Zeszłoroczna przeprowadzka przyniosła kolejną zmianę paradygmatu w moim życiu. Wśród Mount Everestów ubrań i przy zawodzeniu mego umęczonego ciężarem kartonów mężczyzny zdałam sobie sprawę, że mam problem. Wciąż zdawałam sobie sprawę z problemu, kiedy w mojej nowej sypialni i w nowym salonie nie było na podłodze miejsca do chodzenia. To nie jest hiperbola, zupełnie serio nie było. Przez pewien okres moje zestawy do pracy składały się z zupełnie przypadkowych rzeczy, które akurat znalazłam na wierzchu pudła, bo przekopywanie się przez sterty było ciężką fizyczną pracą.

Odkąd wyprowadziłam się na studia wpadłam w zakupowy szał i kiedy tylko po zapłaceniu rachunków i kupieniu jedzenia coś mi zostawało, wydawałam ile mogłam na ubrania. Dodajmy, że wątpliwej jakości. W najgorszym okresie tydzień bez Primarczka był tygodniem straconym. Nie ukrywam, że blog odegrał tu niechlubną rolę, bo patrząc na wciąż to nowe ubrania na zdjęciach u innych blogerek nakręcałam się na wciąż nowe zakupy. Jak długo cieszyłam się z tych ubrań? To zależy. Z niektórych sztuk cieszę się do dzisiaj i mogłabym nosić je niemal codziennie. Myślę, że jest to maksymalnie 30% mojej szafy. Cała reszta jest mi do szczęścia zupełnie niepotrzebna, a wręcz doprowadza mnie do płaczu, kiedy wala się po podłodze i robi sztuczny tłok. Chcę mieć tylko rzeczy, które mnie uszczęśliwiają. Nie muszę udawać hollywoodzkiej celebrytki z szafą wielkości wolnostojącego domu. Nie imponuje mi Carrie Bradshaw (która ze swojej serialowej pracy nie byłaby w stanie opłacić swojego stylu życia, ale to już zupełnie inna historia).

Znienacka pojawiła się we mnie też niechęć do innego mrocznego aspektu zakupoholizmu. Kiedy myślę o tym, że moje zarobione umiarkowanie ciężką pracą 70 funtów mam wydać na rzecz zrobioną przez kogoś, kto w fabryce spędza większość życia i nigdy nie zobaczy naraz 70 funtów, robi mi się niedobrze. Tak zupełnie fizycznie jest mi słabo, że mój ach i och lajfstajl z Zary fundowany jest przez zarabiających 44 centy na godzinę Chińczyków czy Hindusów. Jeśli kupuję szczęśliwe jajka trzykrotnie droższe od tych z hodowli klatkowych, bo żal mi kurek, to wydaje mi się oczywistością potrzeba zwracania uwagi na metki.

Jesteśmy wychowani w kulturze posiadania jak największej ilości badziewnych przedmiotów. To kultura, która doskonale zdaje sobie sprawę, że każdy T-shirt z Primarka, H&Mu, Zary czy innego Reserved szyty jest w warunkach, które w Europie czy USA uznane byłyby za skandaliczne i niewolnicze. I ma to gdzieś. Nasze życie jest przecież warte więcej niż życie jakiegośtam Azjaty szyjącego te tanie T-shirty, one się nam należą jak psu buda. Posmucimy się nad losem ofiar zawalonej fabryki, nie kupimy tej czy innej koszulki, ale kupimy za to dziesięć innych. Też z Azji. To kultura, w której jedzenie organicznej żywności i nienoszenie ubrań z sieciówek to 'styl życia’. Dla bogatych albo dla hipisów. Kultura, w której w ogóle istnieje określenie 'organiczna żywność’. A metki z USA czy Europy (tak od Polski na zachód) mogą służyć do budowania wizerunku marki.

Myślałam, że jeśli przejdę się do sklepu, w którym za koszulę zapłacę nie 10 czy nawet 40 funtów, a 140 funtów, to dostanę etycznie wykonaną jakość. Bardzo liczyłam też na butiki małych europejskich marek. Mała europejska marka totalnie musi szyć na miejscu, nie? Jednak nie. Czuję się jak totalny snob i dziwoląg, kiedy w każdym jednym sklepie, do którego chodzę, z uwagą studiuję metkę każdej bluzki czy sukienki i te z Azji odwieszam. Czyli właściwie wszystkie. Nie mogę powiedzieć, że nie kupię już niczego z Zary czy Topshopu czy jakiejkolwiek innej marki szyjącej na Dalekim Wschodzie. Głównie dlatego, że 90% ubrań w UK pochodzi z importu. Ale przynajmniej doszłam do stanu świadomości, w którym takie zakupy nie sprawiają mi żadnej przyjemności, bo bycie sexy lajfstajlo-zakupoholiczką z importującej z Azji sieciówki jest…no kurczę, moim zdaniem słabe (kto chce może się obrażać). I w którym wiem, że naprawdę, naprawdę nie potrzebuję trzydziestu koszulek. Wystarczy mi pięć koszulek wyczesanych w Kosmos, szytych przez szczęśliwych pracowników.

Mam wrażenie, że tekst był do tego momentu otchłanią rozpaczy, ale zupełnie nie to ma na celu. Odwyk ma to do siebie, że jest nieprzyjemny, ale na dłuższą metę dobry. I jest w tym wszystkim dużo radości – z wyprzedawania ubrań (świetna, cudna zabawa), z wolnego miejsca w szafie, ze stanu konta, z tego, że maksymalnie ograniczając ilość kupowanych rzeczy mogę pozwolić sobie na rzeczy droższe, lepsze i bardziej mnie uszczęśliwiające. I na lepsze prezenty świąteczne dla bliskich. Oraz wyjazd do Paryża. Oraz na każde wyjście do hipsterskiej knajpy, na które przyjdzie mi ochota.

Nie oszukujmy się. Żadne ubranie nie da Ci tyle radości co mleczny koktajl i micha naleśników z syropem klonowym. Żadne.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry