Jak się ubrać na siłownię

W dzisiejszym wpisie w pewien sposób kontynuuję temat z przedwczoraj. Ubranie ma wielki wpływ na samopoczucie i niemal w każdej sytuacji lepiej wyglądać dobrze niż niedobrze. Niemal w każdej, bo myślę, że na przykład porodówce czy oddziale intensywnej terapii nie ma to dla nikogo większego znaczenia, ale nie bądźmy czepialscy.

Siłownia to nie jest moje ulubione miejsce. Nie do końca jest mi łatwo przekonać się, że zamiast na kanapie z serialem, książką lub czasopismem wolę spędzić 45 minut na wysiłku fizycznym wśród obcych umięśnionych ludzi, którzy w przeciwieństwie do mnie wiedzą co robią. Niestety, za późno na żale, trzeba było o tym myśleć kilka lat temu, kiedy potrafiło się pochłonąć za jednym podejściem słoik dżemu.

Do niedawna przed wyjściem zakładałam na siebie co popadnie. Stare getry, przypadkowy T-shirt, kuse spodenki z dna szafy. Po pierwsze zajmowało to czas i irytowało, bo zwykle nie mogłam znaleźć zbyt wiele rzeczy nadających się na siłownię. Mówcie ile chcecie, że w tej okoliczności ubranie nie jest ważne, ale dziwnie biegać na bieżni w koronkowej koszulce. Po drugie i o wiele ważniejsze, czułam się w tych przypadkowych ciuchach okropnie. Nie żeby ktoś krzywo na mnie spojrzał. W całej mojej karierze fitness nie przypominam sobie ani jednego razu, żeby ktoś na siłowni zawracał sobie głowę patrzeniem na innych. Jesteśmy tam dla siebie. Jest jednak powód, dla którego w każdym odcinku Czarodziejka z Księżyca przechodziła sexy transformację, a Superman zdzierał ukradkiem prochowiec i odsłaniał obcisłe galoty. Ponieważ kiedy zakładamy strój 'do czegoś' (czy to do walki z demonami czy z tłuszczem) to zaczyna nam się chcieć. Kiedy widzę się w lustrze w rozciągniętej podkoszulce wśród umięśnionych facetów czuję się jak ameba pełzak, bo rozciągnięta podkoszulka ma to do siebie, że idealnie podkreśla wszystkie elementy ciała mogące wywołać kompleksy. Kiedy widzę w lustrze, że jest tak makabrycznie to już nie ma po co się wysilać, bo przecież i tak nic z tego nie będzie. Sama jestem sobie najgorszym wrogiem.

Po zainwestowaniu w stroje nadające się wyłącznie do wysiłku fizycznego obserwuję u siebie istotne zmiany. Przestałam odczuwać amebowatą bylejakość. Nagle okazuje się, że moja pupa czy brzuch nie są wcale tak rozlazłe jak mi się wydawało kiedy miałam na sobie rozlazłe getry. Właściwie to wyglądam całkiem laszczo. A wiadomo – jeśli czuję się na siłowni laszczo to częściej tam zawitam. Poza tym koro zamiast w kolejną sukienkę z Topshopu zainwestowałam w portki, w których nie da się pokazać nigdzie poza siłownią i w te głupie śliskie koszulki, to nie mogę pozwolić im się marnować. Wzgardzona sukienka nie wybaczyłaby kolejnej zniewagi.

Zatem drżyjcie tłuszczowe demony. Nadchodzi Czarodziejka Co Nie Je Marsa.

Jak się ubrać na siłownię

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry