Pamiętacie kiedy ostatnio jakaś książka Was zbulwersowała?

W przedszkolu rozchorowałam się po przeczytaniu komiksu (komiks też literatura!) o dzielnej załodze statku kosmicznego lądującego na planecie zamieszkałej przez obrzydliwe dinozauropodobne stworzenia. Nigdy nie zapomnę tej klatki, w której na skutek dziwnej choroby żebro przebija skórę astronautki. Pani przedszkolanka nie do końca łapała, że komiksy jej syna mogą się nie nadawać dla zerówki…Jako młodą nastolatkę szokowały mnie Medaliony Nałkowskiej, Lolita czy Merlin Roberta Nye, w którym to utworze zakonnica demonstruje niewinnej dziewicy jak masturbować się świecą, po czym dziewica zapłodniona zostaje przez Szatana. Po kilkunastu latach ślęczenia nad internetem takie wizje w oczywisty sposób nie robią już wrażenia. Przez ułamek sekundy bulwersowało mnie jeszcze z jaką łatwością Oscar Wilde potrafi czytelnika w jednej chwili rozkochiwać do szaleństwa w luksusie, sztuce, umiłowaniu piękna, a kiedy już uwierzymy, że inne wartości się nie liczą, nagle turlamy się po podłodze z rozpaczy, a Wilde się z nas śmieje.

Od dość dawna niewiele mnie jednak jest w stanie oburzyć. Golgota Picnic? Rozumiem zamierzenie autora, nie rusza mnie. Ileśtam twarzy Greya? Było. Nuda. Wszystko już było. Trudno mi wyobrazić sobie obecnie książkę bulwersującą w jakiś nowy sposób. Nawet filmom rzadko się udaje. Zresztą, czy da się wymyślić coś gorszego od Human Centipede?

A jednak w pewien sposób książka Alexy Chung mnie zbulwersowała. Od razu zaznaczę, że jestem fanką urody i stylu Alexy, lajkuję na instagramie jej zdjęcia i cieszy mnie wizja reaktywacji jej związku z Alexem z Arctic Monkeys (małpy to moja kofeina, nie pijam zbyt często kawy, ale za to w drodze do pracy słucham codziennie ich kawałków). Zero hejtu, dużo miłości. Ale, do diaska, jest jakaś granica.

Głęboko wierzę, że warto ufać intuicji. A ta podpowiadała, że kilkanaście funtów to mogę wydać na piękne wydanie dzieł Jane Austen czy wspomnianego wcześniej Wilde’a. Albo na podręcznik czy powieść noblisty. Taka ze mnie sknera, że na Alexę wydać nie chciałam, chociaż dziewczęta wrzucały zdjęcia IT na instagram, oczywiście na białym tle w otoczeniu kwiatów. Byłam silna. I prawie rok później wiem, że było to najlepiej zaoszczędzone 17 funtów mojego życia. No, może MINIMALNIE hiperbolizuję.

O treści nie będę się specjalnie rozpisywać, bo tej treści brak. Na białych kartkach pomiędzy zdjęciami pojawiają się jakieś ciągi literek, tworzących zdania, ale nie zrozumiałam ani przewodniej idei, ani przekazu, ani w ogóle tego o czym ma być IT. Były dwa zdania o dinozaurach, pięć o karaoke, chyba coś o Jane Birkin i dziadku Chungu. Najsławniejszym cytatem z dzieła jest ten, że przed wyjściem z domu warto spojrzeć w lustro. No i może jeszcze, że Jane Birkin zawsze wyglądała dobrze. Przeczytanie całości zajęło mi niecałe dwie godziny, a czytam bardzo, bardzo wolno. To, że ktoś uznał, że zawarte w niej teksty warte są przerobienia drzew na papier jest niebezpieczne. To, że są ludzie, którzy spędzali swój czas na produkcji tej książki, a także na jej promocji, jest smutne. Bardzo im współczuję. Z drugiej strony, to jedna z najdroższych lektur, z jakimi miałam okazję mieć styczność. Siedemnaście funtów podzielić przez dwie godziny to jak nic osiem pięćdziesiąt za godzinę. Więcej niż minimalna stawka godzinowa za pracę w Wielkiej Brytanii.

To książka niebezpieczna i bulwersująca przez zionącą z niej pustkę. Ale nie jestem hejterką. Głęboko wierzę, że Alexa chciała napisać coś wartościowego, ale jej przemyślenia są zbyt głębokie i skandalizujące, agent jej zabronił, wszystko zamazał czarnym mazakiem, a w książce znalazły się tylko popłuczyny. Albo dzień przed oddaniem całości do druku jedyną oryginalną kopię przechwycili Talibowie. Albo w ostateczności, że była zbyt naćpana, żeby pisać i jej agent w obawie przed utratą zysku zebrał jej notatki z serwetek, a resztę wymyślił sam. Albo cokolwiek, tylko nie to, że serio chciała napisać dokładnie to co napisała, a jakiś wydawca nie zaproponował, żeby ponownie to przejrzała. Bo jestem pełna wiary w ludzi i w świat.

Za zdjęcie dziękuję Pannie Lemoniadzie.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

7 thoughts on “Alexa Chung IT”

  1. Przeczytalam we Fnaku (taki nassz EMPIK tylko ze w centrum handlowym polaczony z glownym kinem w miescie wiec kazdy tam czeka na seans) w okolo 1.5 h, dalam rade, nie zwymiotowalam:) , Felik przegladal wtedy nowy przeklad Dostojewskiego, i Jo Nesbo ale tez przezyl, co czytalam i nie zwymiotowal. Wszytsko bylo fajne, ze Spice Girls promowaly bezpieczny seks itd, i ze bialo czarne zdjecia sa fajne… do rozdzialu o „sztuce self portetowania”. Wtedy zrozumialam ze qurcze nie jestem roczkik 92:/

  2. Sernik z pieprzem

    Lubię Alexę, ładne z niej dziewczę ale kupowanie tej książki wydaje mi się równie bezsensowne jak kupowanie British Vogue. Tyle, że Vogue jest tańszy. Ładne obrazki wolę oglądać w internecie/muzeum/etc.

  3. Styl Aleksy do mnie przemawia. Sama postać – nie za bardzo (strasznie mnie męczy widok szkieletorów). Nie wpadłabym na to, że napisała książkę. Tytuł i forma zaiste postmodernistyczna, szkoda, że za 17 funtów (tym bardziej, że książki w UK pamiętam jako relatywnie tanie i w podobnych cenach). Niestety muszę się poddać niskiemu uczuciu przygnębienia powodowanego mikro-ukłuciem zazdrości – fajnie mają znane twarze, że ich każdą smutną kupę ktoś chce wydać. Zawsze pragnę przy tym wierzyć, że się pomylę, a one okażą się literackimi geniuszami, ale mało już mam złudzeń.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry