Blaski i cienie kosmosu czyli Stanisław Lem po fanowsku

To nie jest poważny tekst literacki, szczegółowo i z przypisami analizujący jego twórczość w oparciu o literaturę fachową. Jakbym chciała pisać magisterki z Lema, to bym je pisała. Jest to tekst czytelniczy o autorze, który wywołuje u mnie emocje. Zachwyca, onieśmiela, inspiruje, ale też denerwuje i zawodzi. Jak to w ludzkich relacjach bywa. Powiedzmy sobie na wstępie, że jakby mi na Lemie i jego twórczości nie zależało, to zamiast pisać jadłabym żelki grając w grę. 

Zacznijmy od tego po co czytam Lema. Nie miałam w domu żadnej tradycji tego autora, nikt się nim specjalnie nie zachwycał i postanowiłam się za niego zabrać po raz pierwszy mając lat trzydzieści. Zainspirowała mnie wystawa o science fiction w Barbicanie. Pierwszą pozycją, za którą się zabrałam, bo akurat stała na półce w domu u mamy, był “Eden”. Powieść, którą sam autor uważał za mało udaną. Jest jednak na tyle udana, żebym na jakiś czas straciła ochotę na jakichkolwiek innych autorów.

Piszę zatem o tym co mi się podoba, co mnie denerwuje, po co w ogóle Lema czytać. 

 

Ocieranie się o geniusz

Nie będę nikomu specjalnie polecać mojego podejścia do literatury, ale jest jakie jest. Przy ilości bodźców, którymi jesteśmy dźgani na każdym kroku, chcę czytać rzeczy dobre. Wiem, że dobre to pojęcie ogólne, dla mnie oznacza to najczęściej klasyków literatury pięknej i autorów bardzo uznanych. Nie polecę nikomu tej metody, bo ogranicza, ale lubię oglądać filmy, grać w gry, pisać bloga i niestety mam długie godziny pracy plus życie osobiste i kiedy już sięgam po książkę, chcę być pewna, że to jest to. Stąd zamiłowanie do Balzaca, Tołstoja, Austen, Orwella, Camusa i innych takich. Bo wiesz, że obcujesz z czymś Dobrym. 

Lema można spokojnie postawić z nimi w jednym rzędzie, bo to pisarz totalny. Nawet w jego słabszych pozycjach czuje się wiele Dobra. Nawet jeśli jego postaci mnie irytują i na nie krzyczę, to dalej jest to dobre (przy “Annie Kareninie” też krzyczałam). Dodatkowo lubię, kiedy autor jest bardzo mądry i oczekuje ode mnie podobnej mądrości. Nie żebym ją miała, ale udaję ze wszystkich sił. 

Cenię w jego stylu poczucie obcości i pustki kosmosu. Bycia nieważną drobinką w rzeczywistości, której do końca może nigdy nie zrozumiemy. Także to, że nic nie kończy się dobrze, a czasem nawet kończy się bardzo źle. W porównaniu z szeregiem rzekomo świetnych filmów sci-fi z ostatnich lat (owszem, nie podoba mi się ani “Gravity”, ani “Interstellar”, ani “The Martian”, ani “Arrival”), kosmiczne pomysły Lema jakościowo wciąż są lata świetlne przed tym, co serwuje popkultura.

 

Sienkiewicz w Kosmosie

Wiem, że Lem ceniony jest za swoją umiejętność budowania fikcyjnych planet. Jako czytelniczka mam do tej cechy stosunek ambiwalentny. Owszem, z jednej strony każda planeta jest rzeczywiście wyjątkowa i posiada własną, bardzo konkretną specyfikę, ale z drugiej…autor mówi mi o  nich dużo więcej niż chcę wiedzieć. Mniej więcej dwa czy trzy razy za dużo. “Solaris”, “Eden” czy “Fiasko” skorzystałyby kolosalnie na dynamice, gdyby część opisów skrócić o połowę. Potrzeba przerzucenia kilku stron omawiających widok podłoża czy sklepienia jest czasami nieodparta. Nie próbuj jednak tego robić, bo pan Stanisław jest od Ciebie sprytniejszy. Jeśli przerzucisz stronę, to na pewno na tej właśnie stronie coś na bohatera spadnie, gdzieś się poślizgnie i zsunie, co będzie miało kluczowe znaczenie dla następnych stron. Więc i tak wrócisz i doczytasz opisy. Nie z Lemem te numery, cwaniaczku. 

 

Sceny, które wstrząsają

Stanley Kubrick nakręcił taki film “Barry Lyndon”. Jest to film, który ciężko mi określić inaczej niż nudny. Ale ciekawy. Ale nudny. Nie ogląda się go jakoś wyjątkowo dobrze, ciągnie się niemiłosiernie i sporo w nim dłużyzn. Już myślisz, że Ci się nie podoba, aż następuje TA SCENA. Scena, która zwala z nóg i sprawia, że serce podchodzi do gardła. Nie tam żaden zaskakujący zwrot akcji w tanim stylu Shyamalana, po którym nie ma już sensu oglądać filmu po raz drugi, o nie. To fabularny majstersztyk emocji, który sprawia, że całość nagle robi się istotna. Lem też umie w takie sceny. Jego proza w dużym stopniu przypomina filmy Kubricka, bo prawdziwe emocjonalne petardy zagrzebane są w jego ciężkich, ciągnących się całymi stronami opisach. 

To jest chyba jedna z najważniejszych cech, które mnie do twórczości Lema przyciągają. Lem i Kubrick są przedstawicielami zupełnie innego stylu fabularnego, niż to co widzimy obecnie. Może Kubrick bardziej niż Lem, bo filmy są po prostu inne niż były w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, ale Lem jest po prostu literackim wcieleniem tego sposobu narracji. Ciężkiego, powolnego, narastającego, przytłaczającego, gdzie większość dzieje się w opisach, a dialogi bywają szczątkowe. 

Nie zaskakuje mnie, że od dłuższego czasu nikt nie próbuje Lema ekranizować na wysokobudżetową skalę, bo jest jednocześnie zbyt mądry i zbyt nudny. Jeśli istnieje jednak jakieś niebo, to Kubrick i Lem na pewno wypuszczają tam wspólny film za filmem, aż wszyscy mają ich dość.

 

Kobiety Lema

Czytając jego książki oczywiście zdaję sobie sprawę, że żył w innych czasach, w innej mentalności i pewnych spraw nie mogę mu mieć za złe jako człowiekowi. Nie twierdzę, że należy artystom wybaczać wszystko, bo to nieprawda. Rozumiem, czemu ktoś nie chce czytać Lovecrafta, a choć rozumiem skąd wynikała homofobia uwielbianego przeze mnie Orwella i uważam, że zrobił w życiu sporo dobrego, to i tak kładzie mi się cieniem na sympatii do niego. 

To nie jest tak, że Lem nie lubi kobiet. To nie jest tak, że jakoś je dyskryminuje. On kobiet nie rozumie i są po prostu w zdecydowanej części nieobecne. A kiedy już próbuje odnieść się jakoś do zmian społecznych zachodzących przecież gwałtownie za jego życia, to tęskni się za tą nieobecnością. Do tej pory natknęłam się na dwie wzmianki o feministkach w jego utworach i obie mógł sobie darować, bo ani nie są bystre, ani nic nie wnoszą.  

Oczywiście nie każdy musi pisać o feministkach, mnie osobiście drażnią światy, w których kobiet nie ma, a jak już są, to po to, żeby coś powiedzieć na temat głównego bohatera. Jest to jednak klasyczna cecha klasycznych narracji i trudno o to pana Stanisława jakoś długo biczować. Jest panem Stanisławem swoich czasów, wizjonerem technologicznym, niekoniecznie w innych dziedzinach. 

“Solaris” w tym wszystkim ma najciekawszą bohaterkę, która wciąż będąc w fabule po to, żeby główny bohater miał o czym myśleć, jest skomplikowana i nieco przerażająca. Harey jako postać kupuję, bo całość fabuły jest smaczna i zgrabnie skonstruowana. “Powrót z Gwiazd” woła o pomstę do nieba i dla mnie główny bohater jest po prostu odpychający w relacjach z kobietami. Jego inność go nie tłumaczy, tutaj dzieją się rzeczy mocno zahaczające o wykorzystywanie, żeby nie określić tego dosadniej. 

 

Mężczyźni Lema

Mężczyźni Lema mają naprawdę idiotyczne pomysły. Dwa słowa – KAWITACJA KSIĘŻYCA. Nie wiem jakim geniuszem z kosmosu trzeba być, żeby wpaść na pomysł tej jakości. Socjolog Norbert Elias (zresztą wielu innych przed nim też) w dziele “Proces Cywilizacyjny” przypisuje kobietom historyczną rolę w temperowaniu męskich porywów serca i lekkomyślności. Można się z nim zgadzać lub nie, sama raczej się zgadzam na podstawie empirycznych doświadczeń we własnym domu lub z obserwacji dresów przez wiele lat życia na osiedlu (kobiety dresów były gwarantem braku zaczepek). Jeśli się z Eliasem zgodzimy, to lemowskim mężczyznom w kosmosie bardzo, bardzo brakuje kobiet. Po to właśnie, żeby w którymś momencie powiedziały “czyś ty zwariował?” albo “stary, daj spokój”. Na przykład podczas próby kawitacji księżyca. Każda komórka mojego ciała krzyczała “NO CHYBA NIE MACIE ZAMIARU SKAWITOWAĆ TEGO KSIĘŻYCA”. Ale w kosmosie nikt nie słyszy Twojego krzyku. 

Być może nie jest to wina płci, bo kobiet po prostu jest tyle co kot napłakał, jednak ze wszystkimi swoimi tytułami naukowymi i doświadczeniem w kosmicznych misjach, mężczyźni Lema są w zaskakującej większości niezbyt rozsądni. 

 

 

Niezamierzony erotyzm 

Autor jest dzieckiem swoich czasów i pisze odpowiednio do nich. To już napisałam. Ja jestem jednak dzieckiem innych czasów i mam swoje potrzeby, czytam zatem wszelkie dzieła tak jak mam ochotę. No i czasem widzę rzeczy, których może widzieć nie powinnam. Ale za to jakie są fajne! 

Jest taka scena we “Fiasku”, podczas której ponosi mnie fantazja i rumienię się. Scena, podczas której myślę “o Ty Staszku figlarny”, chociaż jestem niemalże pewna, że Staszek nie bardzo wiedział, że właśnie jest figlarny. Wspomnianą sceną jest opis wbijania się w skafander przez 29-letniego pilota Angusa Parvisa, zawierający opis jego nagich ud. Nie jestem z lodu, ta scena mnie, no, no podoba się mnie. Niestety, z tych nagich ud wynika potem zupełnie nic. Ale czytelnik już sobie poradzi. Podczas ostatniego urlopu wymyślaliśmy z mężem fanfiki “Fiaska”, w których głównymi postaciami byli Parvis i jego dowódca, pilot Pirx. Fanfiki miały mniej więcej tyle fabuły, co przeciętny krótkometrażowych film dla dorosłych, w którym nie nosi się ubrań. Cóż, autorowi to nie szkodzi, a nam zapewniło to rozrywkę na większość wyjazdu.  

Figlarny Staszek już tak ma, że obiecuje góry, a daje kamyk z plaży. Ale od czego jest wyobraźnia? Czytając “Eden” czytałam (jak sądzę) inną książkę niż wymyślił sobie autor. Po niefortunnym lądowaniu na planecie, znajdziemy opis emocjonującej sceny kiedy uwięzieni w rakiecie załoganci dotykają się w ciemności stopami. Homoerotyczne napięcie aż buzuje, ciarki ekscytacji przechodzą po plecach. Dalsza część książki zawiera dla mnie już tylko konsekwencje tej sceny i bacznie obserwuję wzajemne relacje załogi, czując, że pewne sojusze wynikają z czegoś więcej niż wymyślił autor. Po prostu zastanawiam się, kto kogo kocha bardziej, a jest nad czym, bo widzę tam przynajmniej trójkąt miłosny. Może i kwadrat. 

 

Lejtmotywy twórczości

Z Lemem można się dość szybko zaprzyjaźnić. Jego książki nie są zawsze od siebie wielce różne, wiele motywów powraca. Relacja z autorem robi się szybko bliska, ponieważ dokładnie poznaje się ścieżki, którymi chadzał jego umysł, rozpoznaje fascynacje i małe obsesje. Lubię to, bo autor staje się trochę jakby przyjacielem. Siedzisz nad jego książkami i rozumiesz o co chodzi, chociaż może jesteś trzydziestoletnią kobietą, a on pisał konkretną powieść jako starszy pan. 

Z tym tekstem w ogóle nie trzeba się zgadzać, z tym tekstem można się kłócić, polemizować, w ogóle można wszystko. Nie jestem badaczem Lema, jestem tylko szeregową czytelniczką. Cieszę się też, że przez lata byłam zupełną ignorantką w kwestiach jego twórczości. Przyszła kiedy byłam na nią gotowa i jeszcze wciąż tyle jej przede mną!

Loading..