• w styl
  • w dniu

Nie mam się w co ubrać

Wpis we współpracy z marką Peek and Cloppenburg

 

Odwieczny dylemat. Jeśli sięgnę pamięcią, pierwszy raz “nie mam w co się ubrać” pojawiło się w mojej głowie około roku 1995, kiedy miałam 8 lat i szłam na klasową dyskotekę andrzejkową. Dyskoteka była kameralna, nie było na niej nikogo, z kim codziennie nie siedziałabym w jednej sali podczas lekcji, lecz z jakiegoś powodu wydawała mi się wtedy punktem zwrotnym w moim krótkim życiu. Do dzisiaj pamiętam zresztą co miałam na sobie pamiętnego wieczoru – była to jeansowa spódnica, jeansowa koszula z wyszywanymi kwiatkami i pożyczone od mamy czarne zakolanówki. Zestaw nie wydawał mi się idealny i wystarczająco szałowy, ale jak wiele razy od tego czasu, pomyślałam, że jakoś ujdzie, grunt to za bardzo się nie spóźnić. Tak więc możemy uznać, że w wieku ośmiu lat stałam się tą kobietą, którą jestem dzisiaj. 

Okresy zadowolenia z szafy i następujące po nich totalne znudzenie jej zawartością jest cykliczne, przewidywalne i przeplatające się niczym w tym wykresie prezentującym epoki w historii literatury – po czasie duchowości i umartwiania nadchodzi okres racjonalizmu i celebracji cielesności i tak dalej, i tak dalej, po wsze czasy. Jednego roku nasza wiedza o świecie opiera się na dowodach naukowych, niedługo później odnajdujemy się w rzeczywistości, w której filmik na youtube z żółtymi napisami i podłożoną dramatyczną muzyką zmienia nasz pogląd na medycynę. Są okresy, kiedy nie chodzę na zakupy w ogóle i wcale mi tego nie brakuje i takie, kiedy otwierając szafę pełną śliczniusich sukienek, czuję na barkach cały ciężar ludzkiej egzystencji, bo TA SZAFA MNIE DZISIAJ NIE WYRAŻA. 

Kwestia wyrażania jest tutaj kluczowa. Wiem, że niektórzy podziwiają Zuckerbergów i innych im podobnych za posiadanie szafy pełnej takich samych T-shirtów, przez co nie muszą tracić mentalnej energii na wymyślanie w co się rano ubrać. Nie ma tu nic do podziwiania, bo fakt, ze Mark czuje się dobrze w takiej samej koszulinie jest mniej więcej tak źródłem sukcesu, jak fakt, że lubi lody czekoladowe. Gdybym sama miała nosić ten sam zestaw przez miesiąc, po czterech dniach zaczęłabym się zamykać w sobie i izolować od społeczeństwa. Niektórzy lubią śpiewać piosenki, inni jeździć szybko samochodem, a jeszcze inni dobierać do siebie ubrania. Lody czekoladowe nie są moralnie lepsze od truskawkowych. 

Duży problem sprawiają mi sytuacje ekstremalne, kiedy nagle znajduję się w rzeczywistości temperaturowo mi obcej. Powiedzmy sobie szczerze, po dwunastu latach na Wyspach Brytyjskich mam wobec pogody pewne oczekiwania. Nigdy nie będzie szczególnie ciepło, ani szczególnie zimno i większość ubrań jest do noszenia przez cały rok. Ten rok był pełen sytuacji wykraczających poza moją regułę i znalazłam się w rzeczywistości, w której pierwszy raz od liceum posiadam kurtkę puchową. Chociaż nie bez znaczenia jest fakt, że był to chyba pierwszy sezon, gdy proponowane w sklepach kurtki puchowe nabrały osobowości. Wciąż mam co do nich pewne wątpliwości, bo spróbuj wyglądać codziennie inaczej w puchowej kurtce, ale ciepełko rekompensuje ewentualne zgrzyty. Jeśli jesteśmy już przy ciepełku, to też dało mi w kość, bo moja szafa słabo radzi sobie z tegorocznymi trzydziestostopniowymi upałami w Londynie. Żar na plaży i żar w drodze do biura to, niestety, nie ten sam problem. 

Odpuściłam już zupełnie oszukiwanie samej siebie po wydaniu większej kwoty, że od teraz nie kupuję ubrań. Oszukiwałam się od lat i jeszcze nigdy nie dotrzymałam słowa. Staram się jedynie raz na jakiś czas skierować swoje fascynacje w jakąś nową stronę, na przykład zmuszając się do kupienia dresu zamiast kolejnej zwiewnej sukienki. Czasami się udaje (dres moja miłość!), zwykle nie. Po prostu nie da się mieć zbyt wielu zwiewnych sukienek, prawda? A potem stajesz przed lustrem, patrzy na te wszystkie sukienki, które akurat dzisiaj Cię nie wyrażają i znowu nie masz się w co ubrać…

 

PS W tym wpisie powinno być zdjęcie mojej szafy, ale od przeprowadzki nie zdążyłam jej jeszcze do końca ogarnąć, dlatego jest zdjęcie jak w dramatycznych okolicznościach myślę o ogarnięciu szafy.

 

 

Od początku tego tygodnia możecie robić zakupy w Peek and Cloppengurg przez internet, sklep marki znajdziecie pod adresem  www.peek-cloppenburg.pl

  • Oh, absolutnie żałuję, że myśl: nie mam się w co ubrać, nie zagościła w mym sercu, jak moja siostra szła do komunii, a ja miałam 6-7 lat i wystąpiłam w: białych rajtkach, lakierkach, halce białej i i fioletowej bluzie w kosmitów. Całość zwieńczył jeden złoty (żółty) klips z ‚brylantem’. Oraz fryzura od garnka 😀 Gdzie byli rodzice i minimum samokrytyki?! 🙂

  • Piękny post, jak ja doskonale rozumiem twój egzystencjalny ból, kiedy „moja szafa mnie dzisiaj nie wyraża” 😉

  • Jestem dokładnie w tym samym punkcie. Po wielkiej rewolucji jestem raczej zadowolona z zawartości szafy i nawet mnie wyraża, ale czasem brakuje mi w niej ‚zwykłych’ rzeczy.
    Paradoksalnie nie lubię mieć (w swoim odczuciu) za dużo, ale zamiast przestać kupować, czasem coś sprzedaję, oddaję, zamieniam. I tak to się kręci. Ale chyba mi po prostu odwaliło, że W KOŃCU mogę wyrażać siebie poprzez ubrania, bo wiem, gdzie mogę się ubrać w swoim rozmiarze i są to fajne ciuchy, a nie ‚cokolwiek, byle by było’.

  • Ja cierpnie na straszliwy dualizm ubierania się – gdy wkładam wielki, czarny t-shirt z jakimś zespołem myślę sobie „No nie, nie jesteś już metalówą z liceum, teraz chciałaś się już ubierać kobieco!”, a gdy dnia następnego ubieram obcisłą koszulkę z sieciówki myślę sobie „Hmm, a może te wielkie t-shirt lepiej mnie wyrażają? Chyba nie do twarzy mi w tym kolorze, a bez czarnego w ubiorze czuję się nieswojo…”. I tak w kółko. Dwa lata temu nosiłam wojskową kurtkę skombinowaną od Straży Granicznej, rok temu nosiłam białą sukienkę, w tym roku noszę strasznie długi kardigan nałożony na strasznie długą koszulę, a moje poprzednie wcielenia zawalają mi szafę i czekają na zmartwychwstanie. Co za karuzela.

    • Ewa Risa Patoła

      O rany, jakbym czytała o sobie.
      Przychodzi etap pod tytułem: musisz przestać ubierać się w czarne t-shirty, legginsy czy bojówki i trampki, masz już 24 lata, stań się w końcu kobietą. Więc idę na zakupy, kupuję jakiś kolorowy sweterek czy elegancką spódnicę, zakładam raz po czym… odwieszam do szafy, kupuję kolejne czarne trampki na platformie i t-shirt zespołu. Myślę, że już znalazłam siebie, no nic, nigdy nie będę stuprocentowo kobieca, jest mi z tym ok – i dokładnie w tym momencie mija mnie jakaś blondwłosa piękność w zwiewnej, błękitnej sukience… I wszystko od początku.

Loading..