Są książki, które zmieniają życie. To jest dla mnie taka książka. I trafiłam na nią w idealnym momencie w życiu.
Wiele lat myślałam, że jestem jakaś nienormalna, rozwydrzona, egzaltowana, mam zbyt wielkie ego, ponieważ zdecydowana większość prac, które miałam okazję wykonywać, wydawała mi się bezsensowna. A im lepiej płatna, tym bardziej. Na studiach pracowałam kilka miesięcy w barze kanapkowym i w sex shopie i, paradoksalnie, były to prace sensowne. Miały nudne i nieprzyjemne elementy, miały momenty, z którymi się nie zgadzałam i inaczej bym urządziła pracę będąc właścicielką, ale transakcja była prosta. Jest towar, jest klient, jest pieniądz, nabijamy na kasę i wszyscy są szczęśliwi. Mają co jeść, mają sexy bieliznę czy gadżety, sklep czysty i ogarnięty, właściciel zadowolony, ja mam dniówkę, spadam do domu. It is what it is.
W drugiej połowie studiów znalazłam pracę jako ankieterka telefoniczna, co było okropnie bez sensu, bo takie ankiety najczęściej są stratą czasu i nie przydają się na wiele.
Ale byłam studentką, pracowałam ile chciałam i kiedy chciałam. Ludzie w pracy byli świetni, poza tym trening języka jaki dostałam – cudo. Nie miałam też niemal żadnej odpowiedzialności, najgorsze co mogło się stać, to że nie zrobię targetu wypełnionych ankiet i stracę miejsce w projekcie. Nawet jak tak się działo, to ponieważ kierownicy mnie lubili to dostawałam inny projekt, gdzie szło mi lepiej. Czasem były to projekty ambitne, jak rozmowy z nauczycielami akademickimi czy lotnikami, czasem pytałam lokalną społeczność na północy Szkocji czy zgadzają się na pole golfowe Trumpa, a czasem czy mieszkańcy dzielnicy zadowoleni się z napraw jakie zrobiła spółdzielnia. Not great, not terrible. I tak przebimbałam do końca studiów.
A potem trafiłam do BIURA. Takiego BIURA z prawdziwego zdarzenia. I moje życie legło w gruzach.
To znaczy wcale nie, ponieważ miałam stałą pensję, awansy, zmiany pracy, więcej pensji, kolejne awansy, osiągnięcia, premie, szacunek pracodawcy i klientów. Tyle, że codziennie czułam, że jeśli mój zawód i moi pracodawcy przestaliby istnieć, nikt na świecie by tego nie odczuł. Że moje wysiłki i tak są bez sensu, bo to czy w następnym wydaniu pisma będzie jedna reklama więcej lub mniej nie obchodzi nikogo poza moją bezpośrednią przełożoną i jej przełożonym, który lubi robić raporty. Miałam też regularnie powracającą depresję i ataki paniki. Nie twierdzę, że to wina tylko i wyłącznie pracy, ale przez te wszystkie lata mój stan nie poprawił się znacząco mimo terapii zarówno przez NHS, z prywatnego ubezpieczenia i zupełnie prywatnie z polecenia znajomej.
Ponieważ mamy taką możliwość, po urlopie macierzyńskim zostałam w domu z dzieckiem bez żadnego żalu za “karierą”, zamiast tego pomagając mężowi w działalności gospodarczej. Bo na samą myśl, że mam wrócić do pracy, w której się nie spełniam i większość pensji wydawać na żłobek, przyprawia mnie o mdłości. Ale czułam się winna, leniwa, nieambitna i tak dalej.
I wtedy wchodzi Graeber cały na biało. I oznajmia, , że to nie ja jestem nienormalna, rozwydrzona, egzaltowana. To system jest patologiczny i beznadziejny, a to, że mi się nie podoba, świadczy o zdrowiu.
Książka może być ciężka do przełknięcie jeśli ktoś bardzo jest przywiązany do etosu, że praca jest cnotą sama w sobie i że żadna praca nie hańbi. Autor dowodzi, że tak nie jest, a samo istnienie wielu zawodów to porażka systemu. Tu właśnie tkwi istota problemu. Winnym sytuacji nie jest pracownik, a urządzenie świata, które sprawia, że przerzucanie papierów, wielkie zatrudnienie w sektorze “biurowo-biurokratyczno-informacyjnym”, mnożenie formalności i budowanie statusu na liczbie pracowników w ogóle mają miejsce.
Sytuacje, z którymi identyfikowałam się boleśnie:
- siedzenie przy biurku i rozpaczliwe wymyślanie co mogę teraz robić
- realna praca, której starczało na kilka godzin dziennie
- bura od przełożonego, kiedy pytałam czy ma dla mnie jakieś zadanie (“powinnaś doskonale wiedzieć co masz robić”)
Znów, myślałam, że po prostu jestem nieprzystosowana. Że to moja wina. W ten sposób czuje się mnóstwo ludzi na całym świecie.

Graeber robi mnóstwo porównań obecnego pseudokapitalistycznego systemu do feudalizmu, wskazując jednocześnie, że w feudalizmie ludzie pracowali mniej niż obecnie i byli w mniejszym stopniu niewolnikami pracodawcy. Porównuje go też do systemu totalitarnego i układu sado-maso. Nie mamy do czynienia z prawdziwym kapitalizmem, który nie pozwoliłby sobie na takie marnowanie środków i opłacanie niepotrzebnych pracowników dla splendoru, ale z jego dziwną ekonomiczno-polityczną hybrydą.
Graeber sugeruje też powiązanie tego stanu rzeczy z depresją jako chorobą cywilizacyjną. Jest to oczywiście tylko jego przeczucie, oparte na doświadczeniach osób, z którymi rozmawiał, niepoparte jeszcze badaniami. Mam nadzieję, że takie badania będą miały miejsce. Moje doświadczenie potwierdza jego przeczucie.
Czemu zatem tkwić w takich pracach? No cóż. Dla pieniędzy. Ponieważ w obecnym systemie większość prac, które są nam do życia niezbędnych, paradoksalnie opłacanych jest podle. Wyjątek stanowią może lekarze, ale pielęgniarki, nauczyciele, pracownicy transportu, śmieciarze, pracownicy sklepów, wszyscy bez których nie możemy żyć (heloł, czy w trakcie pandemii mamy jakiekolwiek wątpliwości?) powinni cieszyć się, że robią coś wartościowego, a więc żywić się poczuciem misji, nie pieniędzmi.
Znacie myślenie, że skoro zawodowo coś rysujecie, fotografujecie czy tworzycie, to powinniście to dawać znajomym, a nawet obcym za darmo? To jest to samo myślenie. Skoro pełnisz niezbędną społeczeństwu funkcję lub się w czymś spełniasz i widzisz sens, to pieniądz Ci się już nie należy.
Cierpienie w pracy podniesione jest do rangi cnoty. Po latach spędzonych w internecie, znam na pamięć wszystkie “niech te influencerki wezmą się do prawdziwej pracy”, w domyśle, pracy, której się nienawidzi i po której jest się tak styranym, że nie ma się już siły na nic innego. Praca, w której się cierpi, kształtuje charakter i to jest właśnie “prawdziwe życie”.
Większość ludzi czerpie poczucie własnej wartości z pracy. Większość ludzi nienawidzi swojej pracy.
Cały ten koncept pracy wbrew sobie ma korzenie religijne. Filozofowie antyku (Graeber powołuje się na Arystotelesa) uważali pracę za niedogodność i przeszkodę w Prawdziwym Życiu. W średniowieczu, co akurat mogę poświadczyć własnym researchem, praca “dla kogoś” była etapem życia, kończącym się z osiągnięciem faktycznej dojrzałości i własnym gospodarstwem, zakładem rzemieślniczym, dworkiem.
Paradoksalnie wyjście z feudalizmu w stronę kapitalizmu i rewolucji przemysłowej, wspomagane przez reformację religijną, zmieniło “naturalne” podejście do pracy oraz pogorszyło życiowe perspektywy przeciętnego człowieka. Oto wyłania się grupa trzymająca kapitał, który zaczął być pojmowany jako faktyczne źródło dobrobytu zamiast realnego wysiłku, który ten kapitał wytwarza. Idea, że wszyscy muszą być zatrudnieni, między innymi dlatego, żeby nie kombinować, skutkowała również wymyślaniem niepotrzebnych zawodów, żeby im to zatrudnienie zapewnić.
Postęp technologiczny powinien spowodować, że pracujemy coraz mniej, a nie, że jesteśmy coraz gorzej opłacani. Sprowadza się to do tego, o czym Graeber pisze na samym początku książki. 1% ludzkości, który rządzi światem, bardziej na rękę jest istnienie prawników korporacyjnych niż poetów. Populacja, która zarzyna się w pracy, nie ma czasu na kombinowanie i myślenie. Jednocześnie, aby wyżyć z pracy opartej na wartościach (sztuka, pisanie, aktywizm – potrzeba coraz częściej być częścią liberalnej elity.
Gdyby zniknęły wszystkie te zawody, na których polegaliśmy przez ostatnie miesiące pandemii, świat załamałby się i zginął marnie. Gdyby zniknęli pisarze, muzycy, wszelkiego sortu artyści – byłby na pewno o wiele smutniejszym miejscem. Gdyby zniknęli sprzedawcy reklam, marketingowcy, SPRZEDAWCY REKLAM (jak ja…), bankierzy od funduszy inwestycyjnych, prawnicy korporacyjni…czyż nie byłby radośniejszym miejscem?
Czy moja sprzedaż reklam koncernom FMCG, liniom lotniczym i sieciom hoteli była ekonomicznie bardziej wartościowa niż pisanie bloga? Oczywiście. Czy moje wpisy, które pomogły niektórym zdecydować się na terapię w związku z depresją, albo dodające otuchy chociażby młodym matkom były bardziej wartościowe dla świata? Nie mam żadnej wątpliwości.
Czy każda praca jest zła? W żadnym razie. Wg badań YouGov, na które powołuje się Graeber, 37% Brytyjczyków uważa, że ich praca jest bez sensu. Zatem ponad 60% uważa inaczej. I chwała im za to. Zupełnie szczerze im zazdroszczę. Ale jeśli myślisz, że Twoja praca jest jest zła i niepotrzebna światu, to najprawdopodobniej masz rację. Kto miałby wiedzieć to lepiej niż Ty?
Po lekturze nie odkryłam swego powołania. Nie wiem co dalej robić w życiu. To znaczy, na chwilę obecną wiem – cieszyć się tym co mam. Że nie muszę pracować. Że mogę zajmować się moim małym dzieckiem, pisać książkę i blog. Bullshit Jobs dało mi przynajmniej tyle co dotychczasowa terapia. Na pewno jest do terapii świetnym uzupełnieniem. Po raz pierwszy od lat czuję się ze swoimi wyborami i odczuciami dobrze. Jesteśmy czymś więcej niż naszą pracą. I ja, po raz pierwszy od dawna, w końcu w to uwierzyłam. I cieszę się każdym momentem, kiedy nie muszę pracować. Bo to może się kiedyś skończyć.
Ta książka to złoto dla duszy. Bardzo ją polecam.
„Bullshit Jobs: The Rise of Pointless Work, and What We Can Do About It” w wersji angielskiej na Amazon, w wersji polskiej jako „Praca bez sensu” od Wydawnictwa KP


27 Responses
Będę czytać ten post kilkanaście razy aż wbiję sobie w głowę. Książki nie przeczytam chyba, bo myślę, że by mnie ztriggerowała, ale już twoje przemyślenia są pomocne. Jestem prawnikiem pracującym dla banku. Na szczęście nie jestem w nim zatrudniona. Mam własną działalność i jestem podwykonawcą innej prawniczki, która ma umowę z bankiem. Swoją pracę wykonuję skrupulatnie i starannie, ale dzięki dobrej organizacji, sama praca nie zajmuje mi więcej niż 3 godziny dziennie. No i tu jest problem, bo wychowana w kulcie zapier…lu byłam przekonana, że robię coś źle. Inni znani mi prawnicy są wykończeni psychicznie i fizycznie. Moja zleceniodawczyni czepia się mnie każdej literówki w piśmie. Dla niej błąd w pracy to koniec świata. A dla mnie nie. Nie widzę żadnego sensu w pisaniu perfekcyjnych pism bez żadnej literówki, czy czytaniu po raz 270 tego samego pozwu, pisanego według tego samego wzoru. Terapeuta zawsze mi powtarzał, że wystarczy pracować na 80% i tego się trzymam. Ale kiedy patrzę na tych wszystkich styranych prawników zaczynam czuć się źle, że np dzisiaj cały dzień oglądałam seriale zamiast pracować, bo wyliczyłam sobie, że zdążę zrobić wszystko jutro. Z jednej strony mam świadomość, że moja praca jest bez sensu, a z drugiej czasem dotykają mnie wątpliwości, że robię coś źle. Że powinnam chcieć czegoś więcej. Że jak nie jestem styrana to na pewno robię coś bardzo źle i jestem kiepską osobą.
Ale teraz jak najdą mnie wątpliwości przeczytam sobie ten wpis. Dziękuję 😊
Ja myślę, że my się po prostu nie doceniamy i może naprawdę po prostu mamy szybkie tempo pracy. Długo myślałam, że coś robię źle i na odwal, ale potem wyniki były takie same jak osób siedzących na nadgodzinach, więc ewidentnie coś robiłam dobrze.
Najważniejsze, choć oczywiste, to pracować żeby żyć, a nie na odwrót. Chyba, że ktoś ma wielką pasję do swojej pracy, to super. Ja nie miałam.
Bo klienci/szef tak naprawdę płacą nam nie tylko za pracę (czyli wysiłek i czas poświęcone na realizację konkretnych zadań), ale przede wszystkim za nasze kompetencje. Za to, że wiemy, jak coś zrobić, mamy odpowiednią wiedzę, umiejętności, a często również papierek, który daje nam uprawnienia do wykonywania tych czynności. A jeśli udaje nam się to zrobić szybko? Super. Przecież to nie znaczy, że robimy to gorzej. Z pewnością są na świecie ludzie (być może również specjaliści), którzy to samo zadanie (zachowując tę samą lub zbliżoną jakość) wykonaliby w dwa razy dłuższym czasie. Dopiero jako freelancerka zobaczyłam, jak bardzo bez sensu jest mierzenie pracy godzinami, które się w niej spędziło.
Ot, relikt rewolucji przemysłowej.
Poleciłaś mi tę książkę na grupie, teraz czytam recenzję i rzeczywiście chyba muszę po nią sięgnąć 😉 Też pracowałam w reklamie, co prawda zajmowałam się reklamą książek, ale wcale nie czułam, że przez to coś mnie uszlachetnia. Długi czas było fajnie, nie powiem, ale moja praca była mega abstrakcyjna, a efekty średnio mierzalne (ilość sprzedanych egzemplarzy wcale nie równała się ilości włożonej pracy). Ale największą, szaloną wręcz przyjemność sprawiało mi sprzedawanie książek na targach i spotkaniach autorskich. Czułam moc, czułam efekty, a kontakt z człowiekiem, nie mailem, był nieoceniony. Kiedy rzucałam tę pracę i przez jakiś czas byłam „na swoim” (praca w domu), wysłuchiwałam ciągłych lamentów rodziny, że nie pracuję, mimo że zarabiałam znacznie więcej niż w wydawnictwie. Co chwila dzwonili i pytali, czy nie pożyczyć mi pieniędzy 😀 A już najbardziej irytuje mnie kultura zapierdalania i ciągłego lęku przed tym, że pracownik nie będzie miał nic do roboty i wtedy to już na pewno świat się zawali. Znacznie lepiej i efektywniej pracuję, jeśli wiem, że po skończonej pracy będę miała po prostu wolne, a nie że muszę wysiedzieć x dupogodzin.
No właśnie. Mnie by się marzyła praca, gdzie pracuję 10-12 godzin kiedy trzeba, a potem 2 godziny kiedy nie ma nic do roboty. Dupogodzina to straszna zakała, zwłaszcza kiedy naprawdę nie ma nic do roboty, a to się przecież zdarza w pewnych okresach. Plus 80% biznesu pochodzi od 20% największych klientów i katowanie codzienne cold callem żeby pozyskać jakichś malutkich małych klientów to było zabójstwo radości życia.
Jestem mikrobiologiem. Badam bezpieczeństwo żywności dla większości sprzedawców w Szkocji, takich jak Tesco czy Sainsbury. Płacą mi kiepsko, ale lubię swoją pracę, jest ciekawa i daje satysfakcję, więc w zyciu bym jej nie zamieniła na lepiej płatną bezcelowę biurowszcyznę 🙂
To chyba musi być książka dla mnie, w takim razie. Tkwię w pracy, która ma znaczenie żadne (nawet dla samej firmy, o świecie nie wspominając), a szukając nowej, przekopuję się przez tony nadmuchanych ofert, które wniosą równie niewiele pożytku. Oczywiście lepiej mieć pieniądze, niż nie, ale chyba na dłuższą metę poczucie celowości też staje się istotne…
O jezu tak bardzo, bardzo rozumiem. Rok temu wróciłam po drugim macierzyńskim do pracy i udało mi się przepracować 6 miesięcy zanim złożyłam wniosek o urlop wychowawczy. Moja typowo biurowa praca wykańczała mnie psychicznie. To, co inni w biurze robili przez cały dzień (a czasem jeszcze w nadgodzinach) robiłam w kilka godzin. Co więcej, jakbym tego nie zrobiła to nikt by nie zauważył. Cały czas mialam poczucie, że moje podejście jest złe. Przez pandemie chwilowo utknęłam z dwójką dzieci w domu, ale przynajmniej to co robię z nimi ma jakikolwiek sens. Postanowiłam nie gnębić się tym, że teraz nie pracuje, nie myśleć o tym że mam 30 lat i zawodowo nie wiem co ze sobą zrobić, a cała energię przeznaczyć na dzieci i wymyślenie dla siebie zajęcia, które będzie mi dawać satysfakcję. Mam nadzieję, że mi się uda i tobie też tego życzę!! To musi być wspaniałe uczucie być kiedy praca przynosi radość i satysfakcję.
Dlaczego zdecydowalas sie zostac (a potem trzymac sie tej profesji) sprzedawca reklam, skoro nieznosilas tej pracy i uwazalas, ze jest nikomu niepotrzebna?
Po studiach musiałam jeść. Pierwsza praca, którą dostałam po przeprowadzce ze Szkocji do Anglii była w sprzedaży (nie w prasie), wolałam ją niż pracę w kawiarni. Żadne z muzeów, ani innych miejsc zbliżonych do mojego kierunku studiów, nigdy nie odpowiedziało na moje aplikacje. A praca w sprzedaży po pewnym czasie zapewnia bardzo przyjemne pieniądze. Po kilku latach miałam pensję jak nauczyciel akademicki z doktoratem i doświadczeniem.
W zeszłym roku zastanawiałam się nawet chwilę czy nie przekwalifikować się i nie zostać nauczycielką w szkole. Finansowo to się po prostu nie opłaca. Już lepiej mi pisać książki.
Świetny post. Nie będzie chyba zaskoczeniem, jak powiem, że borykam się z tym samym problemem i mówiąc starszemu pokoleniu (rodzicom etc.), iż nienawidzę swojej pracy, oni od razu uważają, że jestem rozwydrzonym millenialsem i nic jeszcze nie wiem o życiu. Nie było we mnie nigdy zgody na bezsensowne prace, ale jakoś tak się stało i tu się zgodzę z Tobą i autorem książki – jest to ogromny błąd systemu. Przeraża mnie dodatkowo fakt, iż ludzie młodzi w ogóle nie są na to przygotowywani. Dopóki nie opuszczą szkoły, wydaje im się, że świat stoi przed nimi otworem, a oni na pewno nie staną się kolejnymi ofiarami kapitalizmu siedzącymi za biurkiem, bo w szkole mówili, że możemy wszystko. Nie jestem za podcinaniem skrzydeł młodzieży, ale poprzez przygotowanie mentalne na to, co może ich spotkać (umówmy się, że wszyscy wiedza jak wygląda ten system), możnaby było licealistów na to uczulić a może dokonaliby innych wyborów jeśli chodzi o studia. Póki co zdecydowana większość wybiera kierunki, po których „będzie praca”. Nikt tylko nie mówi jaka ta praca jest. I, że kompletnie odbiera chęć życia.
Tak, on też o tym pisze, że wychodzimy z uczelni pełni energii i dostajemy w twarz.
Tak bardzo tak, jeszcze nie byłam w pracy na etacie, w której czułabym jej prawdziwą wartość i niezbędność dla świata. Ale to, co mnie zawsze najbardziej zrażało, to nie to 8 godzin, w których czasie często trzeba uważać, a częsty wymóg nadgodzin (wychodzenie o równiej 16? Przecież WSZYSCY jeszcze siedzą).
Moje nadgodziny szybko się skończyły, gdy okazało się, że nikt mi nie będzie chciał zapłacić za zostanie np. 30 min dłużej, żeby coś dokończyć — wszyscy pracownicy wpisywali sobie pojedynczą nadgodzinę, dopiero gdy dobijali do 60 minut.
Czego już nie potrafiłam zrozumieć, bo przecież nie zostaję tam w ramach wolontariatu, to mój dodatkowych czas poświęcony na pracę dla kogoś. I gdy pewnego miesiąca regularnie przychodziłam do pracy wcześniej, na prośbę koleżanki z pokoju, a potem usłyszałam, że nie dostanę za te dodatkowe godziny pracy, tak przestałam się przejmować krzywymi spojrzeniami.
Teraz pracuje na swoim i nie jest to praca życiowo niezbędna (copywriting), ale za to pracuję tyle, ile mam faktycznie pracy. Nie muszę przed nikim udawać. I nie ukrywam, słabo mi się robi na myśl, że kiedyś mogę być zmuszona wrócić do tego kołowrotku.
Ps. Żeby nie było, praca na swoim też ma mnóstwo wad, ale nie o tym ten post 😉
Jeśli zapewnia Ci utrzymanie i lubisz ją, to jest to jak najbardziej potrzebna praca. Każda praca ma JAKIEŚ wady, tak samo jak na ukochanym kierunku studiów trzeba wciąż pracować i zdarzają się słabe zajęcia.
Powiem tak – nie jesteś nienormalna, skoro nie chcesz wracać do pracy, w której wiesz, że się męczysz i wiesz, że większość pensji poszłaby na żłobek. I w sumie niestety też doświadczyłam tego, co opisuje autor, ale niekoniecznie w jednej pracy. W tej obecnej często jest tak, że jednego dnia gonią cię terminy, a innego to nie masz pojęcia, co ze sobą zrobić. W poprzedniej to kierownictwo było tak sfrustrowane, że wyładowywalo nerwy na tych najmłodszych pracowników. Nigdy nie zapomnę, jak na samym początku było „pytaj, jak czegoś nie wiesz”, a raptem dwa tygodnie później „to ty tego nie wiesz?”. Efekt był po prostu taki, że przestałam pytać o cokolwiek. Część ludzi dalej miło wspominam, ale cieszę się, że jednak już tam nie pracuje. Moja obecna praca z perspektywy wielu może się wydawać niepotrzebna, ale wiem, że jest inaczej. Trochę obawiam się powrotu po macierzyńskim, zostało mi raptem 2,5 miesiąca do powrotu, ale wiem, że dam radę. Siedzenie z bombelkiem też potrafi trochę zmęczyć, a praca może być również odskocznia. I wiem, że córeczka będzie w dobrych rękach.
Ja pamiętam jedną z idiotyczniejszych prac w swoim życiu, zaraz po studiach. Niby nic takiego – korekta tekstów do dodatków do gazet (od książek o sportowcach i samolotach po program TV). Czemu było dziwnie – bo wyglądała tak, że 6 godzin siedziało się na d***, po czym spływał tekst i trzeba było go zredagować w 2 godziny, bo o 18 musiał iść do drukarni. Długość tekstów różna, od 2 stron do nawet kilkudziesięciu. Przez 6h oczekiwania na tekst nie można było robić na komputerze nic własnego, co prawda Facebook jeszcze nie był popularny, ale nawet na fora dyskusyjne nie można było wchodzić. Jedyną dozwoloną stroną była Poradnia Językowa PWN, dzięki czemu do dzisiaj niektóre teksty profesora Bańki znam na pamięć. Wytrzymałam całe dwa tygodnie i uciekłam. Sfrustrowane kierownictwo też przerobiłam, niestety, to w ogóle bolączka wielu firm – ludzi nie szkoli się do zarządzania innymi ludźmi, przez co stosują jedyne wzorce, jakie mają, czyli szkolne: strach, oceny, ciągłą kontrolę.
Też to znam. Zablokowali mi nawet prywatną poczte! A przy tym nie dawali nic konkretnego do pracy (byłam na stażu).
Pracuję w szkole, uczę języka polskiego, plastyki, jestem wychowawczynią. Od marca prowadzę zdalne lekcje, mam zebrania z rodzicami, konsultacje. Męczące dla mnie i dla uczniów, ale przynajmniej mamy kontakt, rozmawiamy, możemy za sobą zatęsknić.
To moje zajęcie etatowe. Poza tym robię korekty i piszę.
Nie mogłabym wykonywać pracy, którą uważam za bezsensowną, ponieważ potrzebuję wiedzieć, że moja praca niesie realną wartość. Dlatego trochę mi żal, gdy sobie uświadamiam, że nigdy nie będę bogata (a przynajmniej nie wtedy, kiedy robię to, co robię).
Nawet się trochę zastanawiałam, czy moja praca jest obecnie potrzebna bardziej niż lekarza, pielęgniarki, sprzeedawczyni.
Ale uznałam, że po prostu trzeba robić swoje. W czasach niepewnych ja mogę się tym zająć, ale też zająć uczniów, którzy się martwią. Więc omawialiśmy lektury zdalnie, robiliśmy memy, nagrywaliśmy słuchowiska, przygotowywaliśmy prace plastyczne, robiliśmy rzeczy satysfakcjonujące i inspirujące. Robiliśmy coś konkretnego. Mam przygotować do egzaminu, owszem, to też moje zadanie. I to też starałam się robić mimo trudności.
Pamiętam, jak pierwszych zdalnych lekcjach mówiłam uczniom: zobaczcie, teraz okazało się, które zawody są najbardziej potrzebne.
Dziękuję za ten wpis, bo zawiera on wiele moich bolączek i rozkmin 🙂
Pracuję w marketingu, najmniej potrzebnej na świecie profesji 😀 bo nikt nie lubi reklam, haha. Ale idę o zakład, że jakby reklamy zniknęły, to wszyscy by to zauważyli. Miewałam w życiu prace, w których czułam się beznadziejnie, zwłaszcza gdy ściągały mnie z chmur na ziemię, jak dziennikarstwo i praca w redakcji, które wcześniej wyobrażałam sobie zupełnie inaczej. Najłatwiej z dziennikarstwa przebranżowić się w stronę reklamy, co kilka lat temu zrobiłam. Czy jestem super szczęśliwa, to nie, ale lubię swoją pracę, bo pozwala się kreatywnie wyżyć. Są dni, kiedy robię dupogodziny, a są dni, kiedy w nadgodzinach nie wyrabiam i wtedy jest najgorzej, bo obwiniam siebie o brak umiejętności organizacji pracy. Więc bywa różnie.
Czego jednak nauczyłam się na etacie w polskich warunkach, to mówienie nie, kiedy się z czymś nie zgadzam, lub kiedy uważam, że zadanie jest głupie. Mówię wprost, że nie widzę w tym wartości, ale jak trzeba, to je zrobię, ale nie włożę w nie serca. To mi pomaga o tyle, że nie spalam się psychicznie na bezsensownych projektach, które muszą być zrobione, bo muszą. Nauczyłam się też wychodzić z inicjatywą i pomysłami, które chciałabym zrealizować sama dla siebie, bo mogłyby zaspokoić moje prywatne kreatywne ego, a nie realizować czyjeś wizje. I nie kryję, że wiele takich pomysłów przeszło i wyszło super, ja miałam podbudowane morale, a i kpi się zgadzało. Gdybym nie pracowała na etacie, nie miałabym zapewne wystarczających środków na realizację tych pomysłów.
Natomiast zgadzam się z autorem książki. Gdyby mojej pracy zabrakło, nikt poza mną by nie ucierpiał. System działa źle. To mnie jednak nie przeraża. Przeraża mnie fakt, że to kiedyś za przeproszeniem pierdolnie i co wtedy? Co z tymi wszystkimi ludźmi? Jak zadaję sobie te pytania na głos to czuję, że robi mi się gorąco i się denerwuję. Bo nie wyobrażam sobie tego chaosu.
Są marketingi i marketingi. Ekscytująca reklama rodem z Mad Men i gazetki spożywcze. Kluczem jest Twoje zadowolenie.
Gdy system pierdolnie, MOŻE wreszcie zacznie działać jak powinien i nastąpi redestrybucja zysków. I 1% przestanie istnieć albo zacznie być nieco uboższy. Ja tam się nie mogę tego doczekać. O tym zresztą też trochę w książce jest.
Ideałem nie jest żeby wszyscy byli zatrudnieni i robili PKB, w tym sęk. Ideałem jest, żeby wszyscy mieli z czego żyć.
Wszystko sprowadza się do tego, czy mamy komfort, żeby podążać za wymarzonym zajęciem. Przez komfort rozumiem głównie wsparcie finansowe partnera, rodziców, zaplecza inwestycyjnego czy spadku po cioci z Ameryki. Fajnie robić, to co się lubi, ale ja np nie znam takiego zajęcia. Moje hobby to gotowanie, książki i podróże, jakoś nie widzę możliwości przekucia tego w źródło zarobku. Nie mam pasji, nie mam wyjątkowych talentów (świetnie śpiewam growlem Modern Talking, ale to wąska specjalizacja). Jestem prawnikiem korporacyjnym, radcą prawnym, moja praca jest mi w zasadzie obojętna. Pracowałam w miejscu, gdzie w pewnych okresach praca w weekendy i dzień po Wigilii była na porządku dziennym i wydawało mi się, że tak powinno być. Teraz spokojnie robię tyle ile mogę/chcę i pozbyłam się wyrzutów sumienia. Moja praca nie zmienia świata, ale pozwala mi żyć na bardzo wygodnym poziomie – to mój wybór, że wolę tę pracę i możliwość podróży po świecie, niż walkę o prawa człowieka za grosze i niższy komfort życia. Podchodzę do tego racjonalnie, nie uważam, że praca powinna nas spełniać, nadawać sens. Praca ma nam kupić to, czego potrzebujemy, sprzedajemy swój czas za określoną stawkę. Ja się na taki układ godzę, nie potrzebuję spełnienia ani dowartościowania tym co robię od 8 do 16.
No nie zupełnie WSZYSTKO się do tego sprowadza. Ty się godzisz z perspektywy prawnika korporacyjnego i bynajmniej nie uważam, że masz się nie cieszyć swoją sytuacją. Masz, jeśli tak Ci dobrze i to jest ważne, że Ci dobrze. Tylko, że nauczyciel ani pielęgniarka nie mają tego samego luksusu. Co oczywiście nie jest w ogóle Twoją winą. Ale to jest realny problem i nie uważam, że powinni siedzieć cicho i cieszyć się, że po prostu mogą pracować. I że ich praca jest mniej warta.
Moja mama jest nauczycielką, w szkole specjalnej na dodatek, sama wiem, jak ciężka i słabo płatna jest praca, która naprawdę coś znaczy. I to nie jest sprawiedliwe – ja tworzę papiery, które są bo są, a ona codziennie pomaga dzieciom przypomnieć sobie, jak wiązać buty. Bardziej chodziło mi o gloryfikację pracy, że musi nas rozwijać, spełniać, realizować, nie zgadzam sie z tym. Mało z nas ma takie szczęście i możliwości, żeby faktycznie coś swoim codziennym zajęciem zmienić. A reszta z nas będzie trwać w swoich bullshit jobs, bo jeść trzeba. Ale też patrząc z drugiej strony, zarabiamy, wydajemy, pieniądz krąży w gospodarce. Nasza nijaka praca pomoże utrzymać się pani od sprzątania, wytwórcy makram i rzemieślniczej piekarni, gdzie ktoś realizuje swoje pasje.
Też mnie ten porządek świata wkurza. Nie wiem czy umiałabym odnaleźć się w pracy w korporacji (szczerze mówiąc nie rozumiem na czym polega praca wielu moich znajomych). Boję się, że kiedyś sytuacja ekonomiczna mnie do tego zmusi. Na razie robię to, co lubię i bogactwo mi w związku z tym nie grozi… No i mój zawód (muzealnik) jest raczej ostatni w kolejce do bycia docenionym, już prędzej ktoś wreszcie doceni nauczycieli – czego im z całego serca życzę, nieco egoistycznie, bo nauczycielem jest mój mąż.
O rany. Z jednej strony dziękuję Ci za ten post; trafił w moje ostatnie przemyślenia. Z drugiej, po jego przeczytaniu czuję uogólniony lęk i nie mogę się pozbierać.
Dziękuję za ten post. Dodałabym również, że Twoje aktualne zajęcie, jak i milionów matek – wykonywane totalnie za darmo – to jest najważniejsza praca na świecie. I ten paradoks jest dla mnie przytłaczający.