e48w
Riennahera

Riennahera

4 rzeczy, których nie nauczą Cię na kursie językowym, a powinni.

Myślę, że obecnie chyba każdy na pewnym etapie życia uczył się jakiegoś języka obcego. Czy to w szkole czy na kursie językowym, dobrowolnie czy pod przymusem, powtarzaliśmy ‘I am’, ‘Ich bin’, ‘Je suis’ i tak dalej. Teoria to jedno, praktyka drugie. Dzisiaj chciałabym przedstawić Wam czego z mojego punktu widzenia (po sześciu latach mieszkania w Wielkiej Brytanii) zabrakło w tych lekcjach.

1.Przekleństwa

Najbanalniejszy banał. Trzeba je znać nie po to, żeby samemu używać, ale żeby rozumieć co o nas i do nas mówią. I żeby prawidłowo zinterpretować czy człowiek biegnący w naszą stronę krzyczy ‘o kur.., uciekaj bracie, bo za nami zapier…. Godzilla!’, ‘o kur.., biegnij za mną bo tam dają za darmo zaje….. pączki’ czy też ‘o kur.., jak cię dorwę to przyp……. i zrobię ci z du.. jesień średniowiecza’. W każdej z tych sytuacji rozumienie przekleństw jest bardzo ważne i bezpośrednio przyczynia się do naszego szczęścia.

Z drugiej strony, kiedy uczymy się tych przekleństw sami z filmów i internetu, możemy nie złapać subtelnych niuansów. W angielskim na przykład ‘szyt’ czy ‘fak’ są nieeleganckie, ale w stresującej sytuacji, kiedy coś idzie nie po naszej myśli możemy od biedy rzucić je publicznie i tragedii nie będzie. Możemy też podczas zakrapianej zabawy nazwać swojego ziomala ‘fakerem’ i wszyscy się pośmiejemy. Są jednak słowa, które widuje się w internecie/tekstach piosenek/w filmach, którymi w najlepszym razie mocno kogoś obrazimy, a w najgorszym dostaniemy w mordę. Po raz kolejny solidna nauka przekleństw ma bezpośredni wpływ na nasz dobrobyt.

2.Rozpoznawanie i rozumienie akcentów

Wyobraźcie sobie taką sytuację (bardziej dla kobiet, ale niekoniecznie). W miejscowości, w której przebywacie grasuje psychopatyczny morderca. Policja ustaliła, że jest blondwłosym Walijczykiem (tylko taki przykład, nie mam nic do Walijczyków). I oto siedzicie w pubie/klubie/na ławeczce w parku/gdziekolwiek lubicie i podchodzi do Was blondwłosy książe z bajki. Odbywacie pasjonującą rozmowę, dzielicie absolutnie wszystkie zainteresowania, na dodatek on wydaje się oszałamiająco bogaty. Ma tylko nieco dziwny akcent, którego trochę nie rozumiemy. Także przed nami rosyjska ruletka…Czy to szkocki książe z bajki? Czy to seksowny australijski surfer? Czy jednak raczej walijski morderca? Szkoda, że nie nauczono nas podstawowych informacji na temat tego, jak mówi się w różnych częściach anglosfery.

A tak zupełnie poważnie, mało kto będzie do nas mówił bez naleciałości i wyraźnie niczym z podręcznika albo przemówienia bożonarodzeniowego królowej. Kiedy po raz pierwszy przyleciałam do Szkocji i wsiadłam w pociąg z lotniska do Glasgow nie rozumiałam prawie niczego i dziwiłam się, dlaczego wszyscy ludzie wokół mnie mówią po niemiecku. A podczas wykładów z dramatu telewizyjnego zastanawiałam się, co to są te ‘duks’ i ‘blud’ w Rodzinie Soprano.

3.Naprawdę pożyteczne zwroty.

W filmie biograficznym o tancerce Isadorze Duncan jest świetna scena, w której podczas pobytu w Rosji Duncan uczy się języka by móc rozmawiać z poetą Sergiejem Jesieninem (zresztą jej przyszłym mężem). Nauczycielka magluje z nią uparcie zwroty typu ‘ten ołówek jest czerwony’. W którymś momencie wzburzona Duncan urządza scenę, bo przecież nie będzie z nim rozmawiać o ołówkach i domaga się nauczenia jak powiedzieć ‘mój złoty chłopcze, masz piękne uda’.

Tych zwrotów jest o wiele więcej i nie ograniczają się bynajmniej do sfery seksualnej. ‘Stawiasz następną kolejkę’, ‘ha ha, ale się upił’, ‘NO SIEMA STARY…ojej, dobry wieczór panie władzo, tutaj wcale nie ma imprezy’ (true story), ‘ojej super impreza, kto mnie zaprosił i kogo tu znam? ojtam, ojtam’ (true story) i tak dalej i tak dalej.
Warto znać też zwroty typu ‘czy chcesz kupić moją rewelacyjnej jakości kokainę’. Po trzech latach nauki francuskiego w szkole nie znałam go, a właśnie o to (a nie jakiego koloru jest tamten ołówek) zapytał mnie wielki Afrykańczyk na Placu Pigalle.

4. Jak nie zrobić z siebie głupka u lekarza.

W każdym podręczniku do nauki angielskiego zawsze była strona z rysunkami kreskówkowych postaci cierpiących na ból głowy, zęba, brzucha czy czegoś jeszcze innego. W rzeczywistości jednak ‘I’ve got a toothache’ to jedynie wstęp, po którym nastąpić musi szczegółowe określenie problemu. A ząb może boleć na mnóstwo różnych sposobów…

Ale ząb to jeszcze mały pikuś. W sytuacji kryzysowej, kiedy od trzech dni nic się nie jadło i z bólu wymiotuje się na neonowo różowy kolor można po prostu iść pod gabinet, zapłakać i rzucając się na fotel w ostatnim przebłysku świadomości oznajmić ‘doktorze, tu boli, jestem cała twoja’. Braki w słownictwie zostają zwykle wybaczone osobie na pięciu paracetamolach (true story). Gorzej, kiedy w godny sposób trzeba opisać lekarzowi pierwszego kontaktu zapalenie pęcherza lub przedstawić historię swego życia ginekologowi.
Oczywiście można się tego wszystkiego nauczyć z czasem samemu, praktyka czyni mistrza, ale ile najemy się wstydu to nasze.

Po kilku moich obserwacjach bardzo liczę na Wasze. Nie ukrywam, najbardziej interesują mnie kompromitujące wydarzenia i zabawne/niezręczne historie.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

62 thoughts on “4 rzeczy, których nie nauczą Cię na kursie językowym, a powinni.”

  1. W przypadku angielskiego, powinni tez uczyć różnic pomiędzy brytyjskim a amerykańskim. Bo czasami Amerykanin będzie patrzył na Ciebie jak na idiotę. A jak usłyszy huk i krzyknie z drugiej części domu czy nic się nie stało, a ty odpowiesz że wszystko jest ok, ale możesz potrzebować ‚plaster’, to Amerykaninowi na myśl przyjdzie nie plaster, a gips… Takie małe nieporozumienie. Przynajmniej się leniwy Amerykanin wtedy pofatyguje, żeby przyciągnąć swoje leniwe Amerykańskie dupsko do Ciebie i samemu sprawdzić, czy żyjesz.

  2. jedyne miejsce, gdzie mnie tego wszystkiego uczyli, to lektoraty na filologii. jak masz pracować z danym językiem, to nie ma tabu.

    1. The paper back edition have 3 kinds of disc, blu-ray, DVD and Digital Copy. And it just cost $ 17.99 right now, the oiiarngl price is $ 34.99. And there is an special edition with breifcase. I found it in this blog. You can check the details in it if your are interested in it.

  3. gramatyka, gramatyka i gramatyka – w szkołach i na kursach. uczę się liceum francuskojęzycznym i non stop tłuką nam gramatykę, która przecież to jest ‚najważniejsza’, nawet jej najmniejsze, ubzdurane zakamarki, a jak się okazuje to wcale nie jest sednem. tylko drażni i odwraca uwagę od nauki komunikowania się z ludźmi i dobrego wysławiania.

    1. I tu tkwi sedno! Ładują nam regułki do głowy, a większość osób nadal ma blokadę językową i nie wie, jak sklecić zdanie, mimo że zna wszystkie zasady używania subjonctif – present i passe, wie wszystko o conditionnelach, zna całego bescherella na pamięć i ma z wszystkich takich testów piątki.

  4. W wieku 17 lat byłam w USA na takiej miesięcznej wymianie, jako jedyna z Polski, no i jako jedynej właśnie mi zaginął na lotnisku w Chicago bagaż. Nowo zaznajomione koleżanki zabrały mnie więc do WalMartu, gdzie miałam zaopatrzyć się w wszystko co najpotrzebniejsze na najbliższy tydzień. Rozważnie sugerowały, co powinnam kupić. W pewnym momencie jedna spytała „Do you need bra?”, ale mnie oczywiście nikt nigdy w Polsce takich intymnych słów nie uczył… Dziewczyny więc musiały mi znaczenie słowa „bra” przekazać pantomimą 😉 Trochę mi było wstyd, że nigdy nie wpadłam na to, aby się dowiedzieć, jak jest po angielsku stanik.
    Przepraszam, że nie udało mi się z tego zrobić zgrabnej historyjki z puentą 😉 Ale sens jest. Uczy się nas, jak są rajtuzy i pantofle, ale o staniku to jakoś panie anglistki zapominają 😉

  5. Stacja benzynowa w jednym z miast w Polsce. Podjeżdża BMW ze srebrnymi felgami, ze środka wysiada dobrze ubrany mężczyzna. Znaczy był dobrze ubrany dopóki się nie odwrtócił – z tyłu żółtej koszulki krzyczał po hiszpańsku napis „puta madre”.
    Pomijając naukę języka warto sprawdzić co głoszą napisy na koszulkach 🙂

    1. Puta madre, to taka firma ubraniowa założona przez byłego mafioza na odsiadce. Słynie z koszulek z takimi właśnie napisami. Jak dobrze pogooglasz to znajdziesz w necie artykuł z machiny na ten temat.

    2. Tutaj daleko posuniętą ostrożnościa wykazuje się moja mama. Nie kupuje żadnych koszulek z obcojęzycznymi napisami, bo „nie wiadomo, czy nie napisano tam czegos głupiego” :)))

  6. ja w tym roku zaczęłam się uczyć włoskiego na kursie i nasza wspaniała nauczycielka ku naszemu NIE POMINĘŁA przekleństw, bardzo przez włochów nadużywanych. prawda, lepiej wiedzieć co do ciebie krzyczą 🙂

  7. Ciekawy wpis, fajnie, że poruszyłaś ten temat 🙂 Wbrew pozorom nawet na filologiach nauka tego, o czym wspomniałaś, nie jest oczywistością – znam to z autopsji, bo kończyłam dwie. Na romańskiej niuansów było mało, najwięcej nauczyłam się sama we Francji, natomiast na hiszpańskiej niezwykle ceniłam sobie cały przekrój słownictwa,jaki nam fundowano do nauki: od literackiego do codziennego i wulgarnego, z wytłumaczeniem, czego, jak i kiedy używać. Bardzo przydatne i ważne, tym bardziej, że i we Francji, i w Hiszpanii sens przekleństw mocno stracił na wadze i można je usłyszeć bardzo często. Jeśli chodzi o akcenty, myślę, że zwyczajnie brak na to czasu na jakimkolwiek kursie i nic nie zastąpi tu praktyki(nie zawsze łatwej, zgadzam się). Wydaje mi się jednak, że teraz kursy językowe są coraz bliżej życia, codziennych sytuacji i szczegółów kulturowych.

    Co do anegdot, mam dwie od przyjaciela, który był we Francji rok na Erasmusie i początki były pełne przygód. Nie mogąc znaleźć mieszkania, nocował przez początkowy okres u kolegi a nowym znajomym mówił „j’habite chez mon copain” – co znaczyło jednak tyle, co „mieszkam u mojego chłopaka”, o czym nie miał pojęcia. Innym razem, załatwiając formalności w banku, rzucił na odchodne uprzejme „merci beaucoup”, z tym, że „ou” wymówił jak „u”, co dało: „merci beau cul”, czyli „dziękuję, świetny tyłek!” ….

  8. Ja na kursie z angielskiego miałam kilka lekcji poświęconych akcentom, jedne z najfajniejszych zajęć :> Nie jestem jednak pewna czy umiałabym zastosować tą wiedzę w praktyce, mam nadzieję, że będę mogła się przekonać wybierając się na wymarzoną podróż do Anglii.

  9. Riennahera jest w formie <3 Mogłabyś powiedzieć jak brzmi tytuł filmu o Duncan? Opisem sceny zrobiłaś mi dzień (a przynajmniej wieczór 🙂

  10. Pamiętam jak poszłam do Woodies DIY i chciałam kupić uszczelkę do okna, zapominając uprzednio sprawdzić w słowniku jak brzmi to słowo. Było śmiesznie i żenująco.

  11. Poza tym spodobał mi się Twój wpis. Bardzo fajnie, że poruszyłaś ten temat. Ja od 3 lat mieszkam w Irlandii i wiem jak to może być. Zwłaszcza z dziwnym irlandzkim akcentem. I naszym niedoborem słownictwa. Różnie się dzieje. 🙂

  12. Najlepsza historia przytrafiła się mojej koleżance na lotnisku we Francji. Lecieliśmy ze znajomymi na wymianę do USA, przesiadaliśmy się się w Paryżu, a jedna koleżanka, Mariola, dość nędznie znała jęz. angielski. Czekając na odprawę podeszła do nas francuska celniczka i oglądając nasze paszporty zadawała mnóstwo pytań. Kiedy przyszła kolej na Mariolę padło pytanie ‚Do you have gun?’ Niczym nie zrażona Mariola mówi pewnie YES. Celniczka trochę zdziwiona pyta dalej „Do you have knife?’ Mariola nadal uparcie kiwa głową mówiąc YES. Jeszcze chwila a przyznała by się do ataków na WTC i członkostwa a Al Kaidzie. Dopiero nasza interwencja i wyjaśnienia, że Mariola ma ‚lekkie’ problemy z językiem uratowały ja przed francuskim dołkiem:)

  13. Ahaha, świetny tekst! Zgadzam się, ze nauka języków w szkołach jest oderwana od realiów. Ja miałam swego czasu szczęście trafić na kursie na świetnego anglistę, prawdziwego pasjonata tego języka i kultury anglosaskiej, więc co nieco przyswoiłam. Ale pierwsze wrażenie po wylądowaniu w Glasgow miałam podobne jak Twoje. A braki w słownictwie odczułam, kiedy chciałam kupić bardzo przydatny na Wyspach drobiazg, a mianowicie przejściówkę. Do tej pory nie wiem, jak sie nazywa; na szczęście sprzedawca był domyślny.

  14. Mialam doslownie takie same wrazenie, gdy po raz pierwszy uslyszalam szkocki akcent. I to ten z Edynburga, czyli – wydawaloby sie, nienajgorszy. Co do smiesznych historii, na wesele zaprosilismy znajomego Szkota, ktory na czas pobytu w Pl zatrzymal sie u moich rodzicow. Na szczescie w pore zainterweniowalam, kiedy moja zastresowana mama stala bezradnie przed barkiem alkoholowym, bo gosc prosil o ‚drink’. Wyjasnilam biedaczce, ze nie chodzi mu o alkohol. Gdyby chcial drinka, powiedzialby raczej ‚coctail’, na co moja mama: to wtedy zrobilabym mu z mleka i truskawek…. Pozdrawiam.

  15. Ooo, kiedyś przyjechał zestaw pięknych Panów prosto z Izraela i, pragnąc w końcu wykorzystać mój hebrajski w praktyce, z uporem coś starałam się przemówić po ichniemu. Całkiem dobrze mi szło, ale w pewnym momencie zrozumienie na twarzy rozmówcy zniknęło, ja zweryfikowałam swoją wypowiedź i okazało się, że przekręciłam jakiś wyraz o literkę. Po przypomnieniu sobie poprawnej formy ucieszona zaczęłam krzyczeć, że „ojej, to nie przez cadik, tylko przez zajn”. Przystojny Pan natomiast przyznał, że owszem, teraz wszystko jasne, ale, tak na przyszłość, nie powinnam tak głośno krzyczeć „zajn”, bo dzisiaj tego wyrazu o wiele częściej używa sie w kontekście męskich genitaliów niż alfabetycznym.

  16. jako, że studiowałaś w Szkocji, mam pytanie. wiem, że google nie gryzą ale nie potrafię znaleźć albo jestem ślepa. czy można się ubiegać o jakieś dofinansowanie na studiach magisterskich do czesnego na szkockich uczelniach albo nawet stypendium pokrywające całość? patrząc głównie na zarobki, a nie wyniki w nauce. będę wdzięczna za odpowiedź, pozdrawiam 🙂

    1. Niestety nie można. Przyznawane są zwykle 2-3 stypendia na wydział (w zależności od wydziału) i bazują jedynie na wynikach w nauce, osiągnięciach, oryginalności planowanych badań etc. Nie znam osobiście nikogo, kto dostałby to stypendium na jakimkolwiek kierunku humanistycznym.

    2. Na studia licencjackie każdy z Unii Europejskiej (oprócz Anglików i Walijczyków 😉 dostaje ‚stypendium’ po złożeniu aplikacji. Wygląda to tak, że dostajesz się na kierunek, składasz od razu podanie, zostajesz zaakceptowana (każdy zostaje, no chyba, że jest dzieckiem milionera) i tyle formalności.

  17. jakie to są np. przekleństwa, którymi można kogoś naprawdę urazić lub dostać w mordę? jakieś podejrzenia co do tego mam, ale nie jestem pewna więc pytam:)

    1. Przede wszystkim C U Next Tuesday. Na przykład w Seksie w Wielkim Mieście Carrie beztrosko mówi to sobie z psiapsiółkami przy obiedzie i można pomyśleć, że to takie tam fikuśne

  18. Na erasmusowej imprezie po kilku piwach stojąc wśród w większości nowo poznanych znajomych wypaliłam zauważając, że jestem najniższa z towarzystwa „I should have worn heels, you’re all so high”. Oczywiście chodziło mi o tall.

    I powinni nas nauczyć w szkole jak flirtować w obcym języku, po polsku jest to już wystarczająco trudne

    1. Zdecydowanie powinni! Albo uczyć small talku na imprezie czy nawet spotkaniu branżowym, żeby nie stać pod ścianą jak ostatni kołek. Jak już wspomniałam, to wszystko przychodzi samo z czasem, ale ten czas może być dla jednego krótszy, a dla drugiego o wiele, wiele dłuższy.

  19. Mieszkam w Szwecji i uczyłam się szwedzkiego w szkole językowej. Pewnego dnia na zajęciach miałam wyjść na środek i zrobić taką kilkuminutową prezentację o swoim kraju. Zaczęłam mówić o polskich zwyczajach i chciałam wspomnieć, że czasami mężczyźni całują kobiety w rękę na przywitanie, ale zamiast tego powiedziałam, że mężczyźni sikają kobietą na rękę. Cała klasa pękęła ze śmiechu, a ja dopiero po chwili zorientowałam się o co chodzi. Upss.. teraz to śmieszna histotia, ale wtedy spaliłam się ze wstydu 🙂 Kissa (kisa) robić siku, a kyssa (śisa) po szwedzku całować, taka mała róźnica, a tyle śmiechu. Zrobiłam jeszcze mnóstwo innych błędów, ale to zapamiętałam najbardziej. Pozdrawiam!

  20. Zgadzam sie. Mieszkam w UK od trzech lat. Bywalo roznie.

    1. Wycieczka latem, bylo upalnie a zaraz potem lalo jak z cebra. Przemoklam na calego a mialam na sobie urocza biala bluzeczke. W polaczeniu z deszczem swiecilam cyckami na kilometr (70 E, pozdrawiam). POstanowilam szybko kupic nowy stanik aby kontynowac wycieczke bez krepacji, wchodze do sklepu….i… Hi, Do u sell… erm….(kur..jak jest stanik..?) Glupi usmiech. Erm… Do u sell breast holter? Nie skomentuje.

    2. Imprezy studenckie, drinking games, przyznanie sie do wyczynow seksulanych, ukryte zarty z podtekstem… Tak, pierwsze imprezy w akademiku to kopalnia nowych zwrotow, slowek, nazewnictwa genitaliow i pozycji seksualnych. Nie zlicze ile razy powiedzialam ze zrobilam cos czego w sumie nie zrobilam (ale myslalam ze to cos niewinnego a okazalo sie jakas wyuzdana pozycja rodem z brudnych filmow)…

    3. Drobne przedmioty codziennego uzytku – doladowac telefon (charge, to tylko do baterii sie odnosi…); zmywacz do paznokci; waciki; nitka do zebow; pigulki antykoncepcyjne; deska do krojenia; szczotka do kibla; i takie rozne…

    1. Co do punktu drugiego, nie raz zdarzyło mi się powiedzieć podczas kółka telewizyjnego ‚I’m doing camera’ (ogólny śmiech), no i mój hit – ‚I just came’ kiedy dopiero przyszłam na spotkanie…

  21. Hej, mam pytanie tak średnio dotyczące posta.. 😉
    Co lepiej zdawać- IELTS czy TOEFL- jeśli się chce studiować w UK?

    Pozdrawiam.
    Magda.

    1. Ha, niestety nie wiem. Zdawałam CAE i zaakceptowali. Osobiście myślę, że jest to obojętne, ale najlepiej zadzwonić do sekretariatu wydziału, zawsze są bardzo mili i pomogą szybko rozwiać wątpliwości.

  22. Pamiętam, jak byłam skołowana, kiedy Anglicy witali się ze mną krótkim „Right?”. potem się okazało, że to był skrót od „Are you all right?”, co wcale nie ułatwiło sprawy, bo co tu na takie powitanie odpowiedzieć? Można by „I’m fine, how are you?” ale często to „right” było rzucane w biegu i nie było można nawiązać aż tak rozbudowanej konwersacji. Później się okazało, że na „Right?” odpowiada się „Right!”. Ale ciągle mam dylemat co odpowiadać na „you right?”, „you ok?”, bo wydaje mi się niegrzeczne skwitować tylko „yes, thanks” A nie zawsze w biegu jest czas na „and you?”.

    No i byłam też zdziwiona, jak często używa się w różnych sytuacjach słowa „Cheers”, które dla mnie było toastem przy piciu. A tu okazuje się, że to znaczy również „dzięki” i „na razie” 🙂 Często występuje w zestawie „Cheers mate”, co znaczy „dzięki koleś” 😉 Ale „mate” może być zarówno twoim kumplem („he’s my best mate”), ale i nieznajomym, czy np. kierowcą w autobusie.

    A propos przekleństw to pamiętam, jak znajomy Pakistańczyk prawie na śmierć się na mnie obraził, kiedy po tym jak wygrał w zakładowej loterii, nazwałam go „Lucky bastard”. Wyrażenie, które kiedyś pewnie usłyszałam w jakimś amerykańskim filmie, dla muzułmanina było bardzo obraźliwe.

    I jeszcze a prospos Pakistańczyków i akcentów – do dzisiaj się śmieję, jak przypomnę sobie rozmowę telefoniczną w sprawie przyznania mi National Insurance Number (który każdy legalnie pracujący w UK musi otrzymać). I to, jak poległam na pytaniu „What EAR did you come to the UK?”. Po kilkukrotnym powtarzaniu pytania podirytowany pan zaproponował mi tłumacza, i okazało się, że to był „year” a nie „ear”…

  23. mi się zawsze wydawało, że jestem strasznym cwaniakiem jeżeli chodzi o angielski, bo spędzilam dzieciństwo w kraju anglojęzycznym, gdzie perfekcyjnie opanowałam język, a później studiowałam anglistykę. kilkanaście lat spędzonych w polsce zrobiło jednak swoje i jakiś czas temu przeżyłam horror. kontakt twarzą w twarz: ok, lekarz: nie ma sprawy, casualowe i półwulgarne rozmowy: jasne. to, co mnie zabiło, to rozmowa telefoniczna, kiedy w pokoju hotelowym w stanach nie działał internet, chociaż powinien. po pierwsze okazało się, że nie znam sposobu na naturalne i grzeczne rozpoczęcie i zakończenie rozmowy, po drugie słownictwo związane z komputerami, kablami i sieciami, które nawet po polsku jest dla mnie mocno intuicyjne, po angielsku jest po prostu poza moim zasięgiem. stra-szli-we.

  24. ponad piec lat w Holandii (przeprowadzalam sie z bardzo bierna i bardzo znikoma znajomoscia angielskiego i zerowa holenderskiegop czy niemieckiego), a od prawie osmiu lat Irlandia (w tejze trzy rozne regiony, trzy kompletnie rozne akcenty)
    tego o czym piszesz NIE DA sie nauczyc na kursie, mozna o tym na kursie powiedziec, ale naprawde nauczysz sie tylko mowiac w danym jezyku…
    kocham z calego serca roznice akcentow (np.w australijskim wydaniu „cheese sandwich” brzmi jak „chase sandwich”)
    akcent Cork jest bardzo spiewny, donegalski bywa zblizony do szkockiego a w Gaeltacht ludzie wtracaja irlandzkie slowka (albo mowia po irlandzku i wtracaja angielskie, czasem ciezko pwoeidziec ktora to wersja)
    w Kerry, w Connemarze, w Polnocnej Irlandii zdarza mi sie nie rozumiec polowy wypowiedzi, ktora w teorii jest po angielsku..UWIELBIAM TO
    a szkocki akcent robi ze mnie galaretke, miekna mi kolana i w ogole miodzio
    a na zakonczenie moj ulubiony skecz:
    http://www.youtube.com/watch?v=sAz_UvnUeuU

    1. Nie da się nauczyć płynnie, ale można poznać podstawowe brzmienia tak, żeby rozpoznać np. Szkota, Amerykanina, Irlandczyka i tak dalej. Wszelkie zajęcia z listeningu w 95% czytane są przez osoby bez żadnego miejscowego akcentu.

      Też kocham akcenty i nie umiem już oglądać niczego z lektorem. A już w ogóle nie wiem po co oglądać zagłuszane Downton Abbey.

  25. Dzień, w którym poznałam różnicę między funny i fanny. Niechcący obrażając klientkę. Jeśli wrócę na stałe do Polski, nic tylko organizować taki kurs języka użytkowego 🙂

  26. Siostra mojego narzeczonego zrobiła kiedyś awanturę swojemu angielskiemu chłopakowi ,ze pod wiadomością do dobrej znajomej napisał..all right.C u luv..Byla wielka awantura,i płakała..tłumaczyłam jej ,ze anglicy tak piszą i mówią..Ok darling,ok sweet pie…cheers babe…don’t worry luv(love)…i love you nie znaczy zawsze ze ktoś nas kocha..Niestety w szkole w Polsce nie naucza cie prawdziwego mówionego jezyka..
    cheers,
    Jo:)

    1. Im dalej na północ tym więcej osób nas kocha. W Yorkshire to w ogóle każdy, mężczyzna, kobieta, młodszy, starszy, każdy 🙂 Uważam to akurat za urocze. Chociaż do dzisiaj w pracy zastanawiam się, czy to sympatia czy ironia, kiedy koleżanka nazywa mnie ‚babe’, ‚hun’ albo ‚darling’.

    2. Oby,kulatfd spodky :-)))) To jsem ještě neslyšela. Spodky mi připadaly vždycky spedš trojfahelnedkove9 :)ratka žena mnrhoouke1 obojetne1! Oooo.TS,no pre1vě že roj nic nedostal. Mohla bych ho třeba pozvat na nějake9 obsce9nned jeddlo co cheesburger třeba ? 🙂

  27. Mnie najbardziej rozbawiła opowieść z dreszczykiem kolegi. Wyjechał że on na czas niedługi do Australii służbowo, ale że informatyk to władał jedynie angielskim specjalistycznym i nie w głowie mu żadne słówka codzienne. W drodze powrotnej przy kontroli bezpeczeństwa pyta się go pan ze straży granicznej czy ma przy sobie jakieś płyny. Na co kolega z szerokim uśmiechem, zamiast powiedzień sparkling water odrzekł że ma explosive water.
    Na szcześćie współtowarzysze zareagowali szybkim wyjaśnieniem a strażnik chyba miał dobry dzień bo po wyjaśnieniach wpuścił kolegę na pokład samolotu z upomnieniem by uważał następnym razem gdyż podróż morska z Australii do Europy trwa 7 tygodni…

  28. Ooo ,trafiłaś w mój temat:)
    Studiowałam lingwistykę angielską i pewnego pięknego dnia na zajęciach jeden z wykładowców zrobił nam z pozoru prosty test na rozróżnianie brytyjskiego i amerykańskiego angielskiego. 3/4 grupy na tym poległo. Ja obecnie edukuję się w kwestii akcentów oglądając brytyjskie seriale, niestety takie wyłapywanie różnic jest strasznie dla mnie trudne i ciągle mam problemy nawet z podstawowym rozróżnianiem akcentów. Dość stwierdzić, że kiedyś zostałam niemal zlinczowana na pewnym forum, gdyż stwierdziłam, że pewien aktor mówi z akcentem irlandzkim, podczas gdy jego akcent był liverpoolski. A przeprowadzka do Derby kilka miesięcy temu była moim osobistym dramatem pod tym względem – nagle się okazuje, że „siedzę w angielskim” od 6 roku życia, kończyłam studia językowe, nie mam problemu z czytaniem w oryginale i znam z pierdyliard słówek, a nie rozumiem co do mnie mówi pani w sklepie i mam „lagi”, gdy z kimś rozmawiam. No normalnie deprecha 😉
    A co do polskich wulgaryzmów to polecam ten angielski tekst o słowotwórstwie. Stare to, ale ciągle mnie strasznie bawi:)
    http://ja.rafi.pl/2005/09/12/pierdolic/

    Last, but not least: tekst o Isadorze rządzi!!

  29. Moi brytyjscy znajomi twierdzą, że mam „słodki irlandzki akcent”. Jeśli tak, to cud, że mnie rozumieją, bo pewien Irlandczyk, gdy poprosiłam o powtórzenie, powiedział „ach, zapomniałem, że powinienem otwierać usta„. Od tej pory zawsze, gdy czegoś nie zrozumiemy, mówimy „otwieraj usta, gdy do mnie mówisz” 😉

  30. Zgadzam się totalnie! Ja jak wyjechałam do Anglii 3 lata temu, mimo iż język znałam, ledwo się dogadywałam. Uczą nas podręcznikowego języka, wbijają nam reguły gramatyczne na pamięć, a tak naprawdę Anglicy nie używają aż tyle czasów co miałam w szkole (no, a przynajmniej w normalnych rozmowach, nie jakichś oficjalnych). Angielskiego douczyłam się dzięki rozmowom z ludźmi (jak się tego wstydziłam na początku lol), mojemu chłopakowi oraz pracy w restauracji (gdzie dowiedziałam się jak jest talerz czy miska po angielsku)

  31. Dzięki Tobie odkryłam, że po trzech latach romanistyki jestem w stanie sprzedać kokainę używając trzech różnych rejestrów językowych, ultra grzecznego, formalnego i potocznego. Muszę przemyśleć ścieżkę kariery. Dziękuję. <3

  32. Paulina Stuchlik

    Ja pojechałam na wakacje do rodziny mojego chłopaka, również do Derby, byłam w ciężkim szoku jak się okazało, że nie rozumiem większości, a studiuję filologię angielską. Także doskonale Cię rozumiem 😛

  33. Beata Pytlakowska

    Nie chciało mi się wracać z pracy do domu na piechotę. Chciałam zapytać kolegę czy mnie podwiezie. Więc zapytałam: „would you like to give me a ride” 😉 Zgodził się od razu 😉

  34. Z moich doświadczeń u zagranicznych (niemieckich) lekarzy: trzeba znać kilka podstawowych zwrotów – wynotowywałam sobie co ważniejsze przed wizytą, żeby nie pomylić trzustki z tarczycą – a resztę załatwiałam gestykulacją, mimiką, onomatopejami i pokazywaniem palcem, gdzie boli. I przynosiłam ze sobą opakowanie po lekach, które brałam wcześniej na takie przypadłości. Wystarczało 😀

    Co do wymowy, oczywiście że lokalna w niczym nie przypomina tej, której mnie uczyli dawno temu w szkole. A o dialekcie alemańskim czy szwajcarskim nawet się nie zająknęli (zdumienie stulecia – mimo że w północnej Szwajcarii językiem urzędowym jest niemiecki, to ludność miejscowa wcale nie mówi po niemiecku).

    Przekleństw staram się nie uczyć, bo to takie słowa, które nieproszone najłatwiej się zapamiętują, a ja nie lubię przeklinać. W ogóle to czasem nierozumienie tego, co ktoś mówi, jest wygodniejsze niż rozumienie.

  35. To się już troszkę zmieniło. Teraz podręczniki są tak pisane, że część listeningów jest czytana w różnych akcentach i jest tego więcej niż kiedyś. Serio. Pamiętam minę jednego z moich dorosłych początkujących uczniów po wysłuchaniu listeningu w którym lektor mówił naprawdę bardzo zrozumiałym szkockim. Szok, niedowierzanie i uraza 🙂

    Rzadko w podręcznikach pojawia się natomiast akcent amerykański, bo Ameryka nie jest w Europie (surprise surprise 🙂 ) a przyjmuje się, że uczymy się angielskiego z naszego najbliższego „kręgu kulturowego”. Boleję nad tym jako miłośniczka amerykańskiego akcentu, ale biorąc pod uwagę ostatni kierunek emigracji taka polityka jest w sumie chyba lepsza.

    Szkoła czy kurs pewnie nikogo nie przygotuje na akcenty, tego jest po prostu za dużo :), ale nauka nigdy nie idzie w las. I nawet jeśli człowiek zna tylko taki podręcznikowy angielski, to i tak ma lepiej. To znakomity punkt wyjścia, żeby wiedzę pogłębić.
    Nawiasem mówiąc polecam wideo, na którym Hugh Laurie i Ellen odpytują się nawzajem z brytyjskiego i amerykańskiego slangu. Niby ten sam język a jednak inny.
    https://www.youtube.com/watch?v=wYmrg3owTRE

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry