Językowa schizofrenia – rozmawianie po polsku na emigracji

To już kolejny wpis z cyklu tych o języku. Niektóre z dzisiejszych uwag pojawiły się już wcześniej, ale chciałabym je rozwinąć. Nie pisałam chyba jeszcze w ogóle o rozmawianiu po polsku z innymi Polakami mieszkającymi…no, gdziekolwiek poza Polską. 

Paradoksalnie o wiele bardziej stresuję się dzwonić do klienta z Polski, niż do jakiegokolwiek innego na świecie. Nie stresuje mnie żaden Brytyjczyk, Amerykanin czy inny Japończyk (no, może Duńczyk, bo Dania jest więzieniem, a Duńczycy klawiszami w tym więzieniu, ale to już zupełnie inna historia) a jak mam zadzwonić do rodaka, to dostaję ból brzucha. Dlaczego? Z dwóch powodów. Po pierwsze, znajduję niezręcznym przechodzenie na polski. Na żywo jest z tym mniejszy problem, ale przez telefon ‘heloł, ar ju polisz’ wydaje mi się dziwaczne. Jest to mała bariera, której bardzo nie lubię. Po drugie, wszystkie formułki, small talki i inne mechanizmy radzenia sobie w pracy mam po angielsku wypraktykowane w tę i we wtę. Prezentacje, sales pitches, techniki negocjacji, co powiedzieć jak ktoś nazwie Cię palantem, no wszystko. Po polsku…nie. Złapałam się nawet na tym, że napisanie maila przychodzi mi z trudnością, a wszystkie zwroty, które normalnie naparzam na klawiaturze bez specjalnego zastanowienia, z automatu, musiałam sobie czytać na głos i edytować i powtarzać i dalej byłam niezadowolona. Brzmiały sztucznie i książkowo. 

 

Pracować nauczyłam się po angielsku, studiować nauczyłam się po angielsku, pisać eseje też, podobnie jak rozmawiać przez telefon, robić prezentacje i tak dalej.

 

Mówienie o wszystkich dziedzinach mojej wiedzy, więc o sprzedaży, historii i filmie, jest dla mnie bezproblemowe właśnie w tym języku. Nie muszę wtedy myśleć. Kiedy mówię o tym po polsku, to de facto tłumaczę sobie wiele zwrotów na żywo, w głowie. Nie wiem jak bardzo to po mnie widać, ale sama czuję się jakby ktoś wkładał mi patyk w szprychy roweru. 

Na pewno nie jest to żadna moja specyfika, bo ten sam proces zaobserwowałam podczas rehabilitacji kolana. Przypadkiem w mojej klinice pracuje polska rehabilitantka, która podczas sesji ze mną też musi tłumaczyć sobie na polski zwroty, które wydają się oczywiste, ale wcale takimi nie są, jeśli po prostu nigdy ich nie używasz. To zresztą kolejny ciekawy motyw. Chodzę do tej (bardzo sympatycznej zresztą) pani, bo tak mi pasuje godzinowo, ale kiedy pierwszy raz się rejestrowałam (podczas urlopu, więc bez dostosowywania wizyty do pracy), recepcjonistka zachwycona powiedziała, że super, bo mają Polkę i na pewno będę chciała do niej pójść. No cóż…nie? To znaczy, nie mam nic przeciwko, ale ani mi to pomaga ani przeszkadza. Miałam już “po angielsku” leczenie kanałowe i infekcje nerek i, no cóż, poronienie, więc to czy kolano mi maca się po polsku czy nie naprawdę mi nie robi. Może w miłości język sprawia mi różnicę, ale to chyba byłoby na tyle. Poszłam wtedy do Anglika. 

Często pytacie w jakim języku rozmawiam w domu. Po polsku, bo też nie rozumiem dlaczego miałabym rozmawiać jakkolwiek inaczej. Są naleciałości, są frazy i zwroty, które wtrącamy po angielsku, ale to szczegóły. Jesteśmy Polakami, znamy się z Polski. Mogę nie chodzić do polskiego sklepu, bo nie czuję potrzeby, ale język to język, jest częścią mnie i zawsze będzie. Do ewentualnych dzieci też zamierzam mówić po polsku. Nawet do kota sąsiadów mówię po polsku. Ale już do mijanych na ulicy psów po angielsku, chociaż to głównie ze względu na właścicieli.

 

Pies w każdym języku świata zrozumie kiedy mówię mu, że jest śliczny i kochany. 

 

Kolejną sprawą jest rozmawianie po polsku w pracy z innymi Polakami. Na różnych etapach zatrudnienia miałam współpracowników z Polski i sprawa języka często wypływała. W jednej z wakacyjnych prac z okresu studiów, szef wręcz zabronił rozmawiać po polsku. Co było bucowate i idealnie pasowało do jego charakteru (nie jestem wredna, kilka lat później został aresztowany, za sprzedawanie nielegalnej długości noży w innym swoim sklepie…). Zabronienie języka jest krokiem ekstremalnym, trącącym nieco zaborami, natomiast rozumiem zupełnie, że ktoś czuje się niezręcznie gdy w pracy nie rozumie innych. Wiele lat później pracowałam z kimś, kto nagle w open plan office zaczynał mówić do mnie po polsku, czasem używając imion siedzących obok kolegów. Okazując również totalny brak refleksji, gdy odpowiadałam po angielsku. Cudowny sposób, żeby mniejszość wyalienowała większość. Nie polecam. Od dobrych kilku lat Polaków w biurze nie miałam i chociaż nie miałabym absolutnie nic przeciwko, to przynajmniej nie muszę zastanawiać się w jakim języku w danej chwili mówić…I czy ktoś podsłuchuje, jak dzwonię do męża i opowiadam jak ktoś mnie zdenerwował. Ha. Ha. Ha. 

Ogólnie zasada jest oczywiście taka, że jeśli w towarzystwie jest choć jedna osoba, która nie rozumie po polsku, mówimy po angielsku. Zabawne jest jednak, kiedy osoba wychodzi, a grupka kontynuuje dalej po angielsku. Zdarza się to…no, za każdym razem. 

 

Tyle ode mnie. Zawsze jestem ciekawa jak mają inni. Napisz!

 

| zdjęcie Kat Terek |

Poprzednie teksty o językowej schizofrenii:

| część pierwsza | część druga | dwujęzyczność i pisanie |

Loading..