanie przed snem, bo żeby zrozumieć wszystkie historyczno-polityczne nawiązania „Nędzników” trzeba wysilić umysł. Potem nie mogłam spać. Nie ma niczego złego w czytaniu przygód Sookie Stackhouse. Serio.

  6. Jeśli patrzeć na to w ten sposób, to całe życie jest bez sensu, bo przecież i tak na końcu umierasz. Czy warto więc na nie „tracić” czas? A nuż coś Cię właśnie omija w zaświatach, jeśli takowe w ogóle istnieją? Żeby nie było – to nie jest namowa do skończenia ze sobą.

    Im jesteśmy starsi, tym bardziej do nas dociera, że to my mamy w 100% kontrolę nad kreacją swojej rzeczywistości, ogranicza nas jedynie sytuacja ekonomiczna. Morze możliwości, whatever makes you happy.

    Dobry rysunek.

  7. Ciekawa jestem skąd „ciasteczka” wiedzą, co siedzi w mojej głowie, jeśli dotychczas na żaden tekst o tej tematyce nie klikałam, a to jest właśnie to co mi od dawna chodzi po głowie i właśnie tą notkę mi właśnie w faceboookowych reklamach zaproponowano…

    Jestem obecnie na etapie – skończone studia – bylejaka dorywcza praca żeby tylko było z czego żyć – brak perspektyw na coś lepszego. I sama już nie wiem co ze swoim życiem zrobić. A wiem też że tak długo żyć nie chcę. Tylko ciągle wiszą nade mną jak gilotyna pieniądze, których nie mam, a jeść coś muszę i rachunki czymś płacić. No zawsze byłam uważana za taka mądrą i odpowiedzialną, więc „muszę” osiągnąć w życiu sukces. A jedyne czego teraz pragnę to położyć się i wreszcie wyspać bez wyrzutów sumienia, że marnuję czas…

    1. Nie martw się pierwszymi pracami, w których nie chcesz być. Ja właśnie zaczęłam swoją ósmą pracę i jest to pierwsze miejsce, w którym pomyślałam, że mogłabym zostać na dłużej. We wszystkich wcześniejszych rozglądałam się tylko, jak szybko mogę z nich uciec i jakie będą tego konsekwencje. W jednych miejscach pracowałam dłużej, w drugich krócej. Dołowałam się, że nikt mnie na rozmowy nie zaprasza, a jak już zaprasza, to nic z tego nie wychodzi. Lub, że nie spełniam żadnych wymagań wymienionych w ofertach. A wszyscy parzyli i czekali. Ilu się dziwiło i krzywiło, że ciągle pracuję gdzie indziej, to nie zliczę.
      Nie wiem, czy to jest to miejsce w którym zostanę na lata, ale jestem przekonana, że prace warto zmieniać, jeżeli coś w obecnej nie odpowiada. Więc szukaj równocześnie czegoś innego, ale nie pod dyktando sukcesu narzuconego przez innych, tylko pod swoje samopoczucie w danym miejscu i zawodzie. W końcu to co dla jednego jest sukcesem i pracą marzeń, dla kogoś innego będzie mordęgą.

  8. Siedziałam ostatnio na ławce w sobotę,marnowalam czas,a z tyłu głowy miałam myśl o ty złodzieje czasu. Czas który mogłam przeznaczyć na gotowanie, sprzątanie i inne przydatne rzeczy. Ale od tego myślenia o przydatności każdej minuty z radosnej osoby jestem w stanie depresyjnym… Muszę zawalczyć z tą dorosła w sobie i znowu odnaleźć tam dziecko i czerpać radość z małych rzeczy…a siedzenie, obserwowanie ludzi,rysowanie uznać za coś najważniejszego w swoim życiu…a co do pracy to mam ochotę wyjść z tamtąd od wtorku i już nie wrócić…

  9. Ostatnio trochę o tym myślałam, bo kiedy moi znajomi biorą udział w wyścigu szczurów jeśli chodzi o pracę i zarobki, ja z własnego wyboru jestem przez trzy miesiące na darmowym stażu. Oni mają te wszystkie benefity o których wspomniałaś w tekście, ja nie mam nic. Tylko, że jestem po drugiej stronie Europy, w mieście które sobie wymarzyłam. Za swoją pracę nie dostaję kasy, ale pracuję bez presji, uczę się nowych rzeczy, mam czas na to żeby włóczyć się z aparatem po mieście i słuchać muzyki nad oceanem. Czas mnie nie goni, chyba nigdy nie czułam się tak niezależna i wolna i jest mi z tym niewyobrażalnie dobrze.

    Jeśli w życiu ma być jakiś cel, to niech to będzie robienie rzeczy po swojemu. Czy ktoś chce spędzać całe dnie w łóżku z książką, czy zdobywać świat z plecakiem, w którym mieści cały dom. Bez presji, bez pośpiechu. To chyba najfajniejsze co może nas w życiu spotkać, przynajmniej w dzisiejszych czasach.

  10. Dziękuję Ci za ten tekst. Jestem pod wielki wrażeniem. W ciepłym tonie napisać o problemie przed którym stoi większość z nas, to jest po prostu niesamowite.
    Szkicownik i ołówki to bardzo dobry pomysł. Małe kroczki są przyjemne i często pozwalają na zrobienie kilku innych.
    Pozdrawiam!

  11. tak jak się rzadko odzywam, tak dzisiaj Twój tekst rezonuje mocno z tym, co mnie drąży.
    rzecz bez sensu, jaką było złamanie nogi i przymusowe l4 nauczyło mnie jednej rzeczy: be careful what you wish for. nagle te wszystkie wspaniałe czynności: książki, gotowanie, spanie w opór, kawa na mieście (jak już zdjęli mi gips ale nie zdjęli zwolnienia) czyściutki dom – nie było AŻ TAK przyjemne. było mocno jałowe i to uczucie pogłębiało się w miarę uświadamiania sobie, że wszyscy ludzie na tym świecie, którzy mogliby pójść na kawkę ze mna – są, no cóż, w pracy 😉
    więc, wymyśliłam coś innego. a gdyby tak tylko trochę musieć chodzić do pracy, a trochę nie?
    sprobuj może zredukować wymiar zatrudnienia tak, żeby mieć 1 (2, 3?) dni wolne, a przez resztę tygodnia mieć jednak taki bat, żeby się nie rozmemłać.
    nie wiem jak w uk, ale wynagrodzenie, świadczenia, emerytury etc. chyba nie przepadają tak całkiem. rozwiązanie nie radykalne, jest furtka powrotu, a będziesz wiedziała jak się z tym czujesz, jak dźwiga to budżet domowy, czy starcza Ci urlopu.
    sama sobie po ciuchutku dążę do takiego stanu bo jednak tak całkiem całkiem z pracy na etat nie chciałabym zrezygnować. życzę nam powodzenia!

    1. W mojej branży to nie wchodzi w grę.
      Co do uczucia jałowości – mam co robić, bo właściwie codziennie piszę i nie piszę więcej, bo nie mam już energii. Nie zależy mi na spędzaniu czasu, który jestem teraz w pracy, na kawkach. Nie ma rozwiązania, które pasuje do wszystkich. To, co działa dla Ciebie dla mnie wciąż jest spędzaniem życia na czymś, czego nie chcę robić.

  12. Nikt tak jak Ty nie ryje mi bani. Czasem okupuje to niechcianymi, natrętnymi myślami, czasem robi mi się dobrze, ale zawsze łeb trochę paruje. PS. Nie jestem kimś, kto powinien Ci radzić, co robić, ale i tak poradzę: nie rzucaj roboty. Jeśli jesteś człowiekiem wyrzutem, żadna rzecz bez pracy nie sprawi Ci przyjemności. Żadna. Been there, done that.

  13. Też bym rzuciła pracę, ale znalazłam na olx trzy książki Sapkowskiego w sumie kosztujące 50 zł i muszę na nie zarobić- a i tak oszczędzam 100 zł, taka okazja się nie powtórzy!
    Tak, nawet pracując dorywczo, cztery godziny dziennie, milion razy myślałam czy tego nie rzucić, ale widziałam jak moi znajomi bez roboty wariują z nudów albo popadają w chandrę, więc dzięki bardzo. Trudno przywyknąć do „wolnego życia” po 14 latach życia ustawionego przez szkołę, czyż nie?
    Ostatnio (w zasadzie od trzech lat) tyle słyszę gadania ludzi o tym, że nie będą mieć przyszłości, że w tym kraju nie ma pracy, że są niefajni i nie dość zdolni, że aż na odstresowanie słucham sobie mojego brata, który jest zdolny i święcie przekonany, że mu się powiedzie. Bo tak. Podoba mi się jego podejście, jest dokładnie takie, jakie się w wieku 18 lat powinno mieć. Wie, że jest zdolny, uczy się wciąż czegoś nowego, daje z siebie wszystko aż do przesady i wierzy, że mu się uda, i że nie ma rzeczy nie do pokonania.
    Z punktu widzenia przyszłego humanisty- okey, lubię sobie pooglądać „Dzień świra” i po raz kolejny stwierdzić „Też tak skończę, hehe”. Lubię sobie pomyśleć „Jestem dość inteligentna, pouczę się i zostanę edytorem, a potem stworzę np. własne czasopismo s-f i będę pisać powieści”. Ale to wszystko jakieś takie narzucone, że niby w życiu musi się udać albo nie udać. A tak zupełnie osobiście to nie jestem pewna, co mnie czeka, ale studia to sporo fajnych imprez i fajnych ludzi, więc może jednak zostanę przypadkiem organizatorem koncertów punkowych albo jednak założymy z przyjaciółką ten pub czy też zespół, no kto wie. Nie będę się nastawiać…

  14. Czułam się podobnie, kiedy całkiem świadomie odrzuciłam bardzo dobrze płatna oferte pracy w dużym mieście, bo była nudna. Teraz trochę mi biednie, ale za to mogę o 10 rano pić kawę na wsi na balkonie, a o 12 iść nad rzekę. 🙂

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry