Zeszłoroczna przeprowadzka przyniosła kolejną zmianę paradygmatu w moim życiu. Wśród Mount Everestów ubrań i przy zawodzeniu mego umęczonego ciężarem kartonów mężczyzny zdałam sobie sprawę, że mam problem. Wciąż zdawałam sobie sprawę z problemu, kiedy w mojej nowej sypialni i w nowym salonie nie było na podłodze miejsca do chodzenia. To nie jest hiperbola, zupełnie serio nie było. Przez pewien okres moje zestawy do pracy składały się z zupełnie przypadkowych rzeczy, które akurat znalazłam na wierzchu pudła, bo przekopywanie się przez sterty było ciężką fizyczną pracą.

Odkąd wyprowadziłam się na studia wpadłam w zakupowy szał i kiedy tylko po zapłaceniu rachunków i kupieniu jedzenia coś mi zostawało, wydawałam ile mogłam na ubrania. Dodajmy, że wątpliwej jakości. W najgorszym okresie tydzień bez Primarczka był tygodniem straconym. Nie ukrywam, że blog odegrał tu niechlubną rolę, bo patrząc na wciąż to nowe ubrania na zdjęciach u innych blogerek nakręcałam się na wciąż nowe zakupy. Jak długo cieszyłam się z tych ubrań? To zależy. Z niektórych sztuk cieszę się do dzisiaj i mogłabym nosić je niemal codziennie. Myślę, że jest to maksymalnie 30% mojej szafy. Cała reszta jest mi do szczęścia zupełnie niepotrzebna, a wręcz doprowadza mnie do płaczu, kiedy wala się po podłodze i robi sztuczny tłok. Chcę mieć tylko rzeczy, które mnie uszczęśliwiają. Nie muszę udawać hollywoodzkiej celebrytki z szafą wielkości wolnostojącego domu. Nie imponuje mi Carrie Bradshaw (która ze swojej serialowej pracy nie byłaby w stanie opłacić swojego stylu życia, ale to już zupełnie inna historia).

Znienacka pojawiła się we mnie też niechęć do innego mrocznego aspektu zakupoholizmu. Kiedy myślę o tym, że moje zarobione umiarkowanie ciężką pracą 70 funtów mam wydać na rzecz zrobioną przez kogoś, kto w fabryce spędza większość życia i nigdy nie zobaczy naraz 70 funtów, robi mi się niedobrze. Tak zupełnie fizycznie jest mi słabo, że mój ach i och lajfstajl z Zary fundowany jest przez zarabiających 44 centy na godzinę Chińczyków czy Hindusów. Jeśli kupuję szczęśliwe jajka trzykrotnie droższe od tych z hodowli klatkowych, bo żal mi kurek, to wydaje mi się oczywistością potrzeba zwracania uwagi na metki.

Jesteśmy wychowani w kulturze posiadania jak największej ilości badziewnych przedmiotów. To kultura, która doskonale zdaje sobie sprawę, że każdy T-shirt z Primarka, H&Mu, Zary czy innego Reserved szyty jest w warunkach, które w Europie czy USA uznane byłyby za skandaliczne i niewolnicze. I ma to gdzieś. Nasze życie jest przecież warte więcej niż życie jakiegośtam Azjaty szyjącego te tanie T-shirty, one się nam należą jak psu buda. Posmucimy się nad losem ofiar zawalonej fabryki, nie kupimy tej czy innej koszulki, ale kupimy za to dziesięć innych. Też z Azji. To kultura, w której jedzenie organicznej żywności i nienoszenie ubrań z sieciówek to ‚styl życia’. Dla bogatych albo dla hipisów. Kultura, w której w ogóle istnieje określenie ‚organiczna żywność’. A metki z USA czy Europy (tak od Polski na zachód) mogą służyć do budowania wizerunku marki.

Myślałam, że jeśli przejdę się do sklepu, w którym za koszulę zapłacę nie 10 czy nawet 40 funtów, a 140 funtów, to dostanę etycznie wykonaną jakość. Bardzo liczyłam też na butiki małych europejskich marek. Mała europejska marka totalnie musi szyć na miejscu, nie? Jednak nie. Czuję się jak totalny snob i dziwoląg, kiedy w każdym jednym sklepie, do którego chodzę, z uwagą studiuję metkę każdej bluzki czy sukienki i te z Azji odwieszam. Czyli właściwie wszystkie. Nie mogę powiedzieć, że nie kupię już niczego z Zary czy Topshopu czy jakiejkolwiek innej marki szyjącej na Dalekim Wschodzie. Głównie dlatego, że 90% ubrań w UK pochodzi z importu. Ale przynajmniej doszłam do stanu świadomości, w którym takie zakupy nie sprawiają mi żadnej przyjemności, bo bycie sexy lajfstajlo-zakupoholiczką z importującej z Azji sieciówki jest…no kurczę, moim zdaniem słabe (kto chce może się obrażać). I w którym wiem, że naprawdę, naprawdę nie potrzebuję trzydziestu koszulek. Wystarczy mi pięć koszulek wyczesanych w Kosmos, szytych przez szczęśliwych pracowników.

Mam wrażenie, że tekst był do tego momentu otchłanią rozpaczy, ale zupełnie nie to ma na celu. Odwyk ma to do siebie, że jest nieprzyjemny, ale na dłuższą metę dobry. I jest w tym wszystkim dużo radości – z wyprzedawania ubrań (świetna, cudna zabawa), z wolnego miejsca w szafie, ze stanu konta, z tego, że maksymalnie ograniczając ilość kupowanych rzeczy mogę pozwolić sobie na rzeczy droższe, lepsze i bardziej mnie uszczęśliwiające. I na lepsze prezenty świąteczne dla bliskich. Oraz wyjazd do Paryża. Oraz na każde wyjście do hipsterskiej knajpy, na które przyjdzie mi ochota.

Nie oszukujmy się. Żadne ubranie nie da Ci tyle radości co mleczny koktajl i micha naleśników z syropem klonowym. Żadne.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

39 thoughts on “Nawrócenie zakupoholiczki”

  1. Do tego co napiszesz dodam jeszcze kilka rzeczy. Od dawna nie kupuję w sklepach ciuchów w regularnych cenach. Nie, bo nie. Bo ceny są z kosmosu, nieadekwatne do jakości. Kupuję w SH. Jesli ktoś to nosił i przetrwało, to przetrwa jeszcze trochę. Jesli nie przetrwa, a w SH zapłaciłam za to 5 zł, to znaczy, że właśnie tyle było warte. Mam oczywiście rzeczy doskonałej jakości, które mają kilkanaście lat i nadal wyglądają świetnie. Do tego wszystkiego dodam jeszcze jedno: przez prawie 10 lat pracowałam jako fotoedytor. M.in. organizowałam sesje zdjęciowe do magazynów. Współpracowałam ze zanymi sieciówkami przy wypożyczaniu ciuchów do sesji. Wtedy szalałam. W każdym sklepie zniżka, po sesji do sklepów oddawałam połowę, bo połowę kupowałam zaraz po zdjęciach. Do pewnej przełomowej chwili. Kiedyś przy dzikim tłumie w sklepie, kierowniczka wpuściła mnie na zaplecze, żebym zostawiła ciuchy z sesji – później ktoś miał je ponownie zaklipsować… co zobaczyłam? Tony ciuchów walających się po podłodze, po których deptali pracownicy… wtedy mi przeszło. To NIE MOŻE być tyle warte! Nie można płacić takiej kasy za szmaty, którymi ktoś wyciera podłogę. A już pompowanie cen ciuchów, które są produkowane w tej samej fabryce, na tych samych maszynach, przez tych samych, marnie opłacanych ludzi…? Nie. Po prostu nie. I żeby nie było – nie jestem święta, kupuję w sieciówkach, ale staram się to robić naprawdę bardzo rzadko.

  2. Podoba mi się to podejście. Moja przyjaciółka pracuje w firmie, której właściciel woli uszyć w swojej szwalni sukienki niż importować dziadostwo, na które miał same reklamacje. Teraz rozpoczął hurt swoich kolekcji do Niemiec. Ubrania są lubiane, bo nie rozłażą się po pierwszym praniu a kosztują też normalnie. Aż miło się patrzy, że dziewczyny zaczynają patrzeć na metki i doceniają to co jest z naszego podwórka. Osobiście nie cierpię wpisów typu „Upolowane w Biedrze” – kurcze, jedna taka promocja dobija kilkudziesięciu polskich sklepikarzy. Prosumenci nadzieją polskiego handlu 🙂

  3. Genialny post! Uwielbiam takie z serii „mniej, a lepszej jakości”, bo zmotywowały mnie do rzadszych zakupów i większej uwagi podczas kupowania.

  4. ja w ogóle jakieś 2 i pół miesiąca temu postanowiłam zrobić sobie ROCZNY odwyk od kupowania ubrań, butów i dodatków, bo i tak mam ich tyle, że nawet w połowie nie chodzę, bo nie pamiętam, że je mam… Zrobiłam ostrą selekcję ubrań i w końcu pomiędzy wieszakami widzę tył mojej szafy! Powiem Ci, że na początku było ciężko. Co prawda nie chodzę po sieciówkach, ale za to jestem zapaloną lumpeksoholiczką i zawsze wychodziła ze szmateksów z naręczem świetnych ubrań. Trudno było z tego zrezygnować, ale się udało. Nie kupiłam nic od 2 i pół miesiąca i dobrze mi z tym. Chyba granica dwóch miesięcy to taka granica, po której wszelki zakupoholizm znika, bo już mnie tak nie ciągnie do zakupów, a gdy ostatnio weszłam do centrum handlowego (tylko po to, żeby kupić tytoń do papierosów), krzyczące z wszystkich wystaw sklepowych szyldy „wyprzedaż!”, „sale”, „-70%” nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia, minęłam je z zupełną obojętnością, kupiłam to, po co przyszłam i bez cienia żalu opuściłam centrum. Także da się, naprawdę się da, tylko trzeba chcieć 😉

  5. Totalnie się zgadzam! Sama od pewnego czasu zbieram się do porządnej wyprzedaży szafy i kupowania mniej za to lepszej jakości. I zacznę zwracać uwagę na metki. Robię masę szumu wokół różnych poważnych problemów, jajek z eko farm, sprawiedliwego handlu, niejedzenia mięsa itd, a do tej pory nie wpadłam na to, żeby zwracać uwagę na metki sklepów ze zwykłych sieciówek. Dzięki!

  6. To jak już jest o świadomości, zwrot „należy się jak psu buda” też powinien być świadomy, że nie każdy pies ma należną budę, a ja mam świadomość, że mój kanapowy burek żyje lepiej niż niejeden człowiek (regularny posiłek, ciepły kąt…). Poza tym denerwują mnie leniwi ludzie, którzy nie biorą pod uwagę mrozu i zamiast wstać wcześniej, wyspacerować psa, wrócić z nim do domu i zostawić go w spokoju, zabierają w miasto i przywiązują przed marketem udając się radośnie na zakupki. Psina marznie, ujada, rozpacza, a pan i pańcia przebierają w szklarniowych warzywach z Maroka. Szlag trafia, jak przy myśleniu o kurkach zaklatkowanych na śmierć (ja jestem burżuj, jajka jem od zielononóżek niezniewolonych).
    A teraz może na temat. Kupuję bardzo mało ubrań. Kiedyś szalałam po sieciówkach, królowałam na sklepowych parkietach w sezonie wyprzedaży, kupowałam kolejne swetry. Aż doszłam do punktu przesycenia. Nudzi mnie takie łażenie, wolę iść na pizzę lub kawę, posiedzieć spokojnie. Jeśli chodzi o sport, maratony zakupoholika przestały mnie interesować, wolę łyżwy. Zbrzydło mi powszechne umundurowanie, wszystkie w takich samych spodniach z H&M, zaczęłam przerabiać swoje stare szmaty, kupować w lumpkach, też przerabiać, kupować tkaniny, szyć… Jest zabawa, jest tworzenie, satysfakcja, że coś unikalnego moje własne rączki zrobiły. Wiem, że nie uniknę kupowania produktów otrzymywanych w wyzyskowych warunkach, to mogą być nawet głupie sardynki. Ale ważne jest, żeby nabrać chociaż trochę świadomości, chociaż na chwilę porzucić bezmyślny szablon. Im częściej, tym szybciej wejdzie w krew.

    Powodzenia na nowej drodze życia! Analizowanie metek to bieg z przeszkodami, ale nie bezcelowy.

  7. Świetny wpis!

    Zasadniczo się zgadzam. Ale miałam ostatnio dylemat. W (drogim – ale to chyba nieważne) sklepie wybierałam sukienkę i płaszcz. Płaszcz był uszyty w Turcji, więc ok. A sukienki – jedna w Polsce, druga w Chorwacji, trzecia w Chinach. Wszystko od tego samego producenta. Najbardziej podobała mi się ta chińska, że okazja wyjątkowa, tzw. życiowa, czasu mało itp. to kupiłam. Ponarzekałam trochę sprzedawczyni, ale ta nie zrozumiała o co chodzi, bo zapewniała mnie że kontrola jakości w Chinach jest tak samo restrykcyjna.

    Pytanie jeszcze – po co to robimy? Jaki jest cel? Żeby te fabryki wyniosły się z Dalekiego Wschodu i przeniosły do Europy, Ameryki? Może te 44 centy na godzinę ratują komuś życie bo inaczej nie miałby nic? Nie wiem. Kupuję mało, głównie z drugiej ręki albo z przeceny (99% rzeczy), wymieniam się ubraniami, oddaję innym, dostaję od jeszcze innych, donaszam, i przyjęłam zasadę, że to co zatrzymuję, noszę do zniszczenia. Jak za dawnych czasów 🙂

    Mam też podział szafy na ‚bieżącą’ i taką, z którą jeszcze nie mogę się rozstać (przetrzymywaną w domu rodzinnym), wiem, że mogę chcieć do pewnych rzeczy wrócić i okazjonalnie robię zakupy we własnej szafie. Jest to też moment na ponowną ewaluację. Dzięki temu systemowi asystentka mojej mamy od lat nie kupiła żadnego ciucha, jest zadowolona ze swojej szafy i od czasu do czasu daje mi jakiś drobiazg typu krem do rąk.
    Staram się zużywać do końca ciuchy, kosmetyki i zawartość lodówki. Nie jest to trudne jeśli odnajdziemy przyjemność w niekupowaniu 🙂

    1. Robimy to dokładnie po to, żeby fabryki wróciły. Przynajmniej ich część. Taki mikro przykład – w Manchester 40 lat temu działało 30 zakładów produkujących ubrania. Obecnie działa jeden. Cieszę się, że 44 centy podtrzymują przy życiu biednego Chińczyka (chociaż zasługuje na lepsze stawki), ale odbyło się to kosztem pracowników europejskich.

      Zgadzam się z przyjemnością w niekupowaniu. Jak tylko przestaniemy traktować zakupy jako sposób na spędzanie wolnego czasu, od razu jest łatwiej.

    2. Te „44 centy” to stała, dobra wymówka. Płaca w fabrykach w Chinach, Bangladeszu, czy w innych egzotycznych krajach nie pozwala na utrzymanie się ze zwykłych 40 godzin tygodniowo, więc wymusza nadgodziny, w tych samych ciężkich warunkach, za tak samo beznadziejną kwotę. Nie czarujmy się, to nie jest żadna dobroczynność z naszej strony.

  8. Ja uczę się mówić sobie NIE. I nie wydawać. Jak pomyślę sobie ile w ciągu mojego życia wydałam na ubrania, to robi mi się gorąco. Mogłam przeznaczyć te pieniądze na książki, podróże, koncerty, rozwijanie pasji, a wydałam na szmaty… Teraz dopiero, mając 30 lat odnalazłam swój styl i dowiedziałam się, że wcale nie potrzebuję tych wszystkich rzeczy aż tak bardzo jak mi się wydawało. Imponują mi mężczyźni, bo potrafią wejść do sklepu i kupić to, po co przyszli. Za każdym razem kiedy przekraczam próg sklepu o tym myślę. I o tym, że te ubrania nie są warte nawet 30% swojej ceny, bo szyją je ludzie, którzy nigdy nie zobaczą nawet części tych pieniędzy.To przykre. Dlaczego sieciówki co chwilę wypuszczają nowe kolekcje? Co dzieje się z ubraniami, które nie zostaną kupione? Dokąd to wszystko zmierza i jak długo producenci będą traktować swoich klientów jak idiotów? To zależy tak naprawdę od nas… Trzeba tylko chcieć obudzić w sobie świadomość.

  9. od naleśników z syropem klonowym rośnie tyłek. nadprogramową kasę wydaję na książki. i odkładam do słoiczka na nowy tatuaż.
    ale ogólnie bardzo na tak. lepiej kilka ciuchów porządnych niż masa szajsów.

    1. Wiadomo, że rośnie! Ale nie kupując ubrań mamy fundusze na nowy rower/siłownię/kurs tańca, cokolwiek co pozwoli zmniejszyć tyłek. Można też kupić ciężkie książki i nosić je po schodach w tę i z powrotem.

  10. Hej,

    Ciesze sie, ze doszlas do takiego wniosku. Niestety – nie da sie tak do konca ominac produktow ‚Madein sweatshops’, bo czasem te ze wschodu moga byc produkowane w podobnych warunkach jak w te Pcimiu Dolnym pod Sheffield. Kiedys wydawalo mi sie, ze jak zaplace troche wiecej, to zakupie produkty produkowane w ludzkich warunkach – ale nie ma tak latwo, trzeba sie naszukac i naczytac.

    Moja szafa nie rozrosla sie glownie z braku miejsca – jesli cos nowego kupie, staram sie rowniez cos przekazac z szafowych zasobow do charity shopu.

    A swoja droga – warto sprawdzic, co jeszcze powinnismy wziasc po uwage, jesli staramy sie zyc nieco bardziej etycznie/mniej szkodzac ludziom z biednych krajow, polecem sprawdzic ilu niewolnikow (niestety – niewolnictwo jest nadal praktykowane w wielu czesiach Afryki) pracuje na nas jako indywidualne jednostki, bardzo dobra ankieta, ktora otwiera oczy na ten problem:
    http://www.slaveryfootprint.org

    Aska

  11. Rienna, wielkie TAK dla tej notki, powiało dojrzałością :))) nareszcie nie stoisz w tłumie blogerek-szafiarek, dla których zakupy są sensem życia. ta notka jest tak cudownie non-konformistyczna, czekam na więcej 🙂

  12. Ten post jest jakby wyjety z mojej glowy..Oprocz etyki,dochodza do tego kwestie skladu w ktorym dominuje sztuczne tworzywo:(..plus toksyczne niestety barwniki i substancje,mogace powodowac choroby onkologiczne etc..Mam podobne doswiadczenia z iloscia ubran i reakcjami awersyjnymi organizmu na stan mojej w 50% noszonej szafy.Ja swoje demony jeszcze zwalczam,mozolnie ale mam nadzieje skutecznie.

    pozdrawiam serdecznie

  13. Świadomość w ogóle zmienia podejście… Nie byłam nigdy zakupoholiczką (przynajmniej jeśli chodzi o ubrania), ale od pół roku czytam etykiety na produktach spożywczych, jestem w miarę świadoma, co jest szkodliwe i cóż, okazuje się, że nieraz 4/5 sklepu to śmieci. I że jeśli chcemy jeść to, co nieprzetworzone, to zostają surowe warzywa i owoce.

  14. przeczytałam u MySlowNiceLife świetny komentarz, który bawi mnie do dzisiaj:
    o tym, że zasada 100% sprawdza się w szafie: bo przez 80% czasu chodzimy w 20% ubrań ;-))

    paradoksalnie- w ciuchlandach- parę razy udało mi się znaleźć rzeczy h&m, które były uszyte w polsce.
    i jest kilka sieciówek, które szyją w polsce.
    w liceum w klasie np. miałam zioma, którego rodzice mieli firmę, i szyli dla jackpota.
    no ale czytanie metek RLZ i rocks.
    także poliestrom mówimy zdecydowane nie!

    1. Szpiegu, dzięki za wzmiankę:)) Śpieszę tylko nadmienić, że ten komentarz to nie ja, tylko Anqua u mnie napisała. Czym mnie bardzo do dziś raduje, bo się Tobie tak spodobał samo jak mnie, a potem Ty o mnie TU w tym świetnym miejscu wspomniałaś, stąd do mnie przybyli ludziska i ja zobaczyłam ten adres w statystykach, i się tu pośpiesznie udałam, aby sprawdzić, kto zacz:) I się nie zawiodłam, bo mi się tu strasznie fajnie jest:)) Pozdrawiam Autorkę!

  15. W dniu 30 tych urodzin (Bosz ale to brzmi) uświadomiłam sobie, że lepiej mieć szafie kilka dobrych gatunkowo rzeczy w klasycznych kolorach niż wiele przypadkowych. Kocham zakupy owszem chyba jak każda kobieta, ale teraz robię je bardziej przemyślane.

  16. Łał, nie spodziewałam się takiego wpisu. A dokładniej nie spodziewałam się u Ciebie podniesienia tematu etyki zakupów. Kiedy zapowiadałaś, że ten wpis kiedyś nastąpi, myślałam, że skupisz się raczej na kwestiach „walania się po podłodze i robieniu sztucznego tłoku” i ewentualnie przemijalności mody. Bardzo dojrzały wpis.
    Dopatrywałabym się innego samouspawiedliwienia niż „nam się należy”.
    „Mleczny koktajl i micha naleśników z syropem klonowym”? Pycha, ale to się zwykle źle kończy.

    Pozdrawiam – komentator „ważny” i „zgryźliwy”

  17. Oj, zdziwiłabyś się. Swoją „siebie” uzewnętrzniam z rzeczami jakie nosze. Sprawia mi to ogromną przyjemność, ale wole sobie szyć sama rzeczy takie jakie chce niż kupować, czasami jakiś fragment pomysłu przekopiuje. Ale nic tak nie poprawia nastroju jak obejmujące Cie ramię, film i miska poarańczy. No, zgodzę się. Naleśniki tez mogą być. Ahoj!

    1. Ale gdzie napisałam, że nie wyrażam siebie ubraniem? Wręcz przeciwnie, pisałam kiedyś o tym, że bardzo wyrażam. Nie chcę wyrażać śmieciami z fabryki w Chinach. Tyle.

  18. Twój post to wielkie „ała”, coś, co wierci dziurę w mózgu i nie pozwala wzruszyć ramionami i kupować dalej, może dlatego, że ostatnio sama coraz bardziej się nad tym zastanawiam. Mniej więcej rok temu przeprowadziłam się do innego kraju, przed przeprowadzką zrobiłam porządek w szafie. Po rozpakowaniu pudeł zrobiłam ponowną selekcję. Połowa rzeczy trafiła do kontenera – wszystkie kupione okazyjnie, na wszelki wypadek, większość w ogóle nienoszona lub założona tylko raz. Kiedy próbowałam podsumować, ile pieniędzy wrzuciłam do rzeczonego kontenera, zrobiło i się słabo…Po paru miesiącach szafa znowu pękała w szwach. Przyznam, mam dość stresującą pracę, więc traktowałam zakupy jako sposób na stres, jako coś, co mi się należy, bo mogę, bo mnie stać. Oczywiście, że mnie nie odstresowywały, a kompulsywna chęć kupowania, posiadania, posiadania jeszcze więcej i bardziej, napędzała tylko frustrację. Na razie próbuję ograniczać zakupy, kupować to, co najpotrzebniejsze. Mam wrażenie, że to nieustanna walka z samą sobą, i że zbyt łatwo w niej się poddać.
    Z drugiej strony jestem o te parę kilo rzeczy mądrzejsza, mam nadzieję, że mi się uda. Właśnie minął mój pierwszy sezon wyprzedażowy, bez żadnego „okazyjnego” zakupu. Pozdrawiam, pinkhamster, niekupująca zakupoholiczka 😉

  19. less is more. dobrze powiedziane, też się pozbywam nadbagażu, który urósl podobnie jak u Ciebie w góry całe. Kiedys kupowałam barachło na wyprzedażach, potem w sh, od kilku lat na ebayu. kupuję mniej sieciówek, więcej klasyki. i mam podobne doswiadczenia z blogowaniem, w pewnym stopniu wypacza gust, bo pokazuje pewne schematy. kupuje sie ciuchy pod posty, a nie pod siebie. ale z nowym rokiem nowym krokiem. basta!

  20. Zrobiłam ostatnio wielką czystkę w szafie. Niektóre ubrania, które tam znalazłam, miały 15 lat! Żadna ze mnie minimalistka, jestem na to zbyt dużym zmarzluchem, ale posiadanie 5 codziennych sukienek i 2 par spodni w zupełności mnie zadowala. Nie jestem gwiazdą, żeby mnie ktoś linczował za zakładanie tego samego po parę razy.

    Z tymi Chinami jest problem, pisała o tym Naomi Klein. Bojkot konsumencki może doprowadzić do tego, że firma po prostu zamknie część fabryk, przez co duża liczba ludzi wyląduje na ulicy, bez nadziei nawet na tę miskę ryżu, na jaką udawało im się wcześniej zarobić. Dlatego nie ma tak naprawdę optymalnego rozwiązania, poza wymianą zarządów sieciówek na mniej chciwe osoby.

    1. Jako konsument to my jestesmy panem i nie ma co sie bac firm i ich grozb zamkniecia fabryk. Powinnismy bojkotowac i glosno o tym mowic, bo firmy naprawde nie uwazaja, ze jest zapotrzebowanie na drozsza, etyczna odziez.

  21. Brawo 🙂 Ja też już „wyrosłam” z maniakalnego obrastania w kolejne „supermodne” sieciówkowe szmaty… Okres studiów to było niestety apogeum pod tym kątem. Paradoksalnie teraz, po utylizacji 3/4 frymuśnej zawartości szafy, czuję się o wiele bardziej szczęśliwa, niż uskuteczniając tuż po wypłacie frustrujące i męczące rajdy po zakichanych Galeriach Handlowych. Na samą myśl czuję podchodzący do gardła womit. Nigdy więcej.

  22. Zaczytałam się w Twoim wpisie…. Najlepsze jest to, że chyba siedzisz mi w głowie, bo moje myśli też przeszły taką drogę, jak opisujesz… Do tego pojawił się jeszcze dodatkowy aspekt, że to, na co ja bezmyślnie wydam 100 – 200zł i idę dalej, to moi rodzice muszą trochę poodkładać :(. Dosłownie czasami było mi po prostu głupio, że kupuję kolejną „szmatę”… Z sieciówek wyleczyłam się już dawno. Kiedyś był jeszcze czas, gdy można było upolować jakieś naprawdę dobre rzeczy, a Reserved szył ubrania w Polsce, jednak było to kiedyś. Potem przyszedł etap lumpexoholii, który na szczęście objawia mi się raz na 2-3 miesiące. Wtedy robię jazdę po lumpeksach i mojego żarłocznego zakupo-robala nakarmiam do granic możliwości – tak jest potem obżarty, że nie muszę już przez 2-3 miesięce go dokarmiać. A dodam, że mimo to staram się wybierać rzeczy NAPRAWDĘ – to znaczy te, które podobają mi się i już, nie te, które potem przerobię, albo coś…. Ta druga kategoria z reguły lądowała na osobnej kupce i nigdy już nie była uwzględniana – do niczego. Jeżeli zaś potrzebuję rzeczy naprawdę eleganckiej i na długo (chociażby butów), to faktycznie staram się robić zakupy w polskich butikach, gdzie można znaleźć metki „Made in Poland”…. HOWGH

  23. Riennahero, znasz może jakieś marki, które są godne polecenia, dobre jakościowo, no i nie szyją w Chinach? Bo ja chodząc po sklepach, nawet tych droższych, widzę wziąż na metkach te biedne kraje… Problem zakupoholizmu na szczęście mnie nie dotyczy, bo w chwili obecnej jestem studentką i kupuje ubranie raz na pół roku, bo mieszkam z rodzicami i oni mi tę szkołę opłacają, ale jak pójdę do pracy (może od marca się uda dostać 🙂 to będę miała ich znacznie więcej i nie chce wpaść w wir kupowania (wiele młodych dziewcząt tak ma…). chciałabym kupować tylko rzeczy dobre jakościowo i może raz na 4-5 miesięcy, ale droższe 🙂 poza tym czasem szyję ubrania u krawcowej, jest tanio ale dobrze i zarówno krawcowa jak i ja jesteśmy zadowolone

  24. zgadzam się z Tobą w stu procentach 🙂
    słyszałam lub czytałam kiedyś taki tekst: „nie stać mnie na kupowanie tanich ubrań”… coś w tym jest…
    ja od pewnego czasu ubrań nie kupuję prawie wcale – szyję je… czasem zgrzeszę, np. święta za kilka dni a ja nie skończyłam płaszcza – trzeba było kupić…
    zdarza mi się też czasem uszyć coś na wariata co później wisi, ale mimo wszystko to, że muszę poświęcić trochę czasu mobilizuje do bardziej przemyślanych wyborów 🙂

  25. Poruszając tylko temat etycznych zakupów, na wstępie chcę wyjaśnić – od pewnego czasu również staram się kupować ubrania, które nie zostały wyprodukowane w krajach azjatyckich. Nie umiem podać konkretnie powodu, dlaczego to robię, bo z jednej strony chcę mieć rzeczy lepszej jakości, a z drugiej strony rzeczywiście warunki zapewniane pracownikom tworzącym te ubrania (dodam, że warunki prezentowane przez media, którym ulegam) budzą mój sprzeciw.

    Dziś jednak – pod wpływem Twojego posta – zaczęłam mieć pewne wątpliwości odnośnie do etyki zakupów –

    Czy nie jesteśmy hipokrytami? Nie chcemy kupować ubrań produkcji chińskiej, bo pracownicy są źle traktowani, a po tani tablet lub samochód wyprodukowany w Azji lecimy w te pędy, bo nie chcemy przepłacać za produkt europejski czy amerykański, bo nie ma złej jakości. A przecież nie mamy pewności czy pracownicy tworzący produkty inne niż ubrania są należycie wynagradzani, nie pracują ponad normę, zwłaszcza że media nie serwują nam informacji w tym przedmiocie, bo skupiają się na branży odzieżowej.

    Właśnie, media. Czy nasze oburzenie nie jest wykreowane przede wszystkim na podstawie przekazów mediów, dla których bardzo chodliwym tematem jest spektakularne zawalenie się jakiejś fabryki, śmierć pracowników, nieludzkie warunki pracy? Czy na pewno dobrze zgłębiliśmy temat? Budujemy nasze przekonanie o słuszności odrzucenia ubrań Made in Asia na bazie kilku przypadków, podczas gdy w każdej sferze życia mamy do czynienia ze złem i dobrem, z ludźmi miłymi i podłymi, z pracodawcami, którzy przychylają nam nieba i z takimi, którzy sprawiają, że czujemy się gorzej niż gówno. A jeżeli w 60% azjatyckich fabryk pracownicy są dobrze (jak na tamtejsze realia) wynagradzani i mają zapewnione warunki zgodne z ogólnie przyjętymi normami? Czy wtedy nasz protest nie będzie dla nich strzałem w kolano?

    Czy nie jest trochę tak, że sami przyczyniliśmy się do przeniesienia produkcji do Azji? Jak wynika z moich osobistych doświadczeń, wielu polskich pracowników jest bardzo roszczeniowych – płaca zawsze jest za mała, warunki pracy zawsze są złe, umowa śmieciowa woła o pomstę do nieba. Wspaniale, że możemy sobie na takie roszczenia pozwolić, ale polskie przepisy prawa pracy (relikt PRL) w sposób nadmierny chronią najgorszego nawet pracownika, z góry zakładając, że pracodawca jest zły. Trudno się zatem dziwić, że przedsiębiorstwa przenoszą produkcję do Azji, gdzie nie muszą borykać się z powyższymi problemami, nie narażając się tym samym na upadłość.

    Skoro jesteśmy przy temacie przedsiębiorstw. Czy to nie jest błędne koło? Przyjrzyjmy się LPP S.A.- największej polskiej Spółce odzieżowej. Produkuje w Azji, to fakt. Ale dzięki obniżeniu kosztów produkcji może się rozwijać, otwiera nowe sklepy na całym świecie, zatrudnia w Polsce wielu młodych ludzi (grafików, projektantów, itp.), generuje wielkie zyski. Czy to, pomijając ostatnią aferę z podatkami, nie napędza naszej gospodarki? Czy LPP S.A. wpłacałoby do Skarbu Państwa aż tak wiele pieniędzy w przypadku prowadzenia całej produkcji w kraju? Wątpię.

    Czy możemy sobie pozwolić na wprowadzenie w życie idei sprawiedliwego handlu tylko dlatego, że nas na to stać? A gdybyśmy byli biedni, to – w większości przypadków – mielibyśmy gdzieś los azjatyckich pracowników? Być może miałam trociny zamiast mózgu, ale na studiach prawdopodobnie nie miałam dylematów, czy kupić bluzkę za 60 złotych, made in China, czy zaprotestować i kupić koszulkę za 120 złotych od młodego polskiego projektanta.

    Mam nadzieję, że nikt nie potraktuje tego jako atak, to są moje rzeczywiste wątpliwości. Choć chyba i tak lepiej być fair tylko w jednej sferze życia niż w żadnej:)

  26. Zgadzam się całkowicie, ja już nawet nie pamiętam kiedy byłam w centrum i napis Sale mnie zachęcił do kupna czegokolwiek. Ostatnio raczej staram się przerabiać moje stare ubrania, co też jest wyjściem z zakupoholizmu.

  27. Osobiście łapię się za głowę przeglądając blogi czy to modowe czy urodowe, ile te dziewczyny wydaja kasy na szmaty i pierdoły, a jednocześnie napędzają same siebie i oglądaczy. Przerażający konsumpcjonizm.

  28. this specific fresh end of a previously old style running shoes is generally schwarze. would not fail in that respect, are you able? those reafoot mug could be described as as well as white implements a sophisticated hippo print build. again, just cannot make a mistake at this point. judging by the others who does sure enough get that you bet from the most judges, We fully grasp that this season of american idol very likely possess some rigid struggle. rivals on the american idol show shows that your tone of voice and after that disposition will be the only method to allow you to the finals. don’t forget that, It is actually what yankee feels,it just aches and pains for me to know may be. I don’t wish to have Hy valued as this „questionable” role regarding your canine is several months ago finding made exactly as. your husband was a well respected, most certainly dearly loved the world, „I forget Hy quite a bit. with regards to breast cancers today can become a big problem for everyone the woman as soon as possible. check Mammogram commonly Mammogram test is the most effective test, even test can be really miserable for many people most women, however that test should save your life. wear ignore to actually diy test for breast cancers so long as you achieve the growing up time, It is a good beginning to personal self testing cancers of the breast test; You can go it alone photos homeGaluh MahesaDec 18, 2011.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry