Po tym jak już napisałam ten tekst, zastanawiałam się po co mi to.

Nie jestem wojującą ateistką. W gruncie rzeczy, w ogóle nie jestem ateistką. Jak większość społeczeństwa polskiego (a przynajmniej ludzi w moim wieku i starszych), byłam ochrzczona, poszłam do komunii, bierzmowania, ba, miałam nawet ślub kościelny. Bo chcieliśmy. Nikt tego nie wymuszał. Bo jeszcze czuliśmy potrzebę. To było kiedyś.

Jeździłam na Lednicę. Należałam do młodzieżowej wspólnoty w parafii. Brałam udział w olimpiadach teologii katolickiej i wiedzy biblijnej. Mój mąż był lektorem. Na pewnym etapie życia byłam mocno wierząca. Do tego stopnia, że kiedy umarł mój wujek, powiedziałam babci, że teraz mu lepiej, a babcia mnie zbeształa. Zdecydowanie byłam bardziej wierząca niż moja własna babcia czy może ktokolwiek w rodzinie.

Cóż, już nie jestem.

Obecnie określam się jako agnostyczkę, chociaż to nie do końca trafne. Nie za bardzo wierzę, ale kiedyś wiara dawała mi spokój i nadzieję i żal mi się od tego odcinać. Kto wie, może jeszcze mi się zmieni. Choć wątpię. Ale kto wie. Z pewnością nie jestem już jednak katoliczką i gdybym kiedykolwiek jeszcze miała zbliżyć się do wiary, nie będzie to katolicyzm.

O religii rzekomo dyskutować się nie powinno. A mimo to mam zamiar. Bo religia z upodobaniem wtrąca się nam do życia. Czemu zatem jej nie komentować? Kiedy grupa dobrze odżywionych starych mężczyzn z wysokiego konia wypowiada się i ocenia wszystkie sfery życia, od ubóstwa przez seks i wychowanie po wywołanie wojny, nieocenianie ich wydaje mi się zbytnią grzecznością. Zwłaszcza, kiedy tematy ich nie dotyczą i mają minimalną wiedzę na ich temat. Zwłaszcza, kiedy mają na sumieniu ukrywanie ciężkich przestępstw wobec dzieci. Dlaczego nie mamy komentować?

1

Uważam, że decyzję o wyborze religii powinny podejmować tylko osoby dorosłe.
Czy osoby dorosłe mają mniejszą podatność na religijność? Zapewne.
I właśnie o to chodzi.

2

Mój pierwszy racjonalny kryzys wiary miał miejsce na studiach, kiedy analizowaliśmy irlandzkie eposy o bohaterach. W którymś momencie historii bohaterowie przestają wieść prym w kulturze wyspy i płynnie zastąpieni są…postaciami świętych. Te same opowieści, te same motywy, tylko postaci nie są już wojownikami, a świętymi dziewicami, mnichami i tak dalej.
Cóż, w mnóstwie kultur występuje motyw narodzenia z matki dziewicy. Zmartwychwstania. Ofiary z syna. I tak dalej, i tak dalej.

Nie byłam wtedy, jak obecnie, agnostyczką, wciąż zdarzało mi się iść do kościoła. Chociaż już nie do spowiedzi.

Studiowanie kultury średniowiecza nie pomagało. Moje kolejne racjonalne kryzysy miały również związek z historią. Między innymi z tym jak wyglądało wykorzystanie religii na przestrzeni wieków przez władzę, w celu kontroli społeczeństwa. I jak dzisiaj stosuje się dalej te same średniowieczne metody.

Powiedzmy sobie jednak, że były to małe kryzysy intelektualne. Wciąż raz na jakiś czas bywałam na mszy, wzięłam ślub kościelny. Prawdziwy kryzys, który sprawił, że nie ochrzciłam dzieci, to oczywiście kwestia pedofilii w kościele, jej krycia przez hierarchów włączając w to jednego świętego papieża Polaka i wszystko co z tym związane. Ale gdybym wtedy nie straciła jakiegokolwiek szacunku do kościoła, to z pewnością straciłabym go teraz, wraz z wypowiedziami papieża odnośnie inwazji na Ukrainę. Kościół jest zatem swoim największym wrogiem.

Nie jestem w stanie z czystym sumieniem zapisać do tej organizacji własnych dzieci.

3

Swoją religię i jej założenia traktowałam poważnie. Zatem jeśli wykładnia wiary Kościoła Katolickiego zakłada, że seks bez ślubu jest grzechem, uznawałam go za grzech. Więc byłam grzeszna i niegodna rozgrzeszenia. Jeśli zakłada, że bez mocnego postanowienia poprawy spowiedź nie jest ważna, to nie spowiadałam się z niego. Po prostu nie chodziłam do spowiedzi.

Każdy ma własne sumienie, to czy Boga lub boga obchodzi Twój seks przedmałżeński to poboczna sprawa, uważam natomiast, że jeśli religia ma jakieś zasady, to żeby być jej wyznawcą, trzeba się ich trzymać. Nie zamierzałam, więc nie mogę się uznać za wyznawczynię.

Lekkie podejście dużej części wyznawców było kolejną rzeczą odpychającą mnie od Kościoła. W połączeniu z brakiem znajomości założeń własnej religii wykraczającej poza poziom szkoły podstawowej. Nieznajomość dogmatów czy znaczenia pojęć jak transsubstancjacja przy jednoczesnym uznawaniu się za katolika to dla mnie zbyt wielki fikołek. A z tymi, którzy nie podchodzili do sprawy lekko, w ogóle się nie identyfikowałam. Konserwatyzm i prawica to w ogóle nie mój świat.

Jednocześnie ponieważ wykładnię Kościoła Katolickiego oraz Pismo Święte traktowałam poważnie, nie jestem w stanie poważnie traktować Kościoła jako organizacji. Przegniłej i dekadenckiej, sprzecznej z być może nawet większością nauczania Chrystusa. Za to bardzo bliską biblijnym faryzeuszom.

4

Uwielbiam Biblię, uważam ją za wybitny tekst, przynajmniej wyrywkami. Nauczanie Jezusa szanuję, jest dla mnie z pewnością jednym z życiowych i moralnych drogowskazów, jeśli nie całościowo, to w dużym stopniu. Dlatego, że uważam je za ważne, nie chcę być hipokrytką i uprawiać tego, co więcej ma wspólnego z faryzeizmem niż z Jego nauką.

5

Kiedy w szkole na historii uczyłam się o reformacji, reformatorzy i ich zwolennicy zawsze wydawali mi się pozytywnymi postaciami. Z pewnością o wiele bardziej pozytywnymi niż Watykan.

6

Potrafię wymyślić kilka dobrych powodów, żeby wrócić do Polski. Wszelkie wizje rozbijają się jednak o wychowanie dzieci. Nie wyobrażam sobie wysyłać dziecka do szkół, w których normą jest nauczanie religii i gdzie trzeba jakkolwiek wysilać się, żeby zachowywać neutralność światopoglądową.
Tak, ja chodziłam do takiej szkoły. I dla nich sobie tego nie życzę.

7

Kiedy przyjechałam na studia, pewną egzotykę stanowił fakt, że większość moich nowych znajomych nie była ochrzczona.
Tak, w kościele ostrzegano przed zepsutym Zachodem. Cóż. Ci wszyscy nieochrzczeni nie okazali się być jakoś bardziej zepsuci niż znani mi do tej pory ludzie. Ani mniej, ani bardziej moralni…
Za to życie w laickim społeczeństwie, w którym religia jest opcjonalna, a jeśli już jest Twoją opcją, to ma podobny status do każdej innej możliwej religii…This is the way.

8

Dogmaty i wykładnię wiary uważam za twory czystego geniuszu. Na każdą racjonalną wątpliwość można wymyślić spin, który wskaże, że wątpliwość jest wynikiem Twojej własnej słabości, braku pokory, małej wiary, zła świata zewnętrznego lub, w ostateczności, Szatana. To nigdy nie jest kwestia słabości narracji religii i niespójności w jej nauczaniu. Religie są jednocześnie zakorzenione w mentalności sprzed tysięcy lat i niezwykle nowoczesne – nikt nie wciska tak PRowo genialnego i skutecznego kitu. Politycy i korporacje mają się od kogo uczyć.

9

Nie wyobrażam sobie wierzyć w cokolwiek tak bardzo, żeby poświęcić dla tego własne dziecko i bliskich. Dlatego motyw Abrahama, który był gotów zabić syna w ofierze, bardziej mnie obrzydza niż buduje.
Wyobrażam sobie powstrzymać wszelkimi sposobami własne dziecko od robienia krzywdy innym, na przykład gdybym wiedziała o jego śmiercionośnych planach. Ale w imię ideologii? Religii? Odrzucić je, bo nie wierzy? Bo ma orientację seksualną, tożsamość płciową czy nawet poglądy niezgodne z religią (pomijając rasizm, faszyzm itd)?
Niestety, w nic nie wierzę do tego stopnia.
Amor omnia vincit.

Ale co ja tu w ogóle o własnym dziecku. Nie wyobrażam sobie skrzywdzić w imię religii kogokolwiek.

10

Tak, inne religie niż moja własna mają swoje przewinienia. Swoje wielkie wady. Z wieloma nie zgadzam się w większości rzeczy. Nie czuję się upoważniona do krytykowania ich w ten sam sposób, co religii, w której się wychowałam. Ponieważ się w nich nie wychowałam. A co za tym idzie, mój stosunek do nich jest chłodny. Interesują mnie jedynie jako aspekt kulturowy, historyczny, społeczny i tak dalej. I w większości mi się nie podobają, przynajmniej w większości aspektów, ale też nikt mnie do nich nie zmusza, więc możemy się nawzajem ignorować. Katolicyzm i chrześcijaństwo były dużą częścią mojego życia, zatem czuję się uprawniona do krytyki. Interesuje mnie, tak jak Polska interesuje mnie bardziej niż Argentyna czy Burkina Faso.

To jest tylko mały ułamek. Na ten temat można by napisać z dziesięć tekstów, przynajmniej podobnej długości.
Cóż. Może kiedyś.
Nie potrzebuję żadnego przekonywania do zmiany zdania, ani wielkiej dyskusji. Nie mam wielkiego problemu z wiarą, jeśli ktoś wierzy i mu to potrzebne do szczęścia. Ale już z instytucjami religijnymi i ich kontrolą nad społeczeństwem – tutaj mam problem bardzo duży.

No, ale to moje myśli. I tyle.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry