• w kultura
  • w dniu

Dziesięć myśli o książkach

Wizja idealnej jesieni zawiera w sobie leżenie pod kocem w towarzystwie ciepłej herbaty i dobrej książki. Albo książkę z kawą, w przytulnej kawiarni, gdy za oknem ciemno, zimno i pada. Albo kąpiel w wannie pełnej pachnącej piany, z kieliszkiem wina w jednej ręce i książką w drugiej. W skrócie – jesień bez książki jest niewiele warta. 

O książkach powiedzieć można bardzo dużo, nieskończenie wiele, tym razem dziesięć myśli nastręcza innego problemu niż zwykle – jak wybrać tylko dziesięć? 

 

 

Nie uważam, żeby czytanie z samej natury było automatycznie czymś lepszym od, chociażby, oglądania filmów czy seriali. Można czytać książki złe i słabe i można oglądać Bergmana, Kubricka, Godarda albo Twin Peaks czy The Sopranos. Nie żeby odmawiać niemądrym książkom racji bytu. Niektóre bardzo niemądre książki sprawiają sporo radości. Samo czytanie nie jest jednak warte wielkiego fetyszyzowania i czucia się od razu bardzo inteligentną i światową osobą. Ot, czytanie jest jak oddychanie czy jedzenie. W zasadzie czynnością fizjologiczną.  

 

 

Właśnie z tego powodu, choć generalnie staram się nie oceniać ludzi po pozorach (wiadomo, nie zawsze wychodzi, ale walczę z pokusą), nie mam tych skrupułów w przypadku dorosłych ludzi, którzy nie posiadają książek. Można to do jakiegoś stopnia tłumaczyć zamiłowaniem do e-booków, niemniej jednak od razu zaczynam robić się podejrzliwa. Oczywiście może chodzić o jakąś smutną dramatyczną historię (“zbankrutowałem i aby przeżyć musiałem moje książki zjeść/sprzedać/spalić w kominku żeby przetrwać zimę”), ale możemy też po prostu mieć do czynienia z wyjątkowym psychopatą. Lepiej nie ryzykować!

 

 

Nie należy oceniać książki po okładce, ale za niektóre decyzje okładkowe wydawców powinno się  skazać na wiele lat na galerach.  

 

 

Proszenie kogoś o książkowe polecenie jest sprawą niezwykle śliską. Sama lubię czytać głownie książki powstałe w latach 1800-1999 (z przewagą pierwszej połowy XX wieku nad drugą…) i mam swoje absolutnie ulubione tematy. Kiedy proszę o polecenie książki, bardzo rzadko zdarza się, że ktoś trafia w mój gust. Dlatego prawie nie pytam. Niekoniecznie też sama polecam, bo rozumiem, że nie wszystkich bawi to samo co mnie. Najbardziej nie znoszę poleceń typu “najlepsze książki na wakacje”. Nie wiem dlaczego kryminały czy lekkie romanse mają być lepszą lekturą na plażę niż na przykład Machiavelli. Kolejnym problemem takich poleceń jest obecność w zestawieniach wyłącznie nowych książek, które mnie osobiście z automatu interesują mniej. 

 

 

 

Z tego samego względu książka to wcale niekoniecznie dobry prezent, jeśli nie znasz bardzo dokładnie preferencji obdarowywanego. Jest prawie tak niebezpieczna jak perfumy. Ogólnie najlepiej dawać wino, wino nigdy się nie zmarnuje. Jest przecież winem. Pasuje zresztą idealnie do wanny i książek…

 

 

Sam fakt, że dużo czytasz, nie robi z Ciebie żadnego materiału na pisarza. Tak samo jak oglądanie filmów nie robi z Ciebie reżysera. Jedno i drugie jest niezbędne do bycia dobrym w danym fachu i może dać świetne pomysły. Zarówno pisarstwo i reżyseria wymagają jednak zebrania czterech liter w troki i napisania/nakręcenia czegoś.

 

 

Nieustannie irytuje mnie lista lektur obowiązkowych. Tylko dlatego, że wpisanie książki na taką listę zabija jej wagę i oddziaływanie. Potem super kól jednostki śmieją się, że czyjąś ulubioną książką jest lektura, albo “szukam dobrej książki, tylko ej, nie polecajcie mi lektur”. To nie jest wina Camusa, że “Dżumę” czyta się w szkole. Z pewnością są książki lepsze niż “Dżuma”, ale część z nich również znajduje się wśród lektur. Spora część…

 

 

Nie cierpię e-booków. Rozumiem argumenty za oszczędnością miejsca, kilogramów, pieniędzy, życia drzew. Rozumiem i dalej na mnie nie działają. Uwielbiam fizyczność książek, widok ich stosu, proces przewracania kartek. Jednym z zapachów, które od razu przywołują dzieciństwo, jest zapach osiedlowej biblioteki, starego papieru, książek obłożonych w grubą folię, uczucie towarzyszące jej dotykaniu, dźwięk szufladki katalogu, przerzucania jego kart. Emocjonalnie e-book nie znaczy dla mnie nic.  

 

 

 

Nie umiem czytać tej samej książki wiele razy. Jednocześnie większość filmów, które oglądam wiele, wiele razy, to adaptacje książek.

 

 

Chociaż do książek raczej nie wracam, nie wyobrażam sobie pozbycia się ulubionych pozycji. Owszem, nie przeczytam ich po raz kolejny, ale przecież muszę mieć możliwość powrotu do tej jednej konkretnej sceny, którą kilka lat później przypomnę sobie w drodze do pracy. Muszę móc przypomnieć sobie jak Sapkowski opisał to czy tamto. Muszę móc skonsultować cytat, który jest dla mojego życia kluczowy, z tekstem źródłowym. 

Zapraszam Was do własnych przemyśleń, bo dziesięć myśli w takim temacie to tyle co nic!

 

PS Więcej moich tekstów o książkach znajdziecie TUTAJ.

Loading..