e48w
Riennahera

Riennahera

4 rzeczy, których nie nauczą Cię na kursie językowym, a powinni.

Myślę, że obecnie chyba każdy na pewnym etapie życia uczył się jakiegoś języka obcego. Czy to w szkole czy na kursie językowym, dobrowolnie czy pod przymusem, powtarzaliśmy ‘I am’, ‘Ich bin’, ‘Je suis’ i tak dalej. Teoria to jedno, praktyka drugie. Dzisiaj chciałabym przedstawić Wam czego z mojego punktu widzenia (po sześciu latach mieszkania w Wielkiej Brytanii) zabrakło w tych lekcjach.

1.Przekleństwa

Najbanalniejszy banał. Trzeba je znać nie po to, żeby samemu używać, ale żeby rozumieć co o nas i do nas mówią. I żeby prawidłowo zinterpretować czy człowiek biegnący w naszą stronę krzyczy ‘o kur.., uciekaj bracie, bo za nami zapier…. Godzilla!’, ‘o kur.., biegnij za mną bo tam dają za darmo zaje….. pączki’ czy też ‘o kur.., jak cię dorwę to przyp……. i zrobię ci z du.. jesień średniowiecza’. W każdej z tych sytuacji rozumienie przekleństw jest bardzo ważne i bezpośrednio przyczynia się do naszego szczęścia.

Z drugiej strony, kiedy uczymy się tych przekleństw sami z filmów i internetu, możemy nie złapać subtelnych niuansów. W angielskim na przykład ‘szyt’ czy ‘fak’ są nieeleganckie, ale w stresującej sytuacji, kiedy coś idzie nie po naszej myśli możemy od biedy rzucić je publicznie i tragedii nie będzie. Możemy też podczas zakrapianej zabawy nazwać swojego ziomala ‘fakerem’ i wszyscy się pośmiejemy. Są jednak słowa, które widuje się w internecie/tekstach piosenek/w filmach, którymi w najlepszym razie mocno kogoś obrazimy, a w najgorszym dostaniemy w mordę. Po raz kolejny solidna nauka przekleństw ma bezpośredni wpływ na nasz dobrobyt.

2.Rozpoznawanie i rozumienie akcentów

Wyobraźcie sobie taką sytuację (bardziej dla kobiet, ale niekoniecznie). W miejscowości, w której przebywacie grasuje psychopatyczny morderca. Policja ustaliła, że jest blondwłosym Walijczykiem (tylko taki przykład, nie mam nic do Walijczyków). I oto siedzicie w pubie/klubie/na ławeczce w parku/gdziekolwiek lubicie i podchodzi do Was blondwłosy książe z bajki. Odbywacie pasjonującą rozmowę, dzielicie absolutnie wszystkie zainteresowania, na dodatek on wydaje się oszałamiająco bogaty. Ma tylko nieco dziwny akcent, którego trochę nie rozumiemy. Także przed nami rosyjska ruletka…Czy to szkocki książe z bajki? Czy to seksowny australijski surfer? Czy jednak raczej walijski morderca? Szkoda, że nie nauczono nas podstawowych informacji na temat tego, jak mówi się w różnych częściach anglosfery.

A tak zupełnie poważnie, mało kto będzie do nas mówił bez naleciałości i wyraźnie niczym z podręcznika albo przemówienia bożonarodzeniowego królowej. Kiedy po raz pierwszy przyleciałam do Szkocji i wsiadłam w pociąg z lotniska do Glasgow nie rozumiałam prawie niczego i dziwiłam się, dlaczego wszyscy ludzie wokół mnie mówią po niemiecku. A podczas wykładów z dramatu telewizyjnego zastanawiałam się, co to są te ‘duks’ i ‘blud’ w Rodzinie Soprano.

3.Naprawdę pożyteczne zwroty.

W filmie biograficznym o tancerce Isadorze Duncan jest świetna scena, w której podczas pobytu w Rosji Duncan uczy się języka by móc rozmawiać z poetą Sergiejem Jesieninem (zresztą jej przyszłym mężem). Nauczycielka magluje z nią uparcie zwroty typu ‘ten ołówek jest czerwony’. W którymś momencie wzburzona Duncan urządza scenę, bo przecież nie będzie z nim rozmawiać o ołówkach i domaga się nauczenia jak powiedzieć ‘mój złoty chłopcze, masz piękne uda’.

Tych zwrotów jest o wiele więcej i nie ograniczają się bynajmniej do sfery seksualnej. ‘Stawiasz następną kolejkę’, ‘ha ha, ale się upił’, ‘NO SIEMA STARY…ojej, dobry wieczór panie władzo, tutaj wcale nie ma imprezy’ (true story), ‘ojej super impreza, kto mnie zaprosił i kogo tu znam? ojtam, ojtam’ (true story) i tak dalej i tak dalej.
Warto znać też zwroty typu ‘czy chcesz kupić moją rewelacyjnej jakości kokainę’. Po trzech latach nauki francuskiego w szkole nie znałam go, a właśnie o to (a nie jakiego koloru jest tamten ołówek) zapytał mnie wielki Afrykańczyk na Placu Pigalle.

4. Jak nie zrobić z siebie głupka u lekarza.

W każdym podręczniku do nauki angielskiego zawsze była strona z rysunkami kreskówkowych postaci cierpiących na ból głowy, zęba, brzucha czy czegoś jeszcze innego. W rzeczywistości jednak ‘I’ve got a toothache’ to jedynie wstęp, po którym nastąpić musi szczegółowe określenie problemu. A ząb może boleć na mnóstwo różnych sposobów…

Ale ząb to jeszcze mały pikuś. W sytuacji kryzysowej, kiedy od trzech dni nic się nie jadło i z bólu wymiotuje się na neonowo różowy kolor można po prostu iść pod gabinet, zapłakać i rzucając się na fotel w ostatnim przebłysku świadomości oznajmić ‘doktorze, tu boli, jestem cała twoja’. Braki w słownictwie zostają zwykle wybaczone osobie na pięciu paracetamolach (true story). Gorzej, kiedy w godny sposób trzeba opisać lekarzowi pierwszego kontaktu zapalenie pęcherza lub przedstawić historię swego życia ginekologowi.
Oczywiście można się tego wszystkiego nauczyć z czasem samemu, praktyka czyni mistrza, ale ile najemy się wstydu to nasze.

Po kilku moich obserwacjach bardzo liczę na Wasze. Nie ukrywam, najbardziej interesują mnie kompromitujące wydarzenia i zabawne/niezręczne historie.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry