noworodek1
Riennahera

Riennahera

Dlaczego dwulatek jest lepszy od noworodka

(tekst subiektywny i żartobliwy)

Lubicie malutkie bobaski? Takie maluteńkie, przytuleńkie kuleczki radości?

Ja nie. 

To znaczy są okej, ale dajcie mi dziecko, które już samo chodzi albo nawet biega i wymienię na nie noworodka bez mrugnięcia oka. 

Nie jestem wielbicielką noworodków. Mają oczywiście swoje zalety. W dobry dzień można przychustować je do siebie i wkroczyć w życie z podniesioną głową. Można siedzieć w kinie i tylko przekładać bobo od jednej piersi do drugiej. Można wsadzić je do wózka i niemalże zapomnieć o ich istnieniu, popijając kawkę z koleżanką, dopóki coś nie zacznie brzydko pachnieć. 

Oczywiście życie nie składa się z samych dobrych dni. Ale byłam w tym miejscu i dało się fajnie żyć. Jeśli przez fajnie rozumiemy bez snu dłuższego niż dwie godziny za jednym razem. Albo bardzo na spontanie, bo w momencie wyjścia z domu pojawiała się od razu kupa. Albo jeśli nie liczyć tego codziennego płaczu w czasie śniadania, obiadu i kolacji. Albo płakania bo nie wiadomo co. Może refluks, może nuda, a może Weltschmerz. Albo spania przez całą długość spaceru i otwierania oczu w momencie przekroczenia progu domu. I tak dalej, i tak dalej. 

W skrócie – im dzieci są starsze, tym fajniejsze. Bo łatwiejsze. Bo mają więcej funkcji i częściej działają na autopilocie. Bo dają więcej radości.

Na przykład, kiedy nauczą się słowa „plebs”. I z uporem maniaka pytają “gdzie jest plebs”. Albo na pytanie czy potrzeba czegoś ze sklepu, odpowiadają z wielką radością “olej!”, bo to słowo im dobrze wychodzi. Albo liczą każdy samochód na ulicy. Każdy. Ten co jedzie i te zaparkowane. 

Kilkulatek to postać, z którą można zacząć negocjować. Nie powiedziałabym, że jest logiczna, rozsądna ani wiarygodna jako negocjator, nie zawsze dotrzymuje ustalonych warunków, może nawet prawie nigdy i często próbuje na ile da się człowiek naciągnąć, ale i tak spodziewam się, że łatwiej się dogadać niż z takim na przykład Donaldem Trumpem. 

Dwulatek daje się zapchać chrupkami kukurydzianymi marki “Tygryski”. Albo bananem. Albo jogurtem. Albo czymkolwiek. Łatwiej się z nim przemieszczać, ponieważ nie ma obawy, że zechce w metrze czy autobusie piersi. Banan jest łatwiejszy do ogarnięcia niż pierś. I można w końcu nosić sukienki, które nie mają guzików. I suknie do ziemi. I nie być wiecznie ubrudzoną mlekiem, ulewaniem, 

Chociaż nie powiem, zdarza się, że małe rączki wycierają się w mój wełniany sweter z COSa, chociaż krzyczę z paniką “Toćka, stop! To sweter z COSa”. Widocznie marki jej nie robią. Może to i dobrze. 

Dwulatki nie giną wskutek śmierci łóżeczkowej. To jest w ogóle ciekawy punkt, Ja jestem wielką adwokatką prewencji SIDS, może głównie dlatego, że jestem “law abiding citizen” i jeśli naukowe badania i oficjalne organy coś sugerują, to ja się słucham. Dlatego do mnie nie warto odzywać się z reklamą kołderek, poduszeczek czy innych ozdóbeczek dla noworodków. Odobserwowuję influencerki, których łóżeczka dziecięce nie przestrzegają wskazań. To powiedziawszy, większe dzieci można już bez żadnego problemu wpuszczać do łóżka bez obawy, że zachłysną się prześcieradłem czy że się je przygniecie. Nie zliczę ile razy to dziecko próbowało przygnieść mnie lub w środku nocy obudziłam się, bo dostałam plask w twarz. Czasami wciąż się tak budzę. Wolę jednak to niż nasłuchiwanie każdego oddechu, paranoiczne sprawdzanie, czy maluszek jeszcze żyje i wstawanie w nocy nie tylko dlatego, że płacze, ale również dlatego, że nie płacze. 

Kiedy pierwszy raz córka zostawiła mnie przed drzwiami i z radością rzuciła się w ramiona ulubionej pani w żłobku, poczułam się jakbym wygrała życie. Tak, jasne, oznacza to więcej czasu dla rodzica, ale nie tylko. Oznacza to, że z prymitywnej istotny robi się prawdziwa osoba. Owszem, w nocy wciąż wstaje z łóżeczka, przychodzi do mnie z krzykiem “MAAMAAAA”, ale nie bycie dla kogoś jedyną osobą, którą lubi i która nadaje życiu sens, obserwowanie rozwoju społecznego – to jest świetne. 

Kiedy bobas wstała z kolan i stanęła na nogach, sama poczułam się jak nowonarodzona. Nagle przestały mnie boleć nadgarstki. Moje plecy odetchnęły z ulgą, kiedy z radością ruszyła w świat i nie wymagała już podnoszenia pięć tysięcy razy dziennie. Poczułam się jak Benjamin Button, z każdym dniem coraz młodsza, coraz bardziej sprawna, coraz silniejsza. Miałam siłę ćwiczyć, biegać, wysiłek zaczął znowu sprawiać mi radość. 

Jak widzicie, jest mnóstwo, mnóstwo powodów, dla których kilkulatki, toddlery, starsze dzieci są lepsze od noworodków i niemowląt. I dlatego zdecydowaliśmy się na drugie dziecko. Żeby uprzytomnić sobie, jakie mieliśmy do tej pory fajne życie. I żeby mieć na co czekać, w okolicznościach życiowych, kiedy robienie jakichkolwiek ambitnych planów na przyszłość jest ryzykowne. Nie mam odwagi zaplanować wakacji. Nie mam co czekać na ekscytujące sztuki teatralne. Ale mogę wyglądać momentu, kiedy noworodek wstanie z kolan i powie “plebs”. 

Jest to plan na miarę naszych możliwości. 

PS Wszystkie te zdjęcia przedstawiają mnie. I z wiekiem wydaję się sobie coraz fajniejsza 😉

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry