chrzanicludzi
Riennahera

Riennahera

Chrzanić ludzi, dla których nie jesteś ważna

Wiecie z jakim tropem kulturowym mam wielki problem?
Na pewno znacie film “Amelia”. Był to wielki hit mojego pokolenia. Wszystkie wrażliwe dziewczęta z miejsca pokochały Paryż i Montmartre.
Jest tam postać ojca, skonfliktowanego przez lata z córką, marzącym o poznaniu wnuczka. Dzięki interwencji głównej bohaterki, następuje pojednanie.
A ja stanę okoniem i powiem głośno – co ze sprawą, która skonfliktowała ich tak, że nie rozmawiali?

Sama jestem taką córką. I nigdy nie nastąpi to pojednanie, bo nie chcę, żeby wnuczki były jakkolwiek z nimi związane, poza nieuniknionym materiałem genetycznym. I mam bardzo dobre powody. Nawet ksiądz powiedział mi, wiele lat temu, żeby wybaczyć, ale żeby dla własnego dobra nie utrzymywać kontaktu.

W wielu takich sytuacjach są poważne powody, dla których strony trzymają się od siebie z daleka i wszyscy są w miarę szczęśliwi. Zwłaszcza, jak już przerobią temat na długiej terapii. Nie potrzebują żadnych Amelii, które naprawią co zepsute. Gdyby osoba, która skrzywdziła mnie najbardziej w życiu, stanęła dzisiaj pod moim domem prosząc o wybaczenie, to nie, nie byłby to piękny gest. I nie, nie pojednałabym się. Bo miałam traumy i lęki, które leczyłam. Bo wciąż mam pewne lęki. Bo pamiętam ból brzucha z nerwów dwadzieścia lat temu. Być może w filmach pojednanie po latach wzrusza. Ja nie potrzebuję w tym temacie wzruszeń. Potrzebuję bezpieczeństwa i spokoju.

Wybaczanie to jedno, bycie naiwną – drugie.

I ja wiem, że tekst kultury, na którym opiera się nasza zachodnia cywilizacja, przekonuje nas, żeby wybaczać nie siedem, ale siedemdziesiąt i siedem razy. I właściwie to się zgadzam, bo myślę, że wybaczenie jest w życiu niezbędne. Złość i uraza niszczą przede wszystkim nas, nie tych na których się złościmy. Wybaczenie jest niezbędne dla spokoju w głowie.
Ale wybaczenie dla mnie nie oznacza zawsze przyjęcia kogoś z powrotem do swojego życia z otwartymi ramionami. Można dać mu szansę, oczywiście. Jeśli w tę osobę wierzymy. Jeśli wykazuje rzeczywiste, WIARYGODNE chęci naprawienia siebie i krzywd. Co nie musi wcale nastąpić. Uważam, że mamy obowiązek chronić samych siebie. I czasem wybaczenie oznacza dla mnie “idź w pokoju, żyj dobre życie, ale daleko ode mnie”.

Niektóre relacje są na zawsze, niektóre relacje są na chwilę.

Sama mam romantyczną wizję związków i przyjaźni i często ciężko mi się pogodzić, że ktoś, kto był dla mnie bardzo ważny, już nie jest. Albo – w mojej głowie jest, ale z zachowania tej osoby to nie wynika.

Każdy z nas ma swoje lepsze i gorsze chwile. Każdy z nas walczy z własnymi demonami. Sama walczę, od lat. Jednak wśród tych wszystkich ludzkich problemów, trudności i znojów dnia codziennego, mamy prawo oczekiwać od naszych relacji, że będziemy czuć się w nich dobrze. Nie dobrze na zasadzie “latam ze szczęścia pod sufitem i rzygam tęczą”, ale dobrze, bo “jesteś dla mnie ważny/ważna, a ja wiem i czuję, że jestem ważna dla ciebie”. Bo jeśli nie czuję, to czym jest ta relacja, jeśli nie masochizmem?

Uważam, że miłość i przyjaźń wymagają nieustannej pracy, ale to nie jest praca jednostronna. Poza tym, niekoniecznie musi być wielce uciążliwa. Pracą nad związkiem jest znalezienie czasu dla siebie i tylko dla siebie nawzajem, żeby spędzić intymny czas, mieć okazję do rozmowy głębsze niż co na obiad i kto co powiedział. Praca nad relacjami to też wyrozumiałość, cierpliwość i empatia. Dawanie ich i otrzymywanie. To otrzymywanie jest tak samo ważne jak dawanie. Czasami trzeba zagryźć zęby i przeczekać czyjś gorszy moment. Tyle, że moment to moment, nie wieczność. Jest punkt, w którym masz prawo przestać się starać. Jeśli mimo podejmowanych prób i wysiłków nic się nie zmienia i nigdy nie jest lepiej.

Relacje jednostronne, to słabe relacje.

Jeśli kilkanaście lat starasz się o czyjąś przyjaźń i nigdy nie jesteś nawet nie na pierwszym miejscu, ale w top 10, to można chyba uznać, że ta relacja nie jest warta starań. Nadchodzi pewien moment, w którym najzdrowiej jest przestać się starać o czyjąś miłość albo przestać próbować się zaprzyjaźnić. Albo nawet podtrzymywać kontakt. Moim domyślnym sposobem traktowania każdej spotkanej w życiu osoby, jest bycie miłą. If you can be anything, be kind.
Uważam, że człowiek wyjściowo zasługuje na szacunek i uprzejmość, czy jest miliarderem czy bezdomnym, geniuszem czy wręcz przeciwnie. Ale w bliskich relacjach, długodystansowo, ludzie zasługują na tyle miłości, ile sami Ci okażą. Jeśli ktoś funduje Ci latami zgryźliwe uwagi i dyskomfort, dlaczego masz przejmować się szczęściem tej osoby? Jeśli ktoś daje Ci odczuć, że jesteś gorsza, mało ważna, to dlaczego masz starać się o uwagę tej osoby? Jeśli ktoś świadomie traktuje Cię jako środek do celu, zupełnie nie liczy się z Twoimi uczuciami i bez żalu zadaje Ci ból, to dlaczego masz utrzymywać z nim kontakty? W imię czego?

Wiem, że mamy piękne literackie przykłady osób, które w imię miłości cierpią i godzą się z traktowaniem po macoszemu lub obojętnością, bo wierzą, że mogą kogoś zmienić. Czasem nawet im się udaje. Uważam, że ich miejsce jest właśnie w literaturze. Niech tam siedzą te Jane Eyre i Sonye i inne takie, na zdrowie.

Staram się być osobą życzliwą, z czystym sumieniem. Nie chcę nikomu z premedytacją szkodzić, a nawet robić przykrości. Czasem wezmę przykrość na klatę i przemilczę, bo po co drążyć temat. Ale do diaska, staram się też być osobą, która szanuje siebie i swoje uczucia. I wolę okazywać je tym, którzy ich chcą. Czy to nie jest czysta ekonomia?

Z wiekiem mamy coraz mniej zasobów na pewne sprawy. Czasem to smutne, jak mój brak zasobów na poznawanie nowych twórców muzyki. A czasem bardzo radosne, jak brak zasobów na tolerowanie bzdur. Nie jestem już pierwszej młodości, więc nie dam sobie wciskać emocjonalnego badziewia, marnować uczuć i emocji ani nie będę rozwiązywać sztucznych dram. Są w życiu prawdziwe problemy, w których warto ludzi wspierać. Być przy nich, kiedy naprawdę potrzebują. Przy tych, przy których emocjonalnie warto być (nie z wartości pieniędzy czy interesu, ale wzajemnej relacji, oczywiście). I są żałosne problemy, które ludzie tworzą dla draki albo z jakiegokolwiek innego powodu, od których mam moralne prawo się odwrócić. Zwłaszcza, jeśli taki problem nie jest wypadkiem przy pracy (te zdarzają się każdemu, mnie też), a czyimś modus operandi.

Więc “tak” dla wspierania rodziny i przyjaciół i zagryzienia zębów raz na jakiś czas, dla ogólnej szczęśliwości. Jeśli możesz liczyć na to samo.
“Nie” dla wiecznego uginania się i wybaczania kolejnych ciosów, proszenia o miłość, przyjaźń czy uwagę. Wychodzenia z siebie dla innych, po to, żeby w zamian oberwać albo zostać emocjonalnie na lodzie.

Na podstawowym poziomie, każdy zasługuje na uprzejmość. A potem zasługuje na traktowanie tak, jak traktuje Ciebie.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

2 thoughts on “Chrzanić ludzi, dla których nie jesteś ważna”

  1. ta Amelia to było dawno temu, wtedy nie było jeszcze takiej wiedzy o toksycznych relacjach i być moze wartościa było pojednanie mimo wszystko, zresztą to takie filmowe.. Teraz juz nie gloryfikuje się toksycznych relacji, a przynajmniej nikt komu bliskie sa zagadnienia psychologii, a zwłaszcza terapeuci, nie bedą namawiać do utrzymywania toksycznych relacji, bo tak wypada, bo jesteśmy rodzina, dla dobra ogółu itp. Na szczęście było minęło, teraz coraz powszechniejsza jest wiedza o narcystycznych zaburzeniach osobowości oraz o tym, że jedynm remedium na to jest całkowite i nieodwołalne zerwanie kontaktów z taką osoba. Nie da sie ich jedynie ograniczyć czy w jakis inny, specyficzny sposób utrzymywac taką relację, bo to i tak odbije się na osobie będacej de facto pożywką narcyza. Dla własnego zdrowia psychicznego nalezy zaprzestać kontaktow z taką osobą, kimkolwiek by ona nie była. I najlepiej byłoby nie mieć z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia, choć wiadomo, dla kogos kto posiada jakas empatie, to może nie byc zero jedynkowe, wtedy pewnie terapia może pomóc. Nie chodzi tylko o narcyzów, ale w ogóle o toksyczne jednostki i realcje, obecna wiedza psychologiczna na pewno nie zaleca ich kultywowania, a jeśli są konieczne to moze zaproponować narzędzia, które pomogą przetrwać (nie mówie tu o relacji z narcyzem, ale o „zwykłym” toksyku) To jest wiedza naukowa, dziś pewnie sytuacje z Amelii nie miałby racji bytu, a przynajmniej nie miałby takiego szlachetnego i wzruszającego wydźwięku. Sama mam taką sytuacje w rodzinie i kiedys pewnie bym w tym tkwiła (zreszta tak było do pewnego momentu) no bo przecie rodzina jest najwazniejsza, nieprawdaż, ale na szczeście dostep do wiedzy naukowej, psychologicznej jest teraz bezproblemowy i mozna się wiele o sobie, o innych i o relacjach dowiedzieć i nie byc juz takim biednym dzieckiem we mgle.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to Top