Grudzień rozpoczął się z przytupem. Wysiadłam z pociągu z Edynburga, aby następnego dnia obudzić się z chorymi córkami, które nie poszły do szkoły. Do tego mój mąż zaczął nową pracę, z nowymi, sztywniejszymi godzinami, i nie mieliśmy się za bardzo jak podzielić tym dobrem rodzicielskiej opieki.
Chciałam wylecieć w kosmos jeszcze przed południem.
Na szczęście dzieci wyzdrowiały zaraz przed swoim występem baletowym i już drugi raz w tym roku mogliśmy obejrzeć jako dumni rodzice “Alicję w Krainie Czarów”. Piszę z przekąsem, bo ile tego samego przedstawienia da się obejrzeć, zanim się zwariuje…Ale wiadomo, dumna i w ogóle. Zupełnie serio.

Czekały nas kolejne atrakcje. Znów urodziny co weekend. W tym jedne nasze. Ubieranie choinki. Znów zgłosiłam się na szkolnym festynie i wymalowałam twarze kilkunastu dzieciom. Najlepiej idą mi tygrysy.
Dwa razy playdate.
Nasza własna impreza urodziła w klimacie “Lilo i Stitch”. Największa do tej pory, przyszło dwadzieścioro pięcioro małych gości. Mój mąż pochwalił, że byłam mniej spanikowana niż zwykle, więc muszę uznać ją za sukces.
Potem jeszcze klasowe wyjście na spotkanie autorskie, klasowe Christmas Party i wspólny lunch rodziców z dziećmi. W międzyczasie oczywiście zachorowałam, oczywiście tym typem choroby, kiedy czujesz się okropnie, ale niewystarczająco okropnie, żeby leżeć cały dzień w łóżku. Więc to wszystko robiłam czując się jak…no, czując się nieidealnie.
Święta przebiegły spokojnie i bez sensacji.

Po Świętach rzuciliśmy się z Ellem w szał dyskotek gotyckich, poszliśmy tańczyć aż DWA RAZY, w tym na Sylwestra! Nie byłam na Sylwestra dalej niż w pubie od…przynajmniej dziesięciu lat. Może dłużej. Wiem też, że po tym imprezowaniu czeka mnie kilka miesięcy wieczorów pod kocykiem, chyba, że będę musiała iść do pracy. Podobało mi się, a jak, po prostu człowiek w pewnym wieku musi dawkować emocje…


Odwiedziłam z dziećmi teatr lalkowy Little Angel Theatre. Obejrzałyśmy urocze przedstawienie o chłopcu, który potrzebuje przyjaciela, a znajduje wieloryba. Polecam.
Poszliśmy też całą rodziną do teatru na Totoro. Oczywiście polecam. Historia nie odbiega od filmu (poza delikatnym rozwinięciem postaci Kanty), ale efekty wizualne są zachwycające. Nawet mój drogi mąż, osoba emocjonalnie ostrożna i raczej nastawiona defetystycznie, oznajmił “było lepiej niż się spodziewałem”. Czyż poza zachwyconymi recenzjami w mediach, może być lepsza rekomendacja?



Książki
Japonia. Przewodnik po bóstwach, duchach i bohaterach: Chociaż temat japońskiej kultury nie jest mi obcy (uczyłam się języka przez pięć lat, pisałam też pracę magisterską z Hayao Miyazakiego), to bardzo dobra książka porządkująca wiedzę. Zawsze interesowałam się bardziej Japonią od II wojny światowej i jej popkulturą, ale spojrzenie na jej najwcześniejsze źródła pisane pomaga dużo zrozumieć z tego, co dzieje się później, jak również tradycyjną symbolikę w popkulturze. Jest też świetnym podsumowaniem ostatni rozdział poświęcony kulturze popularnej właśnie. Świetna pozycja i dla laika, i dla wielbiciela Japonii.
W ogóle seria mitologiczna jest hiciorem, czytałam też Skandynawię i czekam na kolejne pozycje.
Jedyną uwagę do ramek z podsumowaniami informacji, bo wydają mi się w przypadku tej książki zbędne. W Skandynawii wyszły jakoś bardziej naturalnie, tutaj są trochę na siłę. Ale to drobiazg.


DJ Bambi: Opowieść o codzienności 61-letniej trans kobiety w Reykjaviku. Niby banalna, niby najzwyczajniejsza na świecie (co zresztą pada w książce), a jednak oniryczna, jednocześnie smutna i ciepła. Przypomina mi klimatem “Pawilon Małych Ssaków” i zdecydowanie zachęca do sięgnięcia po inne powieści autorki. Kolejna świetna pozycja z serii skandynawskiej.
Psychopaci: Opowieść lekarza ze szpitala dla chorych psychicznie kryminalistów. To jest zupełnie inna książka, niż się spodziewałam. Odpalając audiobooka myślałam, że będzie podobna do innych książek, które już czytałam, analizujących procesy, które doprowadzają ludzi do zbrodni, co wpływa na rozwój takiej osobowości i tak dalej. To jednak fabularna historia o jego pierwszym roku w szpitalu, ukazująca pacjentów i ich opiekunów niczym bohaterów powieści. Chwilami nie byłam pewna tego podejścia, ale na koniec żal mi było się żegnać z pacjentami Gomory.
Filmy i seriale
Sean Combs The Reckoning: To jedna z najstraszniejszych rzeczy, jakie oglądałam od dawna.
Jestem zła. Wściekła nawet. Bo Puff Daddy był częścią mojego dzieciństwa. Nie definiującą, ale słuchałam jego hitów (“Come With Me” nawet całkiem namiętnie). Obrzydza mnie, że choć mnóstwo osób wiedziało jaką naprawdę jest osobą, wychowywałam się na treściach najprawdopodobniej gwałciciela i potencjalnie mordercy. Postaci psychopatycznej i patologicznej.
Ten dokument stanowi też zwięzły argument, dlaczego kobiety nie zgłaszają od razu napaści. Dlaczego pozwy składane są po latach.
Bo wszyscy mają je gdzieś. Nikt nie chce im pomóc, nawet jeśli im wierzy.
Wszyscy wiedzieli.
Jego kariera zbudowana była na śmierci. Dosłownie. Od śmierci ludzi zgniecionych na organizowanym przez niego evencie, przez Tupaca, Notoriousa BIG i “celebrację” jego osoby przed Combsa…Śmierć na śmierci.
Nie wierzę w Iluminatów, ale jeśli ktoś idealnie spełnia spiskowe teorie sprzedania duszy za sławę i składanie ofiar z ludzi, Combs pasuje idealnie.
Po obejrzeniu tego czuję się brudna. Jak Sean Combs po odwiedzaniu fanów na Harlemie (serio, po spotykaniu się z fanami w środowisku, które go stworzyło, mówił na taśmie, że “musi się umyć”, jeśli to nie jest świństwo i wisienka na torcie jego łajdactwa, to ja nie wiem).
Fallout sezon 2: Wreszcie powrócił! Obecnie to chyba mój ulubiony serial.
Emily w Paryżu, czyli w Rzymie: W dalszym ciagu jest to mój hate watching.
Younger: Dziwi mnie, że nigdy nie słyszałam o tym serialu. Wystartował w 2015 roku i dostał 7 sezonów. Pochodzi ze stajni Darrena Starra, a więc twórcy zarówno “Seksu w Wielkim Mieście” jak i “Emily w Paryżu”. Tyle, że w przeciwieństwie do tamtych, nie jest aż tak pretensjonalny.
Kobieta po czterdziestce i po rozwodzie, z pełnoletnią córką, próbuje wrócić na rynek pracy po latach oddawania się życiu rodzinnemu. Ze względu na wiek, nikt jej nie chce. Udaje zatem, że ma 26 lat i z marszu dostaje pracę asystentki w czasopiśmie modowym. Poznaje nowych, młodszych przyjaciół i nowego, młodszego amanta…
Dla mnie wystarczająco lekkie, żeby bawić, ale wystarczająco inteligentne, by nie żenować.
Zapomniałabym zupełnie – wpadłam w manię Vinted przed Świętami. Sprzedałam rzeczy za 200 funtów. Jakby co, jestem tutaj, ale wysyłka tylko UK.
No nic, wracam do pracy. Cmok.

