dwujezycznoscipisanie
Riennahera

Riennahera

Językowa schizofrenia 3 – dwujęzyczność a pisanie

W poprzednim wpisie o językowej schizofrenii wspominałam o trudnościach, które przysparza mi pisanie własnej opowieści. Im więcej piszę i bardziej się na niej skupiam, tym te trudności są większe.

Blog nie jest specjalnie problematyczny, bo teksty piszę stosunkowo szybko, są zwięzłe i dobór słów nie przychodzi z wielkim wysiłkiem. Poza tym w zdecydowanej większości przypadków liczy się myśl, nie forma każdego zdania. Nie czuję presji, żeby były idealne. Blog jest czymś w rodzaju szkicownika. 

Pisanie prozy odczuwam zupełnie inaczej. Po pierwsze, to trochę jakby tłumaczyć na papier coś co widzę w głowie. Jestem pewna, że nie jestem w tym problemie odosobniona. Kasia Czajka opowiadała mi, że przy pisaniu swojej książki największe problemy miała z ukazaniem, że ktoś wstał, przeszedł kawałek, podszedł gdzieś, przemieścił się. Pewnie większość piszących boryka się z tym problemem. Przecież ja wiem, że on do niej podszedł, JA to widzę, to chyba wszyscy powinni. Widzenie jest dużym utrudnieniem, bo widzę sposób, w jaki ktoś wydyma usta, widzę jakie ma spodnie, szalik, kurtkę, włosy, jak układa się sukienka i jak światło pada na piegi. Co do pewnego momentu może być przydatne w tworzeniu ładnych obrazów i przekazywaniu ich w ładnych zdaniach. Na którymś etapie łapię się jednak na tym, że efektowność jakiejś sceny zależy od tego jak jest wyreżyserowana w mojej głowie. Kto gdzie stoi, jak się spojrzy, jak wygląda, kiedy coś powie, a jak kiedy nie powie. Widzę oponę i słyszę dźwięk, jaki wydaje na podjeździe do wielkiej rezydencji. Widzę dokładnie ile pokoi ma ta rezydencja, jak jest urządzona, ba, znalazłam nawet jej zdjęcia w internecie i wiem ile kosztuje. I jesteśmy nagle w filmie lub serialu, którego środki wyrazu nie do końca dobrze tłumaczą się na prozę.

Pisząc coś, od czego wymagam większego wyrafinowania niż od krótkich blogowych szkiców, zaczynam uważać, że poprzez dwujęzyczność zyskujesz co prawda nowe horyzonty i punkt widzenia, ale tracisz również lekkość i pewność siebie. I to w zupełnie oczywistych sprawach. Nie mam pojęcia w jaki sposób jedna postać powinna wyznać drugiej miłość. “I’m in love with you” jest proste, wręcz banalnie proste i rozwiązuje wszelkie niedogodności formy. Wyznanie “kocham cię” wydaje mi się o wiele mniej ostateczne i zdefiniowane. Nie stajesz komuś w drzwiach i nie mówisz nagle “kocham cię” z tym samym skutkiem emocjonalnym, co gdyby stanąć i powiedzieć “I’m in love with you”. Po polsku czegoś mi brakuje. Potrzebuję czegoś jeszcze. A może wcale nie?

“You’re such a dick” jest co prawda wulgaryzmem, ale to też fraza, którą od biedy da radę powiedzieć w żartach do kolegi z pracy w obecności szefa i nikt się nie obrazi. “Ale z ciebie fiut” już niekoniecznie. Wyobrażam sobie scenę, w której podczas niebezpiecznej sytuacji zdenerwowany policjant mówi do przechodniów “get the hell out of here” i nie ma w tym specjalnej pogardy czy wulgaryzmu, ale “spadajcie stąd” już mi tak nie dźwięczy. Potrafię spędzić pół godziny zastanawiając się czy “masz śliczne piegi” czy też “podobają mi się twoje piegi”. Jakkolwiek rozkoszne byłyby te piegi, spędzanie nad nimi takiej ilości czasu jest mało efektywne. A ja i tak nie czuję różnicy w tych zdaniach. 

dwujezycznoscipisanie

Nie wiem do końca dlaczego moje postaci mówią do mnie po angielsku. Podejrzewam, że ma to związek z moimi studiami i pracą. Studiowałam Film and Television Studies i historię po angielsku, więc siłą rzeczy wszelkie analizy, eseje i zaliczenia pisałam w tym języku. Jest to chyba dla mnie język myślenia o opowieściach jako takich. Gdybym miała wyjaśniać komuś struktuer średniowiecznego dworu, nie miałabym nawet polskich słów na określenie pewnych profesji czy pomieszczeń. Moje patrzenie na filmy i seriale jest przesiąknięte anglosaskimi wpływami zarówno pod względem preferowanych twórców jak i znanej mi teorii (jeśli pominąć wpływy francuskie, ale to już zupełnie inna historia). W końcu wszystko co robię w pracy wymaga biegłości i kreatywności w rozmowie i negocjacjach. Oczywiście po angielsku. Spędzam w pracy jakieś dziewięć godzin dziennie słysząc wyłącznie angielski i myśląc po angielsku. Dla porównania z mężem spędzam mniej czasu, a sama rozmowa ma o wiele luźniejszy charakter i niekoniecznie muszę szukać najbardziej przekonujących i kreatywnych fraz. Przynajmniej nie zawsze…Poza tym prawda jest taka, że zarówno ja, on i nasi polscy znajomi, wszyscy mamy już naleciałości. Polski, którego używam na co dzień nie jest tym samym językiem, którego używałam dziesięć lat temu. 

Jest to o tyle problematyczne, że tłumaczenie postaci na polski wcale nie jest łatwe. Dość zabawnym przykładem jest oficer, który po angielsku brzmi chłodno i szorstko, dość wyniośle. I to wychodzi w moich notatkach z dialogami. A potem siadam do pisania sceny, pierwszej sceny, w której się pojawia i piszę ją po polsku. Nagle robi się zirytowany, rzuca kurwami i nie panuje nad emocjami. Normalnie nie ten sam człowiek (no, to i tak nie człowiek, ale wiadomo, o co chodzi). Myślałam, że skoro tak wyszło, to tak musi być. Postać zrobiła co chciała. Zmieniłam zdanie po spotkaniu z klientem, który stanowi sporą inspirację do zachowania tej postaci. Po tym jak musiałam schować się w ubikacji z nerwów, bo podczas organizowanej przez naszą firmę konferencji Daniel spojrzał na mnie krzywo, wiedziałam, że będę tę scenę przepisywać. Po tym jak okazało się, że Daniel uważał konferencję za cudowną i był zadowolony z inwestycji, byłam już stuprocentowo pewna. Muszę przetłumaczyć angielski sposób bycia Daniela na polski. To cięższe niż tłumaczenie struktur średniowiecznego dworu…

Mogłabym właściwie pisać po angielsku. Czemu nie. Większy rynek wydawniczy. Znając stawki oferowane przez polskie wydawnictwa, musi być tu więcej pieniędzy, nawet dla średnio sprzedającego się autora. Ale jakoś nie pociąga mnie to. Tak jak uwielbiam czytać Vonneguta i zachwycam się językiem Dylana Thomasa, tak jeszcze bardziej zachwyca mnie język Szulca i jeśli chciałabym być jak ktokolwiek na świecie, to jak Sapkowski. Czyli jak ktoś, przez kogo sama wpadłam w obsesję fantastyki, niekoniecznie od razu starszym niemiłym panem z wąsem. Myślę w różnych językach, ale pisać chcę w jednym.

Zapewne kiepskiej baletnicy rąbek u spódnicy. Jakoś sobie poradzę. Po prostu tak jak cenię dwujęzyczność, tak uświadomienie sobie, że nie umie się już do końca w ogóle żadnego języka jest trochę straszne.

Na szczęście jest herbata. 

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

17 thoughts on “Językowa schizofrenia 3 – dwujęzyczność a pisanie”

  1. Z obserwacji, i przede wszystkim czytania wypracowań, moich studentów (tych dwujęzycznych) zauważam, że największe problemy mają właśnie z pisaniem. I to nie ci, dla których polski jest dopiero uczonym się jezykiem, ale ci, którzy są dwujęzyczni od urodzenia. Błędy wychodzą dopiero w pisaniu. I to nie w ćwiczeniach, ale właśnie w pisaniu wypracowań.

  2. Nie żebym z gracją, o finezji nie mówiąc, posługiwała się angielskim, ale czasem mam dylemat, czy wolę mówić czystą polszczyzną, czy jednak wpleść jakieś wyrażenie, które jest takie zgrabne i w małej ilości sylab oddaje wszystko co jest do oddania… Ciekawie jest obserwować jak w różnych językach funkcjonują zwroty, które mają tak doskonałą wymowę i moc znaczenia, którego nie mają odpowiedniki.

    „niekoniecznie od razu starszym niemiłym panem z wąsem” <3

  3. Sama tego nie rozumiem, bo słabo mówię po angielsku, po niemiecku tym bardziej, i jestem oddana językowi polskiemu. Ale ostatnio pomagam przyjacielowi w próbach pisarskich, i on by Cię zrozumiał pewnie… Angielskim posługuje się często, mimo mieszkania w Polsce, używa go jako język potoczny i język naukowy (w swojej dziedzinie ma dostęp tylko do wiedzy po angielsku) i to naprawdę widać w jego tekstach. Zła interpunkcja, dziwna budowa zdań, zaskakująca gramatyka, wtrącenia z angielskiego… Mi za to nieznajomość angielskiego pomaga w przerabianiu jego tekstów tak, żeby były zjadliwe. Ludzie dwujęzyczni naprawdę mają ciężej.

  4. Bardzo ciekawy tekst. Może Cię zdołuję, ale obawiam się, że najgorsze jest to, że po latach na emigracji możesz nie wiedzieć, jakich słów TERAZ użyłby zdenerwowany polski policjant, a jakie wulgaryzmy są dopuszczalne w przeciętym korpo.

    Nie wiem, czego dotyczy Twoja książka, ale tak sobie myślę, czy nie mogłabyś pisać o życiu Polaków za granicą? w końcu ten język, naleciałości, wplatanie angielskich słówek znasz najlepiej. A dla mnie jako czytelnika byłoby to całkiem ciekawe.

    1. Ojej, nie. Życie Polaków za granicą w ogóle mnie nie interesuje 🙂 W ogóle sugerowanie tematu wydaje mi się dziwną sprawą, może jestem kwintesencją braku profesjonalizmu, ale jeśli temat nie tkwi gdzieś głęboko we mnie, to nie umiałabym napisać o czymś książki. Tekst na bloga – jasne, ale nie książkę.

      Książka nie dotyczy Polski, więc to nie jest problem jakich słów używa się w Polsce. Akcja rozgrywa się w (czymś na kształt) UK, postaci (w większości) nie są nawet ludźmi. Zawsze mogę udawać, że po prostu są to dziwne postaci, które nawet nie umieją mówić jak człowiek 😉

  5. Myślę, że mogłabyś zrobić dwie rzeczy: najpierw poczytać książki i pooglądać filmy/seriale po polsku, a jeśli to nie pomoże, wziąć jedną czy drugą książkę i porównać oryginał angielski z polskim przekładem (dobrze, żeby był to przekład cenionego przez ciebie tłumacza).

    Co do „Wyobrażam sobie scenę, w której podczas niebezpiecznej sytuacji zdenerwowany policjant mówi do przechodniów „get
    the hell out of here” i nie ma w tym specjalnej pogardy czy wulgaryzmu, ale „spadajcie stąd” już mi tak nie dźwięczy.”
    Tu dałabym „Rozejść się!” (wyższy rejestr, ale mniej uprzejme od „Proszę się rozejść”) lub „Wynoście się!” (nie kojarzy się tak z podwórkiem)

    1. „Najpierw” sugeruje odwlekanie momentu samego pisania, a to jest niedobre 😉 Ale tak, to jest coś, co będę musiała zrobić przy edytowaniu. Równolegle ze zleceniem korekty/redakcji.

  6. Sowa zaczęła dwa miesiące temu nową pracę, co sprawiło, że osiem godzin dziennie mówi i myśli po norwesku. Doprowadza to do tego, że zaczyna się mieć problemy z konstruowaniem zdań po polsku. Wyrazy jakoś same z siebie się przekręcają, zamieniają miejscami czy znaczeniami, a te najzłośliwsze uciekają gdzieś kiedy są najbardziej potrzebne. Vandrer może się tylko domyślać, że skala problemu jest większa po tylu latach mieszkania w Wielkiej Brytanii. Język to chyba jednak mięsień, rzadziej używany obumiera.

  7. To chyba nie do końca jest problem języka. Raczej tego, że nie mamy styczności z polską rzeczywistością i tak na prawdę nie wiem co i jak się w Polsce mówi. Nie mam tutaj oczywiście na myśli znajomości języka jako takiego, raczej pewne sposoby nim się posługiwania. Bo na przykład doskonale mogę sobie wyobrazić i odtworzyć język tutejszego chava albo roadmana, ale już zupełnie nie wiem jak taki typ będzie gadał po polsku. Wiem jak mówią w izbie lordów, ale nie wiem jak gadają polscy politycy. I cokolwiek staram się im ‚włożyć w usta’ brzmi sztucznie. Roboczo mogę to nazwać kulturowym odrealnieniem języka 😉

  8. Mikrożycie (www.mikrozycie.pl)

    Wiesz co, mam dokładnie to samo, a nawet nie jestem dwujęzyczna – od roku pracuję na co dzień w języku angielskim. Łapię się na tym, że łatwiej mi wyrażać pewne rzeczy w tym języku, że brakuje mi w polskim niektórych słów, że nawet myślę po angielsku i piszę przedziwne zdania, które z jakiegoś powodu uznałam za sensowne. Co ciekawsze, swego czasu przeprowadziłam się z jednego krańca Polski na drugi, gdzie ludzie też mówią nieco inaczej i tak, też już nie posługuję się tym językiem tak samo jak dziewięć lat temu.

  9. Rien, ja się o twoje umiejętności językowe zupełnie nie martwię. Strasznie się cieszę, ze piszesz po polsku i że przywołujesz jako inspiracje Schulza i Sapkowskiego. Będzie super. Jestem pewna.

  10. Wspaniały tekst! Tyle czasu o tym myślałam, szczególnie denerwując się na niektóre przekłady książek z angielskiego na polski (koszmarki). Ja wolę po angielsku – po polsku to wszystko wychodzi takie sztuczne, albo ktoś jest ostatecznym burakiem, albo w ogóle traci charakter. Kiedyś, gdzieś (może jeszcze to odnajdę) czytałam, że osoby posługujące się biegle dwoma lub więcej językami, lub po prostu tzw. osoby bilingwalne, w zależności od języka, którym w danej chwili się posługują, zmieniają (przynajmniej w niewielkim stopniu) swój charakter. I nie mówię tu oczywiście o osobowościach mnogich, najczęściej po prostu zmieniają dynamikę wyrażania się i np. w rozmowie prowadzonej po polsku wydają się/są bardziej bezpośrednie (właśnie z uwagi na to, że jak pisałaś, „ale z ciebie fiut” rzadko wychodzi gładko i żartobliwie). Może faktycznie coś w tym jest?

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry