Po kolejnym słabym okresie w życiu i terapii rodem z Rodziny Soprano powoli zaczynam wychodzić na prostą. Owszem, często siedzę w gabinecie patrząc się na terapeutkę z uniesioną wysoko, najwyżej na świecie brwią, ale jednak od ponad miesiąca nie czuję całkowitego bezsensu życia, więc chyba warto. Niezależnie od tego, czy wszystkie moje problemy rzeczywiście wzięły się z dzieciństwa czy też nie. Jeśli to placebo pomaga mi zasnąć, keep it coming.

Podczas ostatniej wizyty miał jednak miejsce moment, który wydał mi się przejmująco smutny. O wiele bardziej smutny, niż gdy zostałam uświadomiona, że moje dzieciństwo wcale nie było szczęśliwe. Powiedziałam na głos, że nie uważam się za osobę, która może interesować podczas nawiązywania nowych znajomości. Po co ktoś miałby ze mną rozmawiać, co ja mogę komukolwiek powiedzieć, czego jeszcze nie widział, nie słyszał i nie doświadczył w swoim życiu. Zapytana o trzy cechy mojej osoby, które uważam za interesujące, nie potrafiłam wymienić żadnej. To znaczy oczywiście, jakieśtam przychodziły do głowy, ale wszystkie wydawały się głupie, naciągane, na wyrost, nieprawdziwe, łatwe do zanegowania. Nie chciałam powiedzieć absolutnie niczego. Zmuszona, cedząc kolejne słowa czułam się fizycznie źle. Chciało mi się wymiotować. Nie w przenośni. Zupełnie dosłownie.

To nie jest tak, że nie widzę swoich zdolności i talentów. Ale lepiej trzymać je w sobie. Lepiej nie mówić, że nieźle piszesz, masz dobry gust i starasz się być dobrą osobą z mocnym kręgosłupem moralnym. Dlaczego lepiej nie mówić? Cóż, żadna z Ciebie Szymborska, Twoje ciuchy z sieciówek nie robią z Ciebie żadnej It Girl, poza tym jesz awokado, więc zabijasz meksykańskich farmerów, a Twoja pensja powinna pójść na operacje chorych dzieci zamiast na wakacje, szmato. Jeśli nie jesteś totalnym zwycięzcą w swojej dziedzinie, nie warto nawet o tym wspominać. Prawda?

Zastanawiam się, skąd u mnie taka mentalność. Nie jest tak, że internet jest bez winy. Do dzisiaj pamiętam kilka komentarzy, przez które nie mogłam spać. Z góry uprzedzam, że obecnie obelgi mnie nie ruszają, nikt nie jest w stanie zjechać mnie bardziej niż ja sama, więc nie warto tracić czasu. Obecnie nie mam specjalnie dużo do czynienia z niekonstruktywną krytyką, ale sądzę, że każdy kto dzieli się swoją twórczością czy informacjami na własny temat w sieci, spotkał się wiele razy z dokładną analizą własnej postaci. Analizą, którą można streścić jako “wcale nie jesteś tak fajny jak myślisz”. Zanim jednak zrzucimy całą winę na internet, zauważę, że moja babcia na wieść o ponad dziewięciuset lajkach pod naszym wspólnym zdjęciem, pozytywnych komentarzach na temat jej urody i sugestii wywiadu powiedziała tylko “nie żartuj sobie”. Bez kokieterii, raczej z lęku przed głupim żartem.

Dziewięćset osób to za mało, żeby coś mogło być prawdą tak jak w serialu BoJack Horseman automatyczną reakcją na nominację do Oscara jest stwierdzenie, że na nią nie zasługuje i w ogóle nie jest za właściwą rolę. Nigdy nie pracujesz nad wystarczająco wartościowym projektem, nigdy nie jesteś wystarczająco dobrym, by coś sobą reprezentować, by móc się na jakiś temat wypowiedzieć, by niezaprzeczalnie być Kimś. Nigdy nie będziesz wystarczająco dobry. Nie warto nawet dopuścić do siebie myśli, że możemy coś znaczyć. Jeśli nie masz oczekiwań, nie możesz zostać zranionym.

Kiedy przełamie się już ten uporczywy ból brzucha i chęć wymiotów i w końcu wyrzuci z siebie że tak, umiem pisać, mam fajne ciuchy i bywam przyzwoitym człowiekiem, nie zmienia się w sumie nic. Może poza tym, że skoro ja to już sobie powiedziałam, to mam gdzieś czy powie mi to ktokolwiek inny. Nie potrzebuję tego. Warto jednak pamiętać o jednym. Zanim powiesz komukolwiek, że nie jest wystarczająco fajny, idź na spacer. Napij się herbaty. Obejrzyj serial. I wtedy zastanów się, po co Ci to. Jeśli nie wnosisz niczego pozytywnego czy pożytecznego, lepiej nie wnosić niczego w ogóle.

Once, when I was young and true,
Someone left me sad-
Broke my brittle heart in two;
And that is very bad.

Love is for unlucky folk,
Love is but a curse.
Once there was a heart I broke;
And that, I think, is worse.

|| A very short story | Dorothy Parker ||

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

45 thoughts on “Zawsze będziesz nikim”

  1. Zawsze się tak czuję, gdy spotykam w życiu tylu wspaniałych, interesujących ludzi, którzy kompletnie nie zwracają na mnie uwagi, bo nie mam im zupełnie nic do zaoferowania. I próbuję sobie wymyślić czy ktoś na świecie mówi o mnie jako o tej „wspaniałej i interesującej”.
    I właściwie to jest głupie, bo można kupić mnie bardzo prostym komplementem na temat mojej inteligencji. Dlatego takie myślenie zaliczam do kompleksów- przez nie można mną sterować, więc kurcze, to jest złe i osłabia człowieka, lepiej od razu zdać sobie sprawę z tej słabości. Nie mówię, żeby uważać się przez to za jeszcze gorszą osobę, tylko żeby się pilnować. Troszkę ten kompleks ogarnąć i opanować. Tak po prostu, jak wstręt do pająków…

  2. „Po co ktoś miałby ze mną rozmawiać, co ja mogę komukolwiek powiedzieć” – czasem ludzie potrzebują (jak tlenu) dobrego słuchacza, który nie wypuszcza drugim uchem ich opowieści – może w tym jesteś dobra? Nie każdy musi być przebojowym podróżnikiem polującym na lwy, żeby mieć potem o czym opowiadać 😉

  3. Dokładnie dzisiaj miałam właśnie takie myślenie. Tzn, codziennie mam, ale jak to bywa u takich osób, raz jest lepiej raz gorzej. Raz się bardziej lubisz, raz mniej. Gdy rezygnuje z czegoś zadaje sobie pytanie: „ale właściwie po co mi to? po co komuś np. moje towarzystwo?”

    Ciesze sie, że trafiłam na Twój blog.

  4. po pierwsze wpis bardzo czuje, w samym srodku moich trzewi. Trafia do mnie jak zaden inny.
    Zastanawiam sie, pomijajac sprawy oczywiste takie jak wychowanie i doswiadczenia z dziecinstwa, na ile plage takiego samopoczucia mozemy zawdzieczac czasom w ktorych zyjemy i modzie na indywidualizm a przede wszystkim na dla mnie niepojetym przyzwoleniu, wrecz propagowaniu bardzo przedmiotowego podejscia do czlowieka.
    Nie potrafie zliczyc ile razy w ciagu dnia slysze stwierdzenie o tym ze w zyciu mamy trzymac sie tylko osob ktore czynia nas szczesliwymi, ba ktore nas insipruja, ktore ucza, podnosza na wyzyny. Wiekszosc z was pewnie wzruszy ramionami i powie – no tak, co w tym dziwnego? Tak wlasnie trzeba zyc, kazde dziecko o tym wie, tylko takie myslenie jest zdrowe i pomoze nam osiagac szczyty. Tylko ja coraz czesciej slyszac o tym dostaje zimnych dreszczy a w srodku cos we mnie krzyczy, ze wszystko nam sie pomieszalo. Tak – pieknie byloby otaczac sie tylko takimi ktorzy sa lepsi od nas, zawsze szczesliwi i pozytywni a przede wszystkim gotowi do podania nam reki, tylko ze takie podejscie skupia sie na zalozeniu ze bliscy zawsze maja byc dawcami, jesli przestaja nimi byc mozemy spokojnie, bez poczucia zazenowania i winy zwyczajnie sie ich pozbyc jak zepsuta zabawke. Z drugiej tez strony nie dostrzegamy jak absurdalnie nasiakniete hipokryzja jest to przeslanie – bowiem zaklada ze bedziemy otaczac sie tylko dawcami i przykladami do nasladowania ktorzy beda nas ciagnac w gore, jednoczesnie pozwalajac tylko i wylacznie sobie na cos na co nie pozwalamy innym – a mianowicie na bycie w takim ukladzie biorcami.
    Jakis czas temu przydarzyl mi sie ciag bardzo traumatycznych wydarzen po ktorych moje poczucie wartosci i sens zycia roztrzaskaly sie w drobny mak. Egzaminu na przyjazn nie zdal wtedy nikt z mojego otoczenia a ilosc razy kiedy uslyszalam ze przyjaciel ktory ma dola i nie wnosi niczego pozytywnego do zycia drugiej osoby to zaden przyjaciel wprawialo w oslupienie. Tak wiec zamiast pomocnej dloni zostalam oskarzona niejednokrotnie o probe sabotazu na szczeszcie jak mi sie wydawalo bliskich mi ludzi, w czasie w ktorym tak bardzo potrzebowalam zeby ktos czasem w czasie mojej walki przypomnial mi ze jednak cos znacze, nawet taka poraniona, nawet taka z problemami. Okazalo sie ze walczyc musze zupelnie sama, bez ani jednego ramienia na ktorym moge sie na chwile oprzec.
    Dzis wychodze na prosta ale tamte wydarzenia zostawily we mnie okropny slad. Dzis jestem wyczulona na tego typu zjawiska i ku mojemu przerazeniu dostrzegam je wszedzie i caly czas. Jestem przerazona jak bardzo ludzie wierza i uznaja dzis zasade – chcesz byc wartosiowym czlowiekiem- musisz byc kims, cos z siebie dac, musisz zawsze udowodnic swoja wartosc i tak jak przedmiot, nie wystarczy zebys byl, musisz byc uzyteczny.
    Nie sadze ze to kwestia nostalgii by powiedziec ze ‚kiedys bylo inaczej’. Pamietam moich dziadkow, rodzicow, pamietam rozmowy, spotkania z ich znajomymi czy sasiadami, wtedy naparwde mam wrazenie czlowiek liczyl sie bardzej, ot tak po prostu dlatego ze byl, bez wzgledu na to ile i czy z siebie dawal. Nie bylo presji na posiadanie spektakularnych marzen i udowadniania otoczeniu na to jak bardzo angazujemy sie w ich spelnianie, ze juz zaraz zakladamy startup ktorego nikt wczesniej nie wymyslil, ze jestesmy tak madrzy i wyedukowani ze kazdy pokiwa glowa z uznaniem, ze jestesmy tak piekni, czy wyjatkowi w jakiejkolwiek dziedzinie.
    Nie, naprawde szukam w pamieci i nie przypominam sobie zeby kiedys ludzie zyli pod taka presja. Mamy czasy mody na sukces, calkowita wiare w przekonanie ze wszystko co nam sie przydarza i to jacy jestesmy zalezy tylko i wylacznie w 100% od nas. Skoro zalezy tylko i wylacznie od nas to czemu nie jestesmy lepsi? Madrzejsi?Fajniejsi? czemu nie osiagamy wiekszych, takich spektakularnych sukcesow? To wszystko polaczone z ta presja bycia dawca, bo tylko dawanie czyni nas osoby wartosciowe i zaslugujace na: milosc, sympatie, przyjazn, szacunek, zauwazenie, troske itd itd. sprawia ze mam wrazenie coraz wiecej ludzi czuje sie…wlasnie nikim…Bo zycie, istnienie, bycie czlowiekiem zupelnie, zupelnie juz nie wystarcza.

    Wiele z przekonan ktore opisuje ma swoje dobre strony, jednak tu pojawia sie problem – dzis nikt nie ma czasu ani ochoty by w cokolwiek wnikac. Polykamy stwierdzenia i cytaty jak chory tabletki, upraszczamy wszystko, nie prubujac nawet dostrzec ze wszystko ma tez drugie dno. Istnieja dzis tylko skroty myslowe, i mamy to co mamy. I tak, moze i dobrze jest wierzyc ze kazdy z nas jest kowalem swojego losu, to motywuje, jednak kiedy zupelnie odrzucimy swiadomosc ze nie do konca tymi kowalami jestesmy, nie zawsze, nie wszedzie, zaczynamy krzywidzic i siebie i otoczenie. Skroty myslowe i uproszczenia – wrog i niszyciel naszych czasow. Nikt nie chce widziec drugiego dna. Nie, nie jestemy w 100% kowalami wlasnego losu a swiadomosc tego nie powinna posadzic nas na kanapie i dac pozwolenie na nierobienie niczego ze swoim zyciem a powinna z kolei wprowadzic w nasze zycie to czego tak bardzo nam dzis brakuje – balans i wieksze zrozumienie a takze akceptacje tego ze jestesmy tylko ludzmi wiec moze nie powinnismy oczekiwac od siebie az tak wiele? Ze wiele rzeczy jest jednak poza nasza kontrola, to fakt bez wzgledu na to jak bardzo chcielibysmy wierzyc ze jest inaczej. A ludzie to nie sa pionki na planszy do gry, sluzace nam tylko w szybkim i triumfalnym dotarciu do mety, ktore maja sluzyc, nauczac, rozswietlac zawsze droge a jesli tego nie robia moga byc wyrzucone i zastapione zwyczajnie innymi.
    Ja wciaz jeszcze mam problem w to zeby sama siebie przekonac do tego co mowie, poniewaz wiekszosc czasu czuje sie zupelnie bezwartosciowa i boje sie ze gdyby bezdomna chociazby osoba zapytala mnie czy powinna dalej zyc, nie potrafilabym jej szczerze do tego zachecic – tak, jestem ofiara myslenia ze musimy zasluzyc sobie nawet na zycie..
    Podczas gdy nawet konstytucja zapewnia ze kazdy z nas, najzdolniejszy pisarz, utalentowany kompozytor, przepiekna modelka a takze tez bezdomny sa calkowicie rowni.
    Cos sie uwazam musi zmienic, nie wiem czy wybuchnie wojna, czy jakis inny kataklism. Wydaje mi sie ze ze zabrnelismy za daleko. Patrzymy na innych jak na przedmioty to poprawiania nam nastroju i nie dostrzegamy nawet kiedy myslenie to zaczyna niszczyc nas samych, bo nagle okazuje sie ze mamy tak srogie kryteria wobec innych ze nawet siebie nie potrafimy pokochac, tak zwyczajnie, za to ze jestesmy, za to ze mamy krzywe zeby i seplenimy, i za to ze najprawdopodobniej nigdy w niczym nie zrobimy zawrotnej kariery a moze skonczymy na kasie w warzywniaku..Tylko..tylko ze ja uwielbiam moja pania Grazynke z lokalnego warzywniaka, uwielbiam tez pana Tadzia – stroza w naszej pracy. Wedlug najnowszych mod i kategorii sa nikimi, niczego w zyciu nie osiagneli ale ja wiem ze mimo to ze pan Tadzio jesy lysy i ma duzy brzuch a pani Grazynka niemodna trwala i zniszczona twarz i nawet mimo ze nie zawsze maja dobry humor czy chce im sie rozmawiac – ja wiem ze moje zycie bez tych kilku spojrzen dziennie, czy rozmow od czasu do czasu nie byloby az tak piekne.

    Przepraszam za ten esej, pewnie nie ma sensu, nie potrafie ladnie i ze skladem tego wszystkiego przekazac tak ladnie jak ty Rienn..

    1. a ja bywałam w sezonach letnich „pania Grazynka z warzywniaka” a dokladniej – z rynku i ubostwialam tą pracę. Wstajesz o świcie, w drodze do pracy oglądasz wschód słońca, na giełdzie kręci się w głowie od nadmiaru kolorów i „flirtu” z rolnikami i hurtownikami, później strategia jak to wszystko poukładać, wycenić, wyeksponować, pogaduszki z klientami na świeżym powietrzu przez cały dzień i lokalnymi kwiaciarkami plus czas na książkę i kawę albo przerwę w pobliskim parku pod kasztanowcem (chyba, że masz non stop ruch) i ciekawy punkt strategiczny na obserwacje socjologiczne, wieczorem liczysz kasę (ciekawszą niż w przypadku wielu innych wykonywanych prac). Kochaj to conrobisz, rób to co kochaj. Mnie uszczęśliwa bycie, jak to określiłaś, dawcą. Biorę chętnie, ale raczej nie oczekuję tego od innych, a jakiś czas temu nie mogłam dojść do siebie ze wzruszenia gdy dostałam nieoczekiwanie odrobinę troski. Co do Twoich przeżyć: „to życie – najlepszy nauczyciel w kość dało”. Bardzo fajny komentarz. Pozdrawiam Cię

      1. Dziekuje Joasiu!
        Chcialam troszeczke sprostowac, bo w tych moich wywodach mogl sie jednak troche zagubic sens..
        Doskonale rozumiem ze moglas uwielbiac swoja prace sprzedajac warzywa na rynku. Ja do dzis uznaje ze praca kelnerki sprawiala ze bylam najszczesliwsza.
        Problem polega tylko na tym ze spoleczenstwo dzis obawiam sie, wrzuciloby nas obie do worka z napisem ‚nieudacznik’ gdybysmy ciagle tkwily w tych profesjach.
        Co do bycia dawcami – nie mialam tu na mysli bycia osoba ktora chce pomagac, wspierac I robi to bo czuje ze chce. Mi tez to wszystko sprawia ogromna przyjemnosc. Czujac ze moge pomoc czuje sie spelniona.
        Piszac o byciu dawca powyzej, mialam jednak na mysli cos innego, a mianowicie to ze ludzie dzis traktuja sie I cenia mam wrazenie tylko za to ile mozemy im dac. Te wszystkie powiedzonka o otaczaniu sie TYLKO inspirujacymi I pozytywnymi osobami, osobami od ktorych mozemy sie czegos nauczyc itd. Mamy, wedlug tej zasady wogole nie przejmowac sie tymi ktorzy nie spelniaja tej roli – oni sa nam niepotrzebni a czlowiek, drugi czlowiek ma byc nam zawsze potrzebny w kreowaniu naszego szczescia, sukcesu, powodzenia itd.
        Problemem nie jest bycie dawca samo w sobie, to jest piekna cecha. Problemem jest zalozenie ze drugi czlowiek ma nam sluzyc, zawsze a jesli nie sluzy to .. no wlasnie, to zwykly nieudacznik ktorym nie warto zawracac sobie glowy a nawet jesli gdzies tam tla sie lekkie wyrzuty sumienia, otoczenie podpowie ze niepotrzebnie bo najwazniejsze jest to ze MY mamy byc szczesliwi a w tej pogodni za szczesciem w sumie z nikim nie warto sie ponoc liczyc.
        W ten sposob nie ma miejsca na pania warzywniaka ktora moze ma depresje bo jej maz pije a pensja nie wystarcza na zycie – ona dzis nie zostanie doceniona. Ona uslyszy ze przeciez jest kowalem swojego losu i to jej wina ze ma meza pijaka – sama sobie wybrala a przeciez w mysl zasady mogla wybrac lepiej, lub zawsze moze go zostawic. Do tego czemu narzeka na brak pieniedzy. Przeciez jest zalosna, mogla zrobic doktorat z fizyki, kazdy moze jesli tylko chce. Widocznie nie chciala. Czujmy sie wiec usprawiedliwieni zeby uznac taka pania za marnotrawce tlenu, nieudacznika, nie wartego naszej uwagi. Nie jest inspirujaca, nie rozsmiesza nas na codzien i nie ciagnie w gore, wrecz przeciwnie, moze wzbudza w nas niewygodne kielkujace uczucie ze trzeba by powiedziec jej kilka milych slow wsparcia a to taaakie niewygodne i marnuje nasza energie ktora moglibysmy zuzyc TYLKO NA SIEBIE.
        Przeciez wracajac do punktu wyjscia kazdy wie ze ‚madry’ czlowiek nie zawraca sobie glowy takimi ludzmi, bo oni nic nie wnosza w nasze zycie, a skoro nie wnosza, mozna ich ignorowac i w sumie traktowac jak podludzi.
        Problem w tym wszystkim polega tez na tym ze wydaje mi sie ze gdzies w podswiadomosci zaczyna to zradzac w nas coraz wiekszy lek przed tym ze kiedys i my znajdziemy sie w takiej sytuacji. Im bardziej wierzymy w powyzsze przeslania tym wiekszy czujemy lek przed byciem ‚zwyczajnym czlowiekiem’ ktory ani specjalnie moze nie inspiruje ani nie ciagnie w gore a moze i czasem potrzebuje wsparcia. Skoro sami zgadzamy sie ze zdrowo jest nie otaczac sie takimi ludzmi a tylko takimi ktorzy inspiruja, ciesza i bawia to sami ciagle zyjemy w leku ze spoleczenstwo uzna nas ze w ich oczach nie nalezymy do tej grupy. Mam wrazenie ze zupelnie zatracilismy pojecie co oznacza i jak wielka wartosc ma zwykle ‚bycie’ i nasze i innych dookola. Tak bardzo skupiajac sie na sobie, na byciu lepszym, fajniejszym, szukajac tak mocno sposobow by to osiagnac, wylewamy dziecko z kapiela. Krzywidzmy innych traktujac ich w sposob ktory opisalam a nie zdajemy sobie nawet sprawy ze czesto w podswiadomosci myslenie takie zaczyna kielkowac w odniesieniu do nas samych.
        Czujemy wiec presje, coraz wieksza presje, nie taka zeby byc dawcami w sensie pomagania, ale dawcami w sensie ciaglego bycia na topie, na byciu kims, byciu inspirujacym, zawsze pozytywnym itd. Nikt dzis nie mowi o tym ze wystarczy byc, ze dla kazdego jest miejsce w spoleczestwie a o naszej wartosci nie powinno zupelnie decydowac to jak bardzo oryginalni, pelni sukcesow jestesmy.

        Boli mnie ze dzis musimy byc ‚kims’ pod kazdym wzgledem zeby udowodnic reszcie i sobie ze jestesmy cos warci a wydaje sie ze jestesmy dzis tyle warci ile potrafimy ta wartosc udowodnic osiagnieciami.

    2. Uważam, że powinniśmy się trzymać tylko tych osób, które nas inspirują i uszczęśliwiają. Tyle, że nie zawsze chodzi o jakąś wybitną postać, dla mnie może to być na przykład koleżanka, z którą mi się dobrze rozmawia. Nie widzę sensu w znajomościach, które ranią i nie sprawiają przyjemności. Przy czym oczywiście, zdarzają się gorsze momenty, wtedy się wspierajmy. Ale jeśli ktoś jest świadomym i dobrowolnym twórcą przykrych momentów w moim życiu – obędę się bez niego.
      Zgadzam się, że nie do końca jesteśmy kowalem swojego losu. Jeden rodzi się bogaty, inny biedny i nigdy nie będzie miał tych samych szans. Możemy jedynie próbować być najlepszą wersją siebie i starać się pokonywać przeszkody. Często się nie uda, nie z naszej winy.

      1. Zgadzam sie z Toba calkowicie co do unikania osob, ktore krzywdza, niemniej jednak to o czym pisalam dotyczylo czegos zupelnie innego, a mianowicie tego calego srodka ktory bardzo czesto staje sie ofiara takiego myslenia. Sa wiec osoby ktore nie sa ani zle ani toksyczne, nie sa tez jednak cool, nie sa w stanie nas inspirowac bo byc moze to my inspirujemy ich – takich w mysl tej zasady odtraca sie z czystym sumieniem najczesciej.

        Coraz czesciej tez niestety nie wspiera sie tych ktorzy nam pod wieloma wzgledami odpowiadali, jednak zycie jak to zycie, bywa przewrotne i ktos kto byl cool, pozytywny, inspirujacy czasem moze przestac taki byc – co nie znaczy ze nas krzywdzi. Ot, przestal dawac, przestalismy miec z niego pozytek. Dzis wlasnie ten pozytek z drugiego czlowieka rozumiany jest jako podstawowy faktor gdy mowi sie o zasadzie otaczania sie ludzmi ktorzy czynia nas szczesliwymi. Nie takie mialo byc zalozenie tej zasady obawiam sie.
        Podstawa jej bylo nic wiecej ponad to co opisalas – odzucenie zla i zlych ludzi i z naszego zycia.
        Zasada z natury dobra i piekna, zostala jendak przeksztalcona w cos co przypomina mi kolekcjonowanie uzyteczne nam osoby jak pokemony w grze. Tutaj jakis karierowicz, tutaj ktos z kasa, tu ktos z towarzystwem a tu ktos kto rozbawi, tu ktos cool z kim fajnie wychodzi sie na zdjeciach z instagrama i mozna zalapac na fajna impreze itd. Ludzie zyjacy wedlug tych zasad odrzucaja nie tych ktorzy ich rania i sa toksyczni,, oni odrzucaja wszystko co nie jest waluta ktora mozna wymienic na jakas atrakcje i potencjalny zysk – ten niematerialny tez.
        Skonfrontowani mowia zwyczajnie – przeciez kazdy wie ze nie ma sensu otaczac sie ludzmi ktorzy nas nie uszczesliwiaja. Jestes dobra, mila osoba ale ja chce zebys mi cos dal. Ty jako ty, nawet ten dobry, mily, cieply to jest dzis nic takie byle co, nie jestes kims a ja musze sie otaczac tylko tymi ktorzy pociagna do gory. To mi trzeba dawac, ja nie mam zamiaru dawac nikomu.

        1. Rien, świetny wpis, ale muszę przyznać, że wypowiedzi Mags też mnie dogłębnie poruszyły.

          Nawet starając się „zrobić karierę” (w jakimkolwiek zawodzie – w sensie, robiąc to co się lubi, będąc chociażby kelnerką czy sprzedając warzywa), mamy też gorsze i mniej produktywne dni, czasami okresy załamania. Wówczas boję się przyznać do swojego kiepskiego stanu, mówiąc zawsze, że u mnie wszystko przecież świetnie, bo jak okażę słabość, to przestanę być interesująca dla otoczenia. Zamykam się w sobie i budzi się we mnie tylko coraz większa frustracja, że muszę być szczęśliwa i odnosić sukcesy, i najlepiej mieć zawsze dobry humor, patrzyć na wszystko z nadzieją i być zawsze pozytywna. Mam wyrzuty sumienia, że zjadają mnie trudne emocje (smutek, brak nadziei, rozczarowanie) – w końcu nie powinnam ich odczuwać. Nie wypada o tym mówić, ani prosić nikogo o wysłuchanie, a już na pewno nie wsparcie. Trzeba się uśmiechnąć i powiedzieć „tak, wszystko u mnie super!”.

          Dzięki za te przemyślenia.

      2. Dodam jeszcze ze nie tylko ta zasada ulegla dzis wielkiemu uproszczeniu, wrecz chorej deformacji, ktora zaprzecza jej oryginalnemu sensowi. Jedne z tych ktore doswiadczylam na wlasnej skorze lub bylam bliskim swiadkiem:
        – Prawdziwi przyjaciele moga nie rozmawiac latami a gdy spotkaja sie ponownie, nie ma pretensji a wiez jest taka jak kiedys. Dzisiaj – Nie musze inwestowac w przyjazn, nie musze wkladac wysilku w druga osobe i relacje. Spotkamy sie po latach i wszystko przeciez bedzie wygladac tak samo a jak nie bedzie to wina drugiej strony.
        – Dziecko najwazniejsze – Dzisiaj – nikt nie jest wazny tylko moje dziecko, nie musze sie wiec juz z nikim liczyc
        – Przyjaciel niczego nie oczekuje – Dzisiaj – Prosisz mnie o pomoc w czyms takim jak chocby odebranie ze szpitala gdy nie mam do kogo zadzwonic a slaniam sie na nogach po operacji? Zrobie ci afere ze przyjaciel przeciez niczego nie oczekuje, wiec czemu ty oczekujesz ode mnie zebym marnowala wieczor na robienie czegos dla ciebie. nie jestes prawdziwym przyjacielem
        – wspomniane otaczaj sie ludzmi ktorzy czynia cie szczesliwymi – jestes ok, lubisz mnie, zalezy ci ale w sumie nie masz ani kasy, ani stylu ani znajomosci a moze nawet problemy. Moze jeszcze mam cie wysluchac i wlozyc wysilek w znajomosc? Ale to wysilek a wysilek wobec innych nie czyni mnie szczesliwym. To w koncu wysilek wiec odejdz jestes toksyczna, nie dajesz mi szczescia.

        Mysle ze jest tego niestety duzo, duzo wiecej.W centrum wszystkiego stoi jedno wielkie ‚Ja’ a potrzeba empatii i dania czegos z siebie utozsamiana z ta toksycznoscia ktorej trzeba unikac. Kiedys mowilo sie ze o ludzi trzeba dbac. Ze warto byc czasem altruista, zaponiec na chwile o sobie, podac reke komus, pomyslec o kims nawet jesli cos sie na tym traci. Kiedys to bylo dobro na ktore inni zasluguja. Dzis rozumie sie to jako toksycznosc ktora czycha by zsabotowac nasze wlasne szczescie.

        A to wszystko po drodze, przy okazji niszczy takze nas..Bo ciagle zyjemy w leku przed byciem zwyklym czlowiekiem ktory moze byc niedoskonaly i przez ta swoja nie do zaakceptowania niedoskonalosc uznany zostanie za toskyczny odpad ktoremu nie oplaca sie poswiecac ani uwagi ani czasu.

  5. Też tak mam – wyrzuty sumienia, gdy kupuję w sieciówkach, które szyją w Bangladeszu czy gdy zdarzy mi się zjeść mięso albo kupić coś ekstrawaganckiego (że mogłabym tą kasę przeznaczyć na chore dzieci). Trzeba umieć znaleźć równowagę.
    Co do dążenia do bycia wyjątkowym i robienia kariery – straszne bzdury to są. Robienie kariery zostawiam biznesmenom, wybitnie utalentowanym jednostkom i dzieciom wychowywanym przez chińskie matki (5-letnie skrzypaczki itd), a wyjątkowy jest każdy z nas od urodzenia. Widziałam kiedyś taki żart obrazkowy – gościu tak się spieszył na wykłady o pomaganiu, że olał ludzi spotkanych po drodze, którzy potrzebowali pomocy. Moim zdaniem „kariera” to efekt uboczny robienia czegoś dobrze. Róbmy dobrze to co umiemy i lubimy, a będziemy szczęśliwi i spełnieni. Nie każdy z nas jest Anją Rubik. Ale

    1. Oj nie, karierę może robić każdy, tyle, że kariera nie oznacza koniecznie blichtru, kasy i lansu. Lekarz robi karierę będąc świetnym specjalistą i wciąż dając z siebie więcej, podobnie fryzjer, sprzedawca, rysownik, kierowca, każdy. To nie to samo, co po prostu wykonywanie pracy, ale pewien, hm, „drive”, łakomstwo życia i przygody, nawet w codzienności. I to jest dobre. Znam osoby, które są bardzo utalentowane i grzęzną w codzienności, bo nie umieją się zabrać efektywnie za karierę właśnie. Wolą narzekać i robić cały czas to samo niż podjąć odważniejsze kroki. Niemiło się na to patrzy.

      1. Ale nie przyszlo ci do glowy Rienn, ze te osoby ktore grzezna w codziennosci moze potrzebuja inspiracji ktorej I ty sama szukasz w innych? a moze potrzebuja, jak to ludzie, pomocy,wsparcia, motywacji, ktora ty moze masz skad czerpac a oni nie? A moze potrzebuja zwyklego poglaskania po glowie bo tak sie zagubili ze juz nie wiedza co robic wiec z tego wszystkiego nie robia nic? Oni wtedy potrzebuja tylko akceptacji bo wielu nienawidzi siebie za to ze tak wlasnie zyja.
        Niektorzy nie zostali przez rodzicow, dziecinstwo wyposazeni w tego typu umiejetnosci, niektorzy cale dziecinstwo slyszeli ze sa do niczego I dzis nie potrafia jak inni w sposob wspanialy, zawsze pozytywny I z tym drivem pchac sie do przodu. Niektorzy zmagaja sie z demonami zalamania czy depresji. Czlowiek ktory ma potencjal a nic z nim nie robi narzekajac to moze byc kazdy z powyzszych przykladow, ktory z boku wyglada jak zwykle lenistwo I wygodnictwo a czesto jest czyms zupelnie innym.
        To ze niektorzy nic z tym nie robia czasem tez nie swiadczy o niczym innym jak tym ze zwyczajnie sie poddali I nie wierza ze sa czegokolwiek warci.
        Wlasnie tu, wkraczaja przyjaciele, znajomi, bliscy. Wlasnie tu moga zdzialac cuda. Terapia terapia ale wiem ile znaczy bliska osoba ktora kiedy ty przestajesz wierzyc w siebie I wszystko zawalasz wierzy w ciebie za was obie I daje ci tego dowod poswiecajac swoja radosc I dobry czas na twoje smutki I nawet w kolko te same narzekania. Bo niktorzy zwyczajnie chca poczuc ze ktos ich wyslucha I mimo wszystko zaakceptuje, nawet gdy nie sa weseli inspirujacy I ciekawi. I ze nie bedzie to tylko I wylacznie ktos komu za to zaplaca. Ludzie bardzo potrzebuja tych ktorzy sa z nimi nawet jesli nie maja tego drvie. Moze zwlaszcza wtedy kiedy go nie maja bo najczesciej oznacza to ze wtedy tego wsparcia potrzebuja od nas najwiecej
        Smutno mi sie zrobilo czytajac twoje komentarze..Moze sie myle I prosze nie obraz sie, nie chce cie krytykowac ale odnioslam wrazenie ze jednak..jednak chyba wlasnie instrumentalnie podchodzisz do ludzi, zupelnie jak to opisywalam wczesniej.
        Mam wrazenie ze jednak jestes jedna z tych osob ktore myla toksycznosc ludzi z tym ze maja problemy a my osoby z boku jesli mamy odrobine serca mamy obowiazek im pomoc – nie ponizac, gardzic, oceniac w stylu – ja moge a im sie zwyczajnie nie chce. Toksyczni tacy.
        Jestes bardzo niesprawiedliwa piszac tak o ludziach. Ludzie to tylko ludzie. Nie wiesz co w nich w srodku siedzi, co powoduje ze tacy sa. Nie wiesz jaka sama bys byla majac ich doswiadczenia I limitacje niewidoczne dla twojego oka.
        Wiem ze jestes alfem pogardy, ale prosze nie gardz innymi w taki sposob. Ktos bez powera I pozytywizmu to moze byc czlowiek w depresji dla ktorego warto poswiecic swoje szczecie I posiedziec z nim czasem w jego depresyjnym kacie. Czasem mozna sie naparwde zaskoczyc ze z takiego dawania, niby nieprzyjemnego mozna jednak wiecej zyskac niz z ciaglego egoistycznego brania I oczekiwania ze ci ktorzy sa obok maja tylko byc swiatlem w moim zyciu, ukrytego pod ladnym haslem inspiracji.

        1. Toksyczny to nie znaczy niepozytywny, introwertyczny i z kłopotami. Znam mnóstwo wspaniałych osób, które potrzebują wsparcia, mają problemy ze sobą i wciąż walczą z demonami. Żadna z nich nie jest toksyczna. Toksyczny oznacza zatruwający sobą.

          Są osoby, którym trzeba i warto pomóc i takie, które ciągną w dół, chociaż próbujesz im pomóc raz, drugi i trzeci. Jeśli wracam z kolejnego spotkania z kimś i z żalu chcę płakać i jest mi fizycznie źle, to nie jest dobre. I nie mam żadnego moralnego obowiązku poświęcać się jeśli nie widzę nadziei. W samolocie jest taka zasada, że zakładasz maskę z tlenem najpierw sobie, a później tym, którzy mogą potrzebować pomocy.

          Myślę, że troszeczkę za mało mnie znasz, żeby pisać o mnie w ogóle cokolwiek. Nie siliłabym się na tego typu analizy.

          1. Ale z żalu chce sie często płakać gdy ma sie odczynienia z kimś kto ma choćby zaawansowana depresje i nie widzi ze pogoda piękna, ze fajnie jest. To znaczy ze mamy te osoby porzucić bo nam niwygodnie? Bo nam wtedy z nimi niefajnie? Bo przy ich smutku i nam smutno?Spędzanie czasu z ludźmi którzy nie odmieniają swojego życia po 3 naszych radach zawsze sa wyczerpujące i psychicznie męczące. Tak samo jak kontakt z kimś w świeżej żałobie czy po innej tragedii. Tacy ludzie nie poczują sie lepiej po naszych kilku radach a nam z bezsilności i kontaktu z ich bólem tak będzie chciało sie wyć. Tylko ze uciekanie od tego bo nieprzyjemne jest właśnie egoizmem i uważam ze przykład z maska tlenowa akurat tutaj jest zupełnie nietrafiony. Pomysł o tych wszystkich ludziach którzy pracują w hospicjach chociażby i pływają w czyichś tragediach na co dzień. Czy sadzisz ze sa odporni na ten ból od dnia pierwszego? Ze nie udziela im sie rozdzierający smutek? Dzieki Bogu jednak MIMO tych uczuć wiedza ze ci ludzie zasługują na pomoc dlatego to robią. To sa wielcy ludzie ale ta sama zasada panuje w stosunku do bliskich którzy w tym swoim bagnie sie taplają i być może zajmie im to więcej niż 3 dobre rady.. Pomoc innym to wybór, mimo bólu i dyskomfortu bo na dłuższa metę daje to jednak dużo dibrego nawet temu który pomaga. Bo pomoc człowiekowi w problemie jest jak praca nad czymkolwiek w co wiemy ze warto inwestować. Jesli wierzymy w czyjaś wartość nie pytamy ile nas to będzie kosztować tylko pomagamy, inwestujemy. Ty jednak ciagle skupiasz sie tylko na sobie, mowisz o swoim samopoczuciu swojej wygodzie zupełnie gdzieś po drodze pomijając ze ci ludzie sa warci naszego wysiłku i nikt nie powiedział ze będzie miło i przyjemnie. Bo jak ciągniesz kogoś z bagna raczej musisz zapomnieć o ładnej sukience i zaakceptować fakt ze tez z pewnością sie wymarzesz. Człowiek który widzi wartość w innych ma empatię i jest empatyczny widzi ze warto sie pobrudzić, nawet zniszczyć ulubiona sukienkę bo po drugiej stronie stoi człowiek. Ty jednak ciagle powtarzasz ile mozesz stracić i ze ci sie zupełnie nie opłaca. W sumie dziwie sie takiemu podejściu tym bardziej ze wiesz co to depresja, nie wiesz tylko co jeszcze przyniesie życie i może kiedys ktoś spojrzy na ciebie i powie- ale ja nie chce sie nia przejmować bo to wcale nie jest przyjemne, uczestniczenie w czyichś problemach wrecz boli wiec po co mi to. Leniwa pewnie skoro sobie nie radzi nic mi to tego. Weź pod uwagę ze wbrew temu co myślisz i jak myślisz ty tez kiedys mozesz sie znaleść pi drugiej stronie i zwyczajnie zastanów sie jakbyś sie czuła gdyby kazdy umywal od ciebie ręce bos ciagle smutna bo mimo 2 dobrych rad nic sie nie zmieniło.. Gdyby twój smutek ludzie zaczęli traktować jak trąd od którego trzeba wiać i jeszcze z pogarda powiedzieć ze to toksyczność i lenistwo bo jie przechodzi szybko bo mimo naszych rad osoba ciagle E punkcie wyjścia. Nie zapominaj jednak ze te nasze rady sa czasem dla innych jak o kant tyłka potłuc bo nie rozumiemy dokładnie przyczyn problemów. Zauważyłaś ze psycholog nie radzi, a przecież ma za zadanie pomoc…. Nie analizuje cię. Tylko mowię o tym co rzuca mi sie w oczy z twoich wypowiedzi. A rzuca sie to ze wartość człowieka kończy die tam gdzie kończy sie twój komfort..

          2. Nie mam pojęcia o co Ci dokładnie chodzi w kilometrowych i pozbawionych jakichkolwiek konkretów komentarzach i zaczyna mi się wydawać, że Ty też nie masz. I to jest ten moment, kiedy dyskusja nic mi nie daje i wolę zająć się czym innym.

          3. Nie potrafie pieknie pisac. Mysle ze podalam wiele konkretow i kto chce to zrozumie. Widze jednak ze moja nieidealnosc pisania razi cie tak samo jak nieidealnosc innych. To jednak nie jest przyjazne miejsce. Pozdrawiam i zegnam.

          4. Moim zdaniem potrafisz pięknie pisać. Twoje komentarze bardzo mnie poruszyły, dziękuję Ci za nie. Zgadzam się z każdym Twoim słowem. Nie pozwól NIKOMU zmienić tego, w jaki sposób widzisz świat.

          5. Havana…Jeszcze nigdy od nikogo nie uslyszalam czegos podobnego. Jestem Ci bardzo wdzieczna. Nikt sie jeszcze nigdy nigdzie za mna nie wstawil a ja choc niby mowie i pisze z przekonaniem, zawsze gdzies tam w glebi duszy mysle czy to z moim postrzeganiem swiata cos jest nie tak, skoro wydaje sie byc w takiej mniejszosci. Dziekuje Ci wiec potrojnie – za mile slowa, za poparcie a po trzecie – za to ze chcialas to tutaj wyrazic bo nie musialas. Dziekuje raz jeszcze a twoj slowa znacza dla mnie bardzo, bardzo wiele.

          6. Widzisz, i tą wypowiedzią udowodniłaś, że sama jesteś jedną z osób, które sprawiają, że ludzie czują się, tak, jak opisujesz to w tekście.Mogłabyś teraz napisać jeszcze poradnik, jak w dwóch zdaniach kogoś zdeprecjonować- bo to właśnie zrobiłaś Mags. Wiem, że fakt, iż tracisz czytelniczkę nie zrobi na Tobie wrażenia, bo nie raz już to komunikowałaś. Ale w tym momencie wraz ze mną tracisz osobę, która Ci ufała i kibicowała. Jakkolwiek, w tym przebłysku szczerości w stosunku do Mags udowodniłaś, że takich rzeczy również za bardzo nie szanujesz. Szkoda.

          7. Nie robi na mnie wrażenia, kiedy ktoś mówi, że nie będzie mnie czytać, bo nie jestem od tego, żeby się każdemu podobać. Stwierdzenia, że ktoś już nie wróci uważam za emocjonalny szantaż. Trochę poniżej pasa.

            Nie podoba mi się natomiast, kiedy ktoś spędza bardzo dużo swojego cennego czasu próbując mnie skłonić do przyznania mu racji, a kiedy jej nie przyznaję próbuje udowodnić, że gardzę ludźmi. Super miłe, nie? Serio, nie musimy się zgadzać, co nie znaczy, że jestem najgorszą suką. No nie widzę sensu takich konwersacji. Ani Mags mnie nie zna, ani Ty mnie nie znasz, widzicie minimalny procent mojej egzystencji, a internetowe komentarze mają to do siebie, że każdy czyta je tak jak mu się podoba, a potem następują pasywno-agresywne debaty i inne shitstormy, na które szkoda mi mojego i Waszego czasu. Myślę, że mamy przyjemniejsze rzeczy do roboty. Jeśli ktoś powie mi, że gardzę ludźmi i jestem okropna patrząc mi prostu w oczy po dłuższej rozmowie, przyjmę to na klatę i się przejmę. Ale nie przerzucajmy się ciętymi ripostami w internecie, bo ani nie są oparte na powierzchownej chociaż znajomości zainteresowanych osób, ani nie jest to dla żadnej strony przyjemne.

          8. Nikt nie mówił, że jesteś suką, ani nie kazał Ci przyznawać sobie racji. Nikt też, oprócz bliskich Ci znajomych, nie będzie wnikał w prawdziwą głębię Twej istoty. Oceniamy dysonans pomiędzy tym, co piszesz i tym, jak potrafisz w dwóch zdaniach kogoś zdeprecjonować, bo udowodnił Ci niespójność.

            Tu nie chodzi o cięte riposty, tylko o wymianę opinii i dyskusję- bo taki, wydaje mi się, jest cel komentarzy pod postem, zwłaszcza za pośrednictwem, nomen omen, Disqusa?? Jakkolwiek, bez emocjonalnych szantaży bynajmniej, ale przyznaję Ci rację, że ani się nie przekonamy (nie o to zresztą chodziło), ani nie zrozumiemy. Zatem nie będę Cię już odciągać od rzeczy przyjemnych. Peace.

      2. Tak właściwie, chodziło mi mniej więcej o to samo…właśnie chodziło mi o karierę taką powiązaną ze sławą i/lub kasą. Mam wrażenie, że wszyscy do tego dążą, nieraz przegapiając przy tym rzeczywistość. Dobrze jest dążyć do wyznaczonego przez siebie celu. Ale jeśli lubisz to, co robisz, dobrze Ci to wychodzi i do pracy idziesz z zadowoleniem a nie z przymusu to moim zdaniem właśnie jest życiowy sukces.

  6. Mikrożycie (www.mikrozycie.pl)

    Mam bardzo podobnie do Ciebie. Często patrzę na ludzi, którzy są przyjaźni i z otwartością opowiadają o tym, czym się zajmują i nie potrafię odpowiedzieć tym samym. W efekcie tylko słucham. Dopiero potem okazuje się, że umiem to czy tamto, że blog może wcale nie taki beznadziejny a ten komin z futerka to sama uszyłam. Czasem pytam mojego chłopaka co on by powiedział w takiej sytuacji gdyby był mną. I to mi pomaga złapać dystans.
    Pozdrawiam!

  7. Bardzo ciężko docenić samego siebie, a łatwo ocenić innych. Często też ludzie podnoszą własną wartość, kiedy besztają innych. Szczególnie w czasach, kiedy internet ma tak naprawdę każdy i czuje się anonimowy. Ale naprawdę, jeśli sama siebie nie docenisz, nigdy się tak nie poczujesz. Trzymaj się!

  8. Czytam Twojego bloga od bardzo długiego czasu, jednak jeszcze nigdy nie pozostawiłam po sobie śladu w postaci komentarza. A dziś muszę. Po prostu muszę. W tych kilku słowach wyraziłaś duszę nie tylko swoją, ale ogromną ilość innych. To jest coś tak niesamowicie pięknego, realnego. Pisząc dla siebie, wyrażasz każdą osobę, która zmaga się z tymi wszystkimi myślami. Dziękuję.

  9. O tak. Oto wnętrze mojej głowy poukładane w akapity. „Nikt nie jest w
    stanie zjechać mnie bardziej niż ja sama”, nikt nawet nie próbuje, bo
    zawczasu wszystkich wyręczę. Zawsze przy postach o introwertykach, o
    melancholii, humor poprawia mi się o tyle, że to znaczy, że nie jestem
    sama. Jeśli nie jestem sama, to jest mnóstwo podobnych do mnie. Jeśli
    jest ich mnóstwo to nic nadzwyczajnego. Jeśli nic nadzwyczajnego to
    normalne. Jeśli normalne, to nie powinnaś wydziwiać, tylko zająć się
    prawdziwymi problemami, szmato.
    Co podziwiam i czego zazdroszczę, to
    że jesteś w stanie w ogóle patrzeć na terapeutkę. Może to moje
    doświadczenia z tym zawodem, może moja spaczona logika, ale ja nie
    jestem w stanie zaufać psychologom. Psychiatra, to jest poważny lekarz,
    ale ja nie mam schizofrenii, tylko mi trochę smutno. A psycholog, on
    tylko słucha. Sama umiem słuchać, nie? To przecież nie będę się
    wyspowiadać jakiemuś dziwakowi za pieniądze. Mogłabyś je wydać na
    prawdziwe potrzeby, szmato.

    1. Tylko, że psychoterapeuta może być z wykształcenia zarówno psychologiem, jak i psychiatrą, socjologiem, pedagogiem czy jeszcze kimś innym. Psychoterapeutą nie zostaje się przez sam fakt ukończenia studiów z psychologii czy specjalizacji psychiatrycznej na medycynie (przynajmniej tak to wygląda w Polsce). Żeby uzyskać odpowiednie uprawnienia terapeutyczne kończy się specjalne podyplomowe studia. Dlatego jak najbardziej można znaleźć „poważnego psychiatrę” i iść do niego na terapię i do tego nie trzeba być osobą chorą psychicznie. Polecam się przełamać, bo to naprawdę pomaga ułożyć w głowie różne rzeczy i nauczyć się radzić sobie ze smutkiem 🙂 mnie kompletne zaufanie teraputce zajęło prawie rok, a wiem, że są ludzie, którzy potrzebują jeszcze więcej czasu, ale było warto.

  10. „Zapytana o trzy cechy mojej osoby, które uważam za interesujące, nie potrafiłam wymienić żadnej.” – zastanawia mnie jak z takimi myślami przeszłaś wymagające rekrutacje w angielskiej korpo…? (Czego gratuluję) Czy może dobrze się maskujesz? Mam wrażenie, po moich rekrutacjach, że teraz trzeba być wszechpozytywnym wszechliderem rzygającym tęczą i fakt, że taki nie jestem znacznie mi utrudnia.

    1. Nigdy nie pisalam, ze pracuje w korpo. Sprawiam takie wrazenie? Ciekawe, ze wizerunek zyje sobie sam w sieci 🙂
      Pracuje w wydawnictwie, ktore zatrudnia okolo 30 osob, pracujemy z najwiekszymi spozywczymi markami na swiecie, ale sami jestesmy stosunkowo kameralni i znamy sie wszyscy dosc dobrze.
      Potrafie wymienic rzeczy, w ktorych jestem dobra przy rekrutacji. To nie sa te same cechy, ktore uwazam za jakkolwiek interesujace. Poza tym kwestie zawodowe i profesjonalne, a to czy ja czuje sie wartosciowa jako czlowiek w ogole, to dwie inne rzeczy. Nie powiem klientowi, ze jestem smieciem. Bede starala sie sprawic jak najlepsze wrazenie. Co nie znaczy, ze czuje sie dobrze.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry