Jesteś ponurakiem? Nic nie szkodzi.

Do napisania tego tekstu skłonił mnie niedawny wpis u Nishki. Od razu zaznaczę, że Nishkę znam osobiście i bardzo lubię, a moim zamiarem nie jest w żadnym razie atak na jej tekst. Nie wiem nawet, czy to co pisze jest polemiką. Po prostu coś mnie ukłuło w sercu i muszę to z siebie wyrzucić. Uderz w stół, a nożyce się odezwą.

Nishka jest wulkanem energii, radosnym promykiem słońca. Spodziewam się, że potrafi uśmiechem rozjaśnić nawet najbardziej pochmurny dzień. Ma charyzmę. Odznacza się wieczną pogodą ducha. Co uważa za źródło swojego młodego wyglądu. Nishka jest po prostu super. Takie osoby przyciągają. Z takimi osobami wszyscy chcą się trzymać. Przebywanie w jej towarzystwie to czysta przyjemność i wiele, wiele śmiechu.

Ja nie jestem taką osobą. Nigdy nie byłam i nigdy nie będę. Od zawsze byłam tego boleśnie świadoma. I długo czułam się przez to gorsza. Po co to piszę? Paradoksalnie, pozytywny wpis Nishki wywołał u mnie znowu poczucie winy.

Byłam smutasem od dziecka. Mam zdjęcie z przedszkola, na którym wyglądam jakbym dźwigała na barkach ciężar rozpaczy tego świata. Mam zdjęcie z pierwszej klasy, na którym wyglądam jakbym chciała zabić ból istnienia kokainą. Mam też zdjęcie z czwartej klasy, na którym jestem Elfem Pogardy. Zawsze chciałam być jednak tą radosną iskierką, na widok której wszyscy się rozpromieniają. Wiesz, the party don’t start till I come in. Jak jakiś Kopciuszek, Arielka czy inna Królewna Śnieżka. Jest takie powiedzenie, nie ucz świni śpiewać, stracisz czas i zirytujesz świnię. Z taką energią przychodzi się na świat. Tak uważam, chociaż można się ze mną nie zgadzać. Albo to masz, albo nie. Nie nauczysz się tego. Nic nie poradzę, że nie mam w sobie uroku i energii i nie zarażam pozytywnymi wibracjami. Mam dziesięć tysięcy innych cech, które są dobre i fajne, ale tych nie mam. Co zrobisz? Nic nie zrobisz.

tbc8
tbc10

I to powinno być na tyle. Nie masz tego w sobie, tak jak nie masz talentu do koszykówki albo śpiewu, to zajmij się tym co masz. Proste, nie? Lecz nie. Pamiętam do dzisiaj pewien festyn pod kościołem, na który trafiłam w liceum, podczas którego jakaś pani zapytała młodą dziewczynę o wiek. Speszona panna odpowiedziała,że ma dwadzieścia lat i dlaczego pani w ogóle o to pyta. Mój syn też ma dwadzieścia lat, odpowiedziała, ale nie jest taki wesoły i uśmiechnięty jak ty. To jest taka pożądana cecha, nieprawdaż? Mówił Ci ktoś kiedyś, że masz się uśmiechnąć? Na pewno mówił. Ja słyszę to od lat i czytam to często. Na przykład w komentarzach. Bardzo tego nie lubię, bo nie jestem małpką cyrkową, ani nawet prezenterką telewizji śniadaniowej. Poza tym w uśmiechu moje wargi robią się wąskie, policzki pyzate, a oczy szalone. Po dłuższym czasie cała twarz jakoś dziwnie boli. Śmieję się zatem, kiedy mam głupawkę albo widzę słodkie małe leniwce. W pozostałych momentach życia zachowuję spokojną powagę. Czasem zakrawa ona na lekką pogardę. Ech.

Jako, że charyzmy i wiecznej pogody ducha wykształcić nie mogłam, przez wiele lat kończyło się u mnie tylko na frustracji, poczuciu niższości i…niechęci do osób, które te cechy posiadały. Niechęci na zasadzie “nie lubię cię i nie będę się z tobą bawić, grrrrr” albo “nie jestem fajna, więc nie będziesz mnie lubić, na wszelki wypadek nie będę z tobą rozmawiać”. Jeśli jest się introwertyczną osobą, takie myślenie nie ułatwia odnajdywania się w grupie czy zawierania znajomości. Zwłaszcza, gdy te charyzmatyczne postaci przyciągaja mnóstwo innych osób. I wcześniej czy później w każdej grupie pojawia się taki radosny cwaniak. Ponurak sam siebie skazuje na banicje.

tbc7
tbc11

Wiesz, kto jeszcze jest ponurakiem i nie lubi się uśmiechać? Wiedźmin Geralt. A jakoś znalazł przyjaciół. I nikt mi do cholery nie powie, że Geralt nie jest super. Jest też czasem irytujący, patetyczny i nudny, ale wciąż jest super. Bo to tak jest. Te wszystkie radosne skowronki nie chcą się przyjaźnić tylko z innymi radosnymi skowronkami. Możesz podejść do takiego skowronka i udawać, że też nim jesteś. Ale długo nie pociągniesz, bo to bardzo męczące, a i skowronek się zorientuje, że coś nie gra. Możesz podejść i powiedzieć “hej, skowronku, jestem świnią i nie umiem śpiewać”. Często usłyszysz “o, fajna z ciebie świnia, lubię świnie”. A czasem, gdy skowronkom jest źle, ponurak może przydać się bardziej niż inne radosne ptaki. Bo ponurak poznał już wiele, wiele Otchłani, właściwie to ma w Otchłani gniazdo i doświadczenie w radzeniu sobie z jej wątpliwymi urokami.

Może nie jestem do końca stara duchem, bo na widok dinozaura w muzeum cieszę się nie mniej niż inne dzieci, przebrania na Halloween planuję miesiącami z wypiekami na twarzy, a w tym tygodniu biorę wolne z pracy, żeby jechać na Comic Con. Z pewnością jednak pogoda ducha to nie jest mój typowy stan. Nie jestem i nigdy nie będę uśmiechniętą i radosną osobą. I już wcale nie chcę taką być. Chcę być sobą.

Smutasy też mają prawo żyć.

tbc3
tbc5

  • Jesteś piękna w Twym smutku. Taką Cię lubię, ubraną w melancholię.

  • Mam tak samo. Plus opadające kąciki oczu (zwane smutnymi oczami, bo nastrój zależy, jak powszechnie wiadomo, od budowy powieki), a przy próbie uśmiechu spojrzenie jak u Macierewicza.

  • Nie wiem jaka tam jesteś na co dzień,ale Twoje teksty rozbawiają mnie do łez:)))) Żadne tam skowronki nie przebiją poczucia humoru ponurakòw:)!

  • Rien, to dla mnie zaszczyt, że mój tekst Cię zainspirował. Świat byłby nudny, gdyby wokół były same radosne „nishki” 😉
    A tak poważnie i żebyś nie myślała, że jest mi aż tak łatwo, to zdradzę Ci, że ja z kolei przez ten swój imperatyw bycia radosną i pełną energii też często na swój sposób cierpię. I wielokrotnie postanawiam sobie, że będę w różnych sytuacjach bardziej nad sobą panować, wykazywać się skrytością, opanowaniem, powściągliwością, a nie wchodzić w rolę „przebojowej” (jak ja sama siebie czasem irytuję!), sypiącej z rękawa żartami i anegdotami, ratującej świat, pocieszającej, wesołej żartownishki. Nawet teraz, nie mogę powstrzymać się, żeby nie zakończyć tego komentarza jakąś radosną puentą, ale nie dam się, argh!

  • chciałamtylkododaćkomentarz

    Świetnie opisane, lecz bycie charyzmatycznym i radosnym też nie jest takie fajne jak się wydaje 😐 Wiele ludzi wymaga od Ciebie bycia takim ciągle, a każdy gorszy dzień czy trzymanie się z boku jest odbierane jako dziwaczne czy nawet denerwujące, BO PRZECIEŻ JESTEŚ CHARYZMATYCZNY I TAKI RADOSNY! CZEMU SIĘ NIE UŚMIECHASZ I NIE ODZYWASZ?! Tak więc wszystko ma swoje zalety i wady mimo wszystko smutni ludzie są potrzebni radosnym, a radośni smutnym! 🙂

    • True story, mam tak całe życie.

  • Poza tym mozesz byc tajemniczym elfem, a nie co najwyzej elfopodobnym skrzatem, którego szczytem kariery jest pomaganie pakowania paczek Swietemu Mikolajowi:D

  • Tovve

    Uwielbiam Cię za wpisy takie jak ten <3 Ogólnie uważam się za dosyć entuzjastyczną osobę, łatwo wpadam w zachwyty nad zwykłymi rzeczami, kocham małe zwierzątka i cieszę się jak kwitną moje ulubione kwiatki. Niestety cierpię też na "resting bitch face" i nie potrafię (lub nie potrzebuję) werbalizować wszystkich swoich emocji, więc podobnie jak ty, uchodzę za ponuraka, albo milczka. Cały czas próbuję wyzbyć się zazdrości do swojej koleżanki z pracy, która od razu i z każdym nawiązuje świetny kontakt, przez co ja czuję się trochę niedopasowana do zespołu. Głupie to uczucie, nie chcę go. Myślę, że ta awersja do ludzi którzy nie szczerzą się i nie ćwierkają cały czas łączy się trochę z niechęcią do introwertyków w ogóle i pewnym przekonaniem, że bycie ekstrawertykiem to coś lepszego.

  • No tak, ale ludzie wciąż wolą radość, uśmiechalność i ogólne skowronkowanie, tego nie zmienimy. Ale o ile nie jesteś potworem z bagien, prędzej czy później otoczysz się wianuszkiem przyjaciół i wielbicieli (lub chociaż ludzi, którzy cię w jakimś stopniu tolerują). Ale Ty, Rien, jesteś raczej zajebista, więc skąd tam takie porównywanie z burkliwym Geraltem. Trudno mi uwierzyć, że jesteś na co dzień mrukiem.

    „Na wszelki wypadek nie będę z tobą rozmawiać” – to ja tak mam. Pozdr.

    • Na co dzień jestem kimś między Thranduilem, Little Fingerem i Blair Waldorf. Serio.

  • Potrzebny i cudny tekst:) Sowa rozumie doskonale o czym piszesz. Teraz na przykład ma pracę w której największym problemem jest ciągłe utrzymanie uśmiechu na twarzy. Jak wraca normalna mina to ciągle słyszy: Wszystko w porządku? Tak! To że sie nie uśmiechasz i nie buchasz energią nie znaczy że od razu masz depresję i pływasz w odmętach otchłani rozpaczy. Nie, po prostu sie nie uśmiechasz. W środku możesz mieć więcej zadowolenia niż nie jeden uśmiechnięty wiecznie od ucha do ucha typ.

  • Valkasha

    Jeśli wszystkie ponuraki mają takie zajebiste włosy, to już nie czuję się wyrzutkiem społeczeństwa! Piękne zdjęcia, kieckę bym najchętniej zabrała i ukryła, by napawać się nią przed lustrem w samotności. Zdradzisz, gdzie kupiona? Pewnie poza moim zasięgiem, więc tylko informacyjnie ^^

  • dr_weronika

    Dziękuję <3

  • Twój wpis to jest taki miód na moje serce! Tak bardzo Cię rozumiem. Może wielkim ponurakiem nie jestem, nie cierpię za miliony, ale nie cechuje mnie wielka pogoda ducha, co więcej nie znoszę udawać, że ją posiadam (i od lat tego nie robię, kiedyś, owszem, małam chyba jakieś poczucie winy z tego powodu). I co? Mam prawie 34 lata, a nie dalej niż miesiąc temu pytali mnie w sklepie o dowód, więc to z pewnością nieprawda, że smutni ludzie wyglądają staro.
    Co do uśmiechania się, ja się nie uśmiecham, gdyż moja normalnie idealnie wpisana w owal twarz staje się kwadratowa i zupełnie nie do przyjęcia 🙂

  • wesolyjamniczek

    Jak ja to dobrze rozumiem… Bardzo denerwuje mnie brak zrozumienia i przeświadczenie-jak się nie uśmiechasz to z pewnością jesteś smutny/obrazony/zly. W pewnym momencie faktycznie człowiek zaczyna się tak czuć-po którymś z kolei komentarzu nieznajomego „uśmiechnij się”. I ten ból policzków po spotkaniach towarzyskich na których nie chcę się wyjść na gbura…;)

  • Dorastanie dla introwertyka-ponuraka to jeszcze większa katorga niż normalne. Identyfikuję się i z frustracją, i z poczuciem niższości i z niechęcią do wesołków też. A „nie jestem fajna, więc nie będziesz mnie lubić, na wszelki wypadek nie będę z tobą rozmawiać” mam do teraz i choć teraz na szczęście obejmuję moją „niefajność” obiema łapkami i kocham to podejście dużo mi w życiu utrudnia.

    Bo bycie ponurakiem jest spoko, ale bycie ponurakiem w samotności, ponurakiem odcinającym się od innych ludzi „na wszelki wypadek” – już nie.

  • A wiesz, to śmieszne, bo ja nie jestem ponurakiem, raczej taka żywa iskra podskakująca na jednej nodze, ale jak się zamyślę, to tego nie widać. Więc mimo tego, że w dzieciństwie byłam tą sławną Arielką, dzięki której ludzie się rozpromieniali, to jednak gdy usiadłam sobie w kącie i zgłębiałam tajemnice wszechświata oraz inne rozterki emocjonalne wytężając mały mózg do granic wytrzymałości, napadały na mnie panie w świetlicy, czy inni przypadkowi ludzie pytając, co mi się stało i dlaczego jestem taka smutna. Odpowiadałam – nie jestem smutna, ja myślę! Spotykało się to z większym szokiem, niżbym chyba powiedziała, że mi mamuś umarli. Dziecko, które myśli? Jakieś dziwne takie… no to dorastałam w przekonaniu, że coś jest ze mną nie tak, bo lubię się zastanawiać i wyciągać wnioski. Z czasem odkryłam, że takich ludzi jest więcej. Wydaje mi się, że etykieta ponurak/wesołek jest krzywdząca dla obu stron, ale nie da się ich uniknąć. Mózg ludzki już tak ma, stereotypizuje otoczenie, bo tak mu łatwiej.

    • Czyta, czytam i myślę sobie, że oto właśnie trafiłam na swojego avatara! Wybacz moją bezpośredniość. Liczę na to, że iskierka iskierkę zrozumie 😉 A teraz idę sobie podumać w kąciku nad tym, jaki ten świat jest niesamowity. Pozdrawiam ciepło!

    • Klaudia Wojnarowicz

      O to to to! Miałam centralnie to samo! Wulkan energii który jak już usiadł w miejscu, to się wszyscy pytali, czy mi nic nie jest.

      Niestety teraz z kolei – na skutek wieloletniego pasma mega słabych wydarzeń (plus uświadamiania sobie jako dorosła osoba tego, czego jako dzieci nie do końca kleimy) energia została, ale stałam się zgryźliwym ponurakiem. I mam przeczucie, że to nigdy (albo baaaaaardzo długo) się nie zmieni. Wielu ludzi lubi to określać marudzeniem bez końca, niestety kwalifikacja tego zjawiska nie jest aż taka prosta. Jak się mnie wpuści w odpowiednie towarzystwo, to potrafię mieć napady histerycznego śmiechu, rozsmieszona jakimś siarczystym sucharem bądź generalnie – tu pogadam, tam zagadam, jest mnie pełno wszędzie. Po prostu jestem otwartą na świat i innych osobą (zawsze byłam). Ale jest druga strona medalu, przepełniona brakiem jeszcze zgody na akceptację wielu faktów z mojego życia,w połączeniu z brakiem zgody na głupotę, ignorancję, egoizm i wygodę ludzi do okoła. Niektórzy nie potrafią tego znieść, więc albo unikają ze mna kontaktu (serio) albo wypalają mi tekstami, że są za szczęsliwi żeby moja zła energia psuła im życie (też serio serio). Rozumiałabym, gdyby moja druga strona medalu była związana z jakimś płytkim problemem pierwszego świata, ale niestety nie jest. Jest czymś mega słabym, co najczęściej wyłazi jak jesteśmy dorośli, bo – jak pisałam powyżej – docierają do nas pewne rzeczy, których nie ogarnialiśmy jako dzieci. To taka krzywda z opóźnionym zapłonem.

      Mawia się – idź do specjalisty. Od tego specjalista jest. Tylko ciekawe, czy jak do niego pójdę i się ‚uzdrowie’, to te osoby, które postanowiły mnie mieć w dupie, nagle zapragną ponownego kontaktu. Chętnie im wtedy każe – delikatnie rzecz ujmując – oddalić się ode mnie w zorganizowanym pośpiechu.

      • Ja od specjalisty usłyszałam (po wysłuchaniu, jak wygląda moje życie na co dzień – rejon schyłku liceum), że jestem bardzo dzielna i ona by się na moim miejscu dawno załamała. No fantastyczne wsparcie, nie ma co. 😉

        • Klaudia Wojnarowicz

          To – że tak brzydko powiem – chujowy specjalista ;] To, że na skutek tego, co mnie spotkało, ludzie wpadają w alkoholizm, dragi, robią generalnie głupie rzeczy, szkodząc sobie i innym – a ja akurat mam się dobrze (albo inaczej – nie stało się nic tak złego, ale stało się coś innego) – też potrafię sama sobie zdiagnozować 😀 Może to jakiś MONDRY KOŁCZ był? ;]

          • Jedni są bardziej odporni, inni mniej. Albo – wybrałyśmy lepszy sposób radzenia sobie z problemami niż inni, mniej fartowni ludzie. Ja się po prostu taplałam w cierpieniu i beznadziei, myśli samobójcze i owszem, ale za bardzo kochałam życie i tę planetę, by ją ot tak opuścić. No i w porę trafiłam na w miarę normalną jednostkę, która mnie nieświadomie z tej beznadziei otrząsnęła. Tabun specjalistów nie dałby rady, ile jedna ogarnięta koleżanka, której moje dziwactwa nie przeszkadzały. No a potem zaczął się internet i łatwiej było znaleźć normalnych ludzi. Wręcz czasem żałuję, że nie urodziłam się 10 lat później. 😉

          • Klaudia Wojnarowicz

            Wiesz co, teraz nie wydaje mi się, aby było różowiej. Teraz z ludzi, którzy potrzebują pomocy, bardzo się szydzi (Internet temu sprzyja) albo ma się ich gdzieś, zaraz obok miliona poradni psychologicznych, które Cię uzdrowią, za grube pieniądze oczywiście. Zazdroszczę natomiast koleżanki, bo wnioskuję, że miałaś znacznie gorzej niż ja, a ona przy Tobie była i mam nadzieję,że jest. Nie każdy ma to szczęście.

          • Z drugiej strony choroba psychiczna nie jest tabu. Kiedy mówiłam o chorobie mojej mamy (na stałe na psychotropach od 32 roku życia) – lata 80 i 90, to ludzie otwierali oczy ze zdumienia podwójnie. Po pierwsze dlatego, że w ogóle, ojej ona ma chorą_psychicznie matkę oraz po raz drugi, ze mówiłam o tym otwarcie i nie ukrywałam, ani nie mówiłam o tym ze wstydem. O swoich problemach (które poniekąd były reakcją na życie z osobą chorą pod jednym dachem) też mówiłam dość jasno stawiając sprawę, ale też nie użalając się nad sobą. Dziś jest taka trochę moda na jojczenie „oj, jaka jestem biedna, mam depresję”, przy czym niekoniecznie robią to osoby naprawdę chore, prędzej takie z lekką odmianą depresji, która daje się dość łatwo zaleczyć prochami czy słonecznymi wakacjami (kwestia objawów depresji, które są podobne do objawów niedoboru witaminy D i czasem są mylone). I to bardzo psuje wizerunek osób naprawdę ciężko chorych, leczonych w szpitalach, na oddziałach zamkniętych. Osoby naprawdę chore najczęściej siedzą cicho i czasem tylko coś wspomną w komentarzach, że już tyle i tyle lat na prochach i nie widać większej poprawy (no ale żyją, czyli przynajmniej się nie pogorszyło).
            Co do koleżanki, nigdy nie byłyśmy przyjaciółkami, to wbrew pozorom była dość odległa znajomość i kontakt nawet się nie urwał, bo go prawie nie było w szkole. Ale dała mi zastrzyk entuzjazmu, który przestawił mi wajchę na właściwą stronę. Jeśli raz się wygra, to wtedy łatwiej podjąć walkę po raz drugi, bo nawroty chorób psychicznych są pewne jak powodzie na wiosnę. Prędzej czy później następują, ale to od nas zależy, jak prędko zareagujemy i co zrobimy, żeby się udało ten walec powstrzymać. Ja mam ten fart, że moje problemy są malutkie (jak na moją rodzinę, bo do chorującej mamy dołączył z czasem brat), więc często nie próbuję nawet narzekać, bo wiem, że nikt tak naprawdę nie wie, co oznacza choroba psychiczna, jeśli nie spędził w szpitalu psychiatrycznym kilku tygodni.

          • Klaudia Wojnarowicz

            Sama prawda. Uważam jednak, że nie należy zapominać o ludziach, którzy choroby psychicznej nie mają, depresji w sumie też nie, ale są na tyle zdezelowani, żeby uchodzić za ludzi bez życia. Tym samym nie kwalifikują się na leczenie i prochy, ale przeżyli np. przeboje w rodzinie – i nie mam tu na myśli krzyku rodziców za nieposprzątany pokój. Chodzi o akcje, w których dziecko musi wzywać policję, bronić rodziców przed sobą nawzajem albo bronić siebie przed rodzicem, znosić znęcanie się psychiczne rodzica, manipulacje, itp., a potem coraz większe poniżanie ze strony rodziny ze względu na to, że staje się dorosłym i nie ma zamiaru tańczyć jak mu rodzina zagra, tylko chce funkcjonować jako niezależna, odpowiedzialna za siebie istota. Ja taką osobą jestem. Dorzuć do tego guza mózgu u mojej zmarłej już mamy oraz jej despotycznego ojca, a mojego dziadka (chociaż on twierdzi, że nie jestem jego wnuczką), którego ekscesów wypisywać nie chcę, bo mi się słabo robi na samą myśl (a temat jest świeży, dosłownie z wtorku, pomijając całe moje życie ;)). Na pewno nie jestem jedyną osobą z takimi perypetiami, ale uwierz mi. Póki ktoś na własne oczy nie zobaczy i jego własne uszy nie usłyszą, to dowiaduję się, że przesadzam, że pewnie wszystko można załatwić rozmową, że wyolbrzymiam. Albo – jak w przypadku osób, którym zaczynam przeszkadzać – że powinnam się już przyzwyczaić. Do czego, przepraszam? Do czegoś, czego nie mogę przewidzieć, bo może być albo ok albo może się skończyć źle?

            Chociaż ja (chyba) nie miałam nigdy myśli samobójczych o których Ty piszesz, więc ustawiam się jeszcze dalej w szeregu osób, które narzekać nie powinny. Ale narzekam, bo nie mogę pogodzić się z faktem, jak ch*jowe jest to, co działo się i jeszcze dzieje się wokół mnie. I dlatego też – ‚przytłaczam złą energią’, bla bla bla.

          • Dla mnie nie jesteś osobą, która narzeka. Mam wśród dalszych znajomych ludzi, dla których życiową porażką jest urwany pedał od roweru albo niemożność znalezienia właściwego rozmiaru ciuchów sportowych. I przeżywają tak cały dzień oraz twierdzą, że mają depresję, a inni bagatelizują ich straszliwie ciężkie życie. Takich ludzi miałam na myśli. Yyy.

  • chodnikowywilk

    Odnalazłam siebie w każdym zdaniu. Dzięki za świetny tekst!

  • Geralt jest osom! 🙂

  • “nie jestem fajna, więc nie będziesz mnie lubić, na wszelki wypadek nie będę z tobą rozmawiać” …auć. Jakby ktoś mi wyjął z głowy nieuporządkowane myśli.

  • Dziękuję!
    Nie jestem sama! Określiłabym się raczej jako osobę melancholijną, but still.
    Słyszę czasem irytujące teksty: „co to za mina? Uśmiechamy się, uśmiechamy!” Brrr! Właściwie dlaczego nie mam prawa mieć miny zgodnie z nastrojem czy temperamentem? Zresztą – świat energicznych wesołków na dłuższą metę jest męczący.

  • Wytłumacz mi jak osoba, która pisze taki teks, z wyczuciem humoru i satyry może siebie nazywać ponurakiem? Wybacz, ale większość twoich tekstów ma poczucie humoru. To, że nie szczebioczesz wokół i wszędzie nie oznacza, że jesteś ponurakiem. Bardzo lubię twoje teksty

    • A jak swiatowej slawy komik moze sie zabic? A moze. To, ze mam poczucie humoru nie oznacza, ze jestem wesola.

  • Ewka

    Jeju, jak ja nie cierpię jak słyszę teksty „no uśmiechnij się” (bo co?),”czemu jesteś wściekła / zdenerwowana / smutna / przygnębiona” (kiedy nie jestem). Taką mnie bóg / natura / rodzice stworzyli, że moja twarz przez większość czasu posiada wyraz tzw. „resting bitch face” (raczej do chirurga do naprawy nie zamierzam z tym chodzić) oraz nie widzę powodów aby chichrać się zewnętrznie co 5 minut z każdej pierdoły, którą widzę albo słyszę…

  • Bycie „radosnym skowronkiem” też może obrócić się przeciwko Tobie i stać się klątwą. Wszyscy wokół Ciebie są przyzwyczajeni, że zawsze się uśmiechasz, zawsze tryskasz radością i energią, pozytywnie i do przodu. A nie daj Boże przyjdzie taki dzień kiedy nie będziesz miała już siły udźwignąć tych kącików ust do góry, kiedy nie masz ochoty się do nikogo odzywać i najlepiej, żeby też nikt nie odzywał się do Ciebie. Nie ma tak łatwo panie! Tańcz i śpiewaj i zabawiaj mnie, nie obchodzi mnie, że źle się czujesz albo masz zły dzień. Nie masz już do tego prawa. Skoro zawsze jesteś uśmiechnięta to tak ma być i koniec. To też bywa bolesne… . Czasami wolałabym być Ponurakiem… .

    • Dopiero potem przeczytałam inne komentarze – i właściwie mój nic nowego nie wniósł… Tak czy siak – olać głupie etykietki i pozwólmy naszym ryjom być sobą i chwytać chwilę, czy to smutną czy wesołą!

  • Bardzo się uśmiałam (z sympatią) czytając ten „ponuracki” tekst. Będę częściej wracać. Dzięki!

  • Klaudia Grzondziel

    Uratowałaś mnie tym wpisem. Będę czytała go jak mantrę. Szczególnie, że ostatnio obracam się w towarzystwie samych skowronków, przy których nie dość, że czuję się jak odludek, to jeszcze czuję się brzydsza, głupsza, mniej fajna i ogólnie – gorsza. I nie mam siły się starać być jak one.

  • Ile razy słyszałam, że jestem zbyt wyniosła.

    No trudno, wolę być uważana za wyniosłą, zimną sukę, niż rozmasowywać obolałe od sztucznego uśmiechu policzki, kiedy nikt nie patrzy. I na zbyt pewną siebie (ta, ciekawe), kiedy zamiast nerwowo chichotać, w milczeniu obserwuję.

    Sekret bycia szczęśliwym smutasem polega chyba na zrozumieniu, że nic na siłę, bo pozwalamy się znaleźć tym, którzy nie szukają w ludziach cukierków i tęczy. A kiedy znajdzie się takich, którzy też to rozumieją, jest się smutasem nie tylko szczęśliwym, ale też całkiem wesołym, czego sobie, Tobie i wszystkim miłośnikom puchatości i dinozaurów życzę 😉

    (swoją drogą, puchate małe dinozaury to już za dużo dobrego, czy jeszcze nie?)

    • Klaudia Wojnarowicz

      Y tymi puchatymi małymi dinozaurami to zależy, czy ma rączki jak t-rex, czy trochę dłuższe, żeby z nich użytek zrobić ;D 😉

  • Dessy Lyn

    Natknęłam się przypadkiem na ten obraz: https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/6/67/Paul_Chabas_-_Ninfa_Loira.jpg i pomyślałam, że przedstawiona kobieta bardzo przypomina Ciebie. :>

  • Renata Strzok

    Świetny tekst. Ostatnio czytam książkę „Introwertyzm to zaleta” Marti Olsen Laney – pomyślałam, że się podzielę. Tytuł brzmi jak z reklamy proszku, ale sama książka pomaga zrozumieć, jak działa mózg introwetyka i dlaczego bycie introwertykiem też jest spoko. Polecam, jeśli ktoś w dochodzeniu do tego wniosku chce się też wesprzeć naukowym uzasadnieniem. 🙂

  • Iska

    Dziękuję 🙂

  • Pingback: Maj – podsumowanie i linkodsiewnia – AG Words and Crafts()

  • Całe życie słyszę: „Berenika, uśmiechnij się. Berenika, co ty taka smutna? Berenika, znowu ktoś ci zjadł ostatni kawałek pizzy?”. Rany boskie, no ja taką twarz mam. Co poradzę. Długo miałam z tym problem tylko dlatego, że innym to przeszkadzało. Ale teraz można to ładnie nazwać syndromem RBF (Resting Bitch Face) i wszystko jasne.
    Też nie potrafię być pogodna. Ktoś musi być ponury. Biorę to na siebie.
    BTW, widzę że data opublikowania jest w moje urodziny – to znak! Zostaję na dłużej <3

  • Zazwyczaj czytam Cię ukradkiem, w sensie: po cichu, ale dzisiaj się odezwę. 🙂 Poruszyłaś temat mi bliski i przysięgam, że choć jestem rasowym ponurakiem z syndromem resting bitch face (co zdaje się przeszkadzać wszystkim wokół bardziej niż mnie samej, może czują się zagrożeni?), UŚMIECHNĘŁAM SIĘ, czytając ten wpis.

  • justti

    Jak ja Cię uwielbiam! Bądź Elfem Pogardy i nigdy się nie zmieniaj <3

  • Shadows

    Dostrzegam pewną różnicę między „słońcami” a „cieniami”. Słońce radosne do Ciebie podejdzie, uśmiechnie, ogrzewa swym blaskiem ciepła i szczęściem. Ale przecież kiedyś zajdzie, i choćby nie wiadomo jak się wołało za nim, wróci jak będzie po prostu taka pora. Cień jest z kolei wszędobylski – w każdym miejscu, o każdej porze. Chociaż chłodny, niewesoły ponurak, to przynajmniej prawdziwy.

    W moim otoczeniu dostrzegam pełno wspomnianych przez Ciebie tych skowronków. Uśmiechnięte od ucha do ucha. Jak się nie czuć przytłoczonym i „innym”, jak wszyscy się tak pchają na nich? A ile razy się okazało, jakie to fałszywe… Rosnąc, dorastając teraz w tym świecie, brak banana na twarzy jest swego rodzaju „grzechem”. Jeśli nie udajesz, że wszystko jest w porządku, to jest źle. Jeśli nie mówisz, że podoba Ci się to co zachwalają, to też jest źle. Jeśli nie ukażesz emocji nad czyimś niekoniecznie obchodzącym Cię żywotem, to też musi być źle. Bądź jak my, skowronki, uśmiechnij się i nuć pod nosem coś, czego nie zrozumieją inni, ale sobie sami dopowiedzą i zaskoczą się tym, jakie te umysły muszą być jasne przez cały swój czas.

    Uśmiecham się w zasadzie tylko, jak komuś uda się mnie rozbawić i nie mam już wyboru, lub jak się z czymś zgodzę, i w sumie tutaj wręcz wypada to uwzględnić. Tekst strasznie mi się spodobał. 🙂

Loading..