IMG_8730
Riennahera

Riennahera

„Bullsh*t Jobs” czyli „Praca bez Sensu” Davida Graebera – moja książka roku

Są książki, które zmieniają życie. To jest dla mnie taka książka. I trafiłam na nią w idealnym momencie w życiu. 

Wiele lat myślałam, że jestem jakaś nienormalna, rozwydrzona, egzaltowana, mam zbyt wielkie ego, ponieważ zdecydowana większość prac, które miałam okazję wykonywać, wydawała mi się bezsensowna. A im lepiej płatna, tym bardziej. Na studiach pracowałam kilka miesięcy w barze kanapkowym i w sex shopie i, paradoksalnie, były to prace sensowne. Miały nudne i nieprzyjemne elementy, miały momenty, z którymi się nie zgadzałam i inaczej bym urządziła pracę będąc właścicielką, ale transakcja była prosta. Jest towar, jest klient, jest pieniądz, nabijamy na kasę i wszyscy są szczęśliwi. Mają co jeść, mają sexy bieliznę czy gadżety, sklep czysty i ogarnięty, właściciel zadowolony, ja mam dniówkę, spadam do domu. It is what it is. 

W drugiej połowie studiów znalazłam pracę jako ankieterka telefoniczna, co było okropnie bez sensu, bo takie ankiety najczęściej są stratą czasu i nie przydają się na wiele.

Ale byłam studentką, pracowałam ile chciałam i kiedy chciałam. Ludzie w pracy byli świetni, poza tym trening języka jaki dostałam – cudo. Nie miałam też niemal żadnej odpowiedzialności, najgorsze co mogło się stać, to że nie zrobię targetu wypełnionych ankiet i stracę miejsce w projekcie. Nawet jak tak się działo, to ponieważ kierownicy mnie lubili to dostawałam inny projekt, gdzie szło mi lepiej. Czasem były to projekty ambitne, jak rozmowy z nauczycielami akademickimi czy lotnikami, czasem pytałam lokalną społeczność na północy Szkocji czy zgadzają się na pole golfowe Trumpa, a czasem czy mieszkańcy dzielnicy zadowoleni się z napraw jakie zrobiła spółdzielnia. Not great, not terrible. I tak przebimbałam do końca studiów. 

A potem trafiłam do BIURA. Takiego BIURA z prawdziwego zdarzenia. I moje życie legło w gruzach. 

To znaczy wcale nie, ponieważ miałam stałą pensję, awansy, zmiany pracy, więcej pensji, kolejne awansy, osiągnięcia, premie, szacunek pracodawcy i klientów. Tyle, że codziennie czułam, że jeśli mój zawód i moi pracodawcy przestaliby istnieć, nikt na świecie by tego nie odczuł. Że moje wysiłki i tak są bez sensu, bo to czy w następnym wydaniu pisma będzie jedna reklama więcej lub mniej nie obchodzi nikogo poza moją bezpośrednią przełożoną i jej przełożonym, który lubi robić raporty. Miałam też regularnie powracającą depresję i ataki paniki. Nie twierdzę, że to wina tylko i wyłącznie pracy, ale przez te wszystkie lata mój stan nie poprawił się znacząco mimo terapii zarówno przez NHS, z prywatnego ubezpieczenia i zupełnie prywatnie z polecenia znajomej.

Ponieważ mamy taką możliwość, po urlopie macierzyńskim zostałam w domu z dzieckiem bez żadnego żalu za “karierą”, zamiast tego pomagając mężowi w działalności gospodarczej. Bo na samą myśl, że mam wrócić do pracy, w której się nie spełniam i większość pensji wydawać na żłobek, przyprawia mnie o mdłości. Ale czułam się winna, leniwa, nieambitna i tak dalej. 

I wtedy wchodzi Graeber cały na biało. I oznajmia, , że to nie ja jestem nienormalna, rozwydrzona, egzaltowana. To system jest patologiczny i beznadziejny, a to, że mi się nie podoba, świadczy o zdrowiu.

Książka może być ciężka do przełknięcie jeśli ktoś bardzo jest przywiązany do etosu, że praca jest cnotą sama w sobie i że żadna praca nie hańbi. Autor dowodzi, że tak nie jest, a samo istnienie wielu zawodów to porażka systemu. Tu właśnie tkwi istota problemu. Winnym sytuacji nie jest pracownik, a urządzenie świata, które sprawia, że przerzucanie papierów, wielkie zatrudnienie w sektorze “biurowo-biurokratyczno-informacyjnym”, mnożenie formalności i budowanie statusu na liczbie pracowników w ogóle mają miejsce. 

Sytuacje, z którymi identyfikowałam się boleśnie:

  • siedzenie przy biurku i rozpaczliwe wymyślanie co mogę teraz robić
  • realna praca, której starczało na kilka godzin dziennie
  • bura od przełożonego, kiedy pytałam czy ma dla mnie jakieś zadanie (“powinnaś doskonale wiedzieć co masz robić”)

Znów, myślałam, że po prostu jestem nieprzystosowana. Że to moja wina. W ten sposób czuje się mnóstwo ludzi na całym świecie. 

Graeber robi mnóstwo porównań obecnego pseudokapitalistycznego systemu do feudalizmu, wskazując jednocześnie, że w feudalizmie ludzie pracowali mniej niż obecnie i byli w mniejszym stopniu niewolnikami pracodawcy. Porównuje go też do systemu totalitarnego i układu sado-maso. Nie mamy do czynienia z prawdziwym kapitalizmem, który nie pozwoliłby sobie na takie marnowanie środków i opłacanie niepotrzebnych pracowników dla splendoru, ale z jego dziwną ekonomiczno-polityczną hybrydą. 

Graeber sugeruje też powiązanie tego stanu rzeczy z depresją jako chorobą cywilizacyjną. Jest to oczywiście tylko jego przeczucie, oparte na doświadczeniach osób, z którymi rozmawiał, niepoparte jeszcze badaniami. Mam nadzieję, że takie badania będą miały miejsce. Moje doświadczenie potwierdza jego przeczucie. 

Czemu zatem tkwić w takich pracach? No cóż. Dla pieniędzy. Ponieważ w obecnym systemie większość prac, które są nam do życia niezbędnych, paradoksalnie opłacanych jest podle. Wyjątek stanowią może lekarze, ale pielęgniarki, nauczyciele, pracownicy transportu, śmieciarze, pracownicy sklepów, wszyscy bez których nie możemy żyć (heloł, czy w trakcie pandemii mamy jakiekolwiek wątpliwości?) powinni cieszyć się, że robią coś wartościowego, a więc żywić się poczuciem misji, nie pieniędzmi. 

Znacie myślenie, że skoro zawodowo coś rysujecie, fotografujecie czy tworzycie, to powinniście to dawać znajomym, a nawet obcym za darmo? To jest to samo myślenie. Skoro pełnisz niezbędną społeczeństwu funkcję lub się w czymś spełniasz i widzisz sens, to pieniądz Ci się już nie należy. 

Cierpienie w pracy podniesione jest do rangi cnoty. Po latach spędzonych w internecie, znam na pamięć wszystkie “niech te influencerki wezmą się do prawdziwej pracy”, w domyśle, pracy, której się nienawidzi i po której jest się tak styranym, że nie ma się już siły na nic innego. Praca, w której się cierpi, kształtuje charakter i to jest właśnie “prawdziwe życie”. 

Większość ludzi czerpie poczucie własnej wartości z pracy. Większość ludzi nienawidzi swojej pracy. 

Cały ten koncept pracy wbrew sobie ma korzenie religijne. Filozofowie antyku (Graeber powołuje się na Arystotelesa) uważali pracę za niedogodność i przeszkodę w Prawdziwym Życiu. W średniowieczu, co akurat mogę poświadczyć własnym researchem, praca “dla kogoś” była etapem życia, kończącym się z osiągnięciem faktycznej dojrzałości i własnym gospodarstwem, zakładem rzemieślniczym, dworkiem.

Paradoksalnie wyjście z feudalizmu w stronę kapitalizmu i rewolucji przemysłowej, wspomagane przez reformację religijną, zmieniło “naturalne” podejście do pracy oraz pogorszyło życiowe perspektywy przeciętnego człowieka. Oto wyłania się grupa trzymająca kapitał, który zaczął być pojmowany jako faktyczne źródło dobrobytu zamiast realnego wysiłku, który ten kapitał wytwarza. Idea, że wszyscy muszą być zatrudnieni, między innymi dlatego, żeby nie kombinować, skutkowała również wymyślaniem niepotrzebnych zawodów, żeby im to zatrudnienie zapewnić. 

Postęp technologiczny powinien spowodować, że pracujemy coraz mniej, a nie, że jesteśmy coraz gorzej opłacani. Sprowadza się to do tego, o czym Graeber pisze na samym początku książki. 1% ludzkości, który rządzi światem, bardziej na rękę jest istnienie prawników korporacyjnych niż poetów. Populacja, która zarzyna się w pracy, nie ma czasu na kombinowanie i myślenie. Jednocześnie, aby wyżyć z pracy opartej na wartościach (sztuka, pisanie, aktywizm – potrzeba coraz częściej być częścią liberalnej elity.

Gdyby zniknęły wszystkie te zawody, na których polegaliśmy przez ostatnie miesiące pandemii, świat załamałby się i zginął marnie. Gdyby zniknęli pisarze, muzycy, wszelkiego sortu artyści – byłby na pewno o wiele smutniejszym miejscem. Gdyby zniknęli sprzedawcy reklam, marketingowcy, SPRZEDAWCY REKLAM (jak ja…), bankierzy od funduszy inwestycyjnych, prawnicy korporacyjni…czyż nie byłby radośniejszym miejscem?

Czy moja sprzedaż reklam koncernom FMCG, liniom lotniczym i sieciom hoteli była ekonomicznie bardziej wartościowa niż pisanie bloga? Oczywiście. Czy moje wpisy, które pomogły niektórym zdecydować się na terapię w związku z depresją, albo dodające otuchy chociażby młodym matkom były bardziej wartościowe dla świata? Nie mam żadnej wątpliwości. 

Czy każda praca jest zła? W żadnym razie. Wg badań YouGov, na które powołuje się Graeber, 37% Brytyjczyków uważa, że ich praca jest bez sensu. Zatem ponad 60% uważa inaczej. I chwała im za to. Zupełnie szczerze im zazdroszczę. Ale jeśli myślisz, że Twoja praca jest jest zła i niepotrzebna światu, to najprawdopodobniej masz rację. Kto miałby wiedzieć to lepiej niż Ty? 

Po lekturze nie odkryłam swego powołania. Nie wiem co dalej robić w życiu. To znaczy, na chwilę obecną wiem – cieszyć się tym co mam. Że nie muszę pracować. Że mogę zajmować się moim małym dzieckiem, pisać książkę i blog. Bullshit Jobs dało mi przynajmniej tyle co dotychczasowa terapia. Na pewno jest do terapii świetnym uzupełnieniem. Po raz pierwszy od lat czuję się ze swoimi wyborami i odczuciami dobrze. Jesteśmy czymś więcej niż naszą pracą. I ja, po raz pierwszy od dawna, w końcu w to uwierzyłam. I cieszę się każdym momentem, kiedy nie muszę pracować. Bo to może się kiedyś skończyć. 

Ta książka to złoto dla duszy. Bardzo ją polecam. 

Bullshit Jobs: The Rise of Pointless Work, and What We Can Do About It” w wersji angielskiej na Amazon, w wersji polskiej jako „Praca bez sensu” od Wydawnictwa KP

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry