planowanie
Riennahera

Riennahera

Planowanie versus życie na ostatnią chwilę

Jest sporo czynności, których nie cierpię i unikam za wszelką cenę. Jedzenie papryki. Sprzątanie. Latanie samolotem. Najbardziej jednak męczy mnie planowanie. 

W dobie miłości do walki z prokrastynacją i popularności osób, które powiedzą nam jak zaplanować życie, żeby wycisnąć z dnia wszystko co się da i zostać człowiekiem sukcesu, może to być wyznanie niepopularne. Może to być wyznanie wyjaśniające moje wszelkie życiowe niepowodzenia. 

 

Planowanie odbiera mi radość z życia. 

 

Im więcej wysiłku w nie wkładam, tym więcej czuję lęku, że wszystko spali na panewce. Wyobrażam sobie wszystkie okropne rzeczy, które mogą stanąć na drodze do wykonania planu, a wyobraźnię mam naprawdę bogatą. Organizowanie ślubu i wesela było dla mnie katorgą. Byłam przekonana, że w ogóle do niego nie dojdzie, bo w międzyczasie wszyscy umrą w wypadkach, albo przynajmniej Ziemia zostanie trafiona meteorem. Nie stresowało mnie zupełnie czy wszystko będzie takie jak sobie wymarzyłam, ponieważ szczegóły były dla mnie obojętne. O takich szczegółach nie mam tendencji marzyć. Żadna ze mnie idealistka. Wolę rzeczy zrobione w stopniu wystarczającym, ale zrobione, niż idealnie wypracowane idee, których implementacja zabiera pół życia. 

Nie znoszę planowania tekstów. Co jakiś czas zdarzają się tematy, które muszą we mnie dojrzeć, które muszę przemyśleć. Te tematy zabierają kilka dni. Co jakiś czas przychodzi wydarzenie czy data, które na tekst zasługują i dłuższy czas obmyślam najlepszą formę. W znakomitej większości przypadków lubię jednak siąść przed klawiaturą i iść tam, gdzie w danym momencie poniesie mnie wyobraźnia. Nie jestem zwolenniczką mitologizowania weny ani nie podchodzę do pisania wielce romantycznie. Wręcz przeciwnie, uważam je za rzemiosło do wyćwiczenia. Jestem chętna ćwiczyć je codziennie. Czuję po prostu radość, kiedy podchodzę do niego spontanicznie, nie wiedząc, co może przynieść nowy dzień. 

Mistrzem życia na ostatnią chwilę jest mój mąż, który notorycznie praktykuje tę metodę i w jakichś 99% przypadków mu się to sprawdza. Często rezultaty są bardziej pozytywne, niż te, które mogłoby przynieść planowanie. Może przejęłam to podejście od niego. Może ma na mnie zły wpływ. Może właśnie ma dobry wpływ? Mnie samej nie przeszkadza w życiu tak jak na przykład przeszkadzał mi introwertyzm. Z tą naturą chciałam walczyć i udało mi się. Brak planu nie do końca przeszkadza mnie. Dość często przeszkadza za to otoczeniu. W odpowiedzi na idiotyczne pytanie rekrutacyjne „gdzie widzisz się za pięć lat” zawsze kłamię.

Piszę ten tekst słuchając szumu Morza Śródziemnego, dochodzącego zza otwartego okna balkonowego. Fale rozbijają się z hukiem o skaliste nabrzeże, a ja jem słodką gruszkę. To jest dobre. Na pomysł wakacji wpadliśmy kilka tygodni temu. Zarezerwowaliśmy je przed dwoma tygodniami. Bez stresu czy wszystko pójdzie nie tak. Bez niecierpliwego czekania na nadejście wyczekanego urlopu. Ot, padła idea, która miała ręce i nogi i wcieliliśmy ją w życie. Tak lubię. 

Czy jest to najlepszy sposób na życie? Nie sądzę. Nie przypuszczam nawet, żeby był dość dobry. Życie jest jednak na tyle skomplikowane, że czasami trzeba ufać temu co wydaje się przychodzić naturalnie. Może gdybym planowała swój sukces, wykonywałabym teraz wymarzoną pracę (cokolwiek nią jest…), może byłabym skuteczniejszą blogerką, a moje powieści od dawna leżałyby na półkach księgarni. Choć podejrzewam, że pewnie nie. Pewnie raczej straciłabym do wielu rzeczy serce. 

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry