Facet czy “pizda”? A kogo to obchodzi?

Wpis Malviny chodzi mi dzisiaj po głowie, irytuje, kłuje w mózg i w ogóle wywołuje poczucie dyskomfortu. I im dłużej o tym myślę, tym bardziej czuję, że irytuje mnie nie wizja prawdziwych facetów, którą tworzy Malvina, ale w ogóle to, że tworzy wizję. To nie jest polemika. To jest zakręt w inną dróżkę.

To define is to limit. Definiowanie to ograniczanie. Mamy XXI wiek, postmodernizm, feminizm, równouprawnienie. Przynajmniej w teorii, przynajmniej w dążeniu, chociaż próbuje się czasem zawracać kijem Wisłę. Nie potrzebuję definiowania prawdziwego faceta ani prawdziwej kobiety, wskazówek jak mam żyć, ani tekstów w kolorowych czasopismach typu “10 rzeczy, które MUSISZ wiedzieć o makijażu”, ani “kiedy wiesz, że się zakochałaś”. Kiedy widzę faceta nie zastanawiam się czy jest czy nie jest pizdą. Kiedy widzę kobietę nie myślę czy jest czy nie jest kochającą matką czy ostrą seksowną suką. Jeśli nie dzieje im się jakaś krzywda, inni ludzie na co dzień mnie nie interesują. To taki najzdrowszy rodzaj egoizmu, wszystko interesuje mnie w odniesieniu do mnie.

Nie znaczy to, że nie mam oczekiwań i wymagań. Mam. Dość wyśrubowane. Od tego faceta, z którym jestem blisko, oczekuję bardzo dużo, a nawet za dużo. Tyle, że w danym momencie życia zawsze obchodzi mnie tylko jeden facet. Nie mam potrzeby nikogo innego definiować, nikogo analizować i określać takim czy innym epitetem, bo nie podniecam się na jego widok i zachowania. Nie podnieca – nie podchodzę. Albo podchodzę wziąć z jego biurka zszywacz albo żeby zapłacić u niego w kasie za spodnie. Jeśli ktoś chce opisaną przez Malvinę “pizdą” być to jego prawo, jego droga. W rurkach XXS albo skórzanych leginsach. Z brodą albo bez. Bo, do diabła, jaką mi to robi różnicę? Nikt mi nie powie, kim mam być. Ja też nie zamierzam.

Jak długo moje oczekiwania co do męskości spełnia ten, kto ma je spełniać, cała reszta może brać gejowskie śluby. Mój facet spełnia moje marzenia, mój przyjaciel już nie musi. Mam gdzieś męski gatunek jako taki, tak jak mam gdzieś gatunek kobiecy. Obchodzi mnie jednostka jako jednostka w odniesieniu do mojej rzeczywistości, a nie do świata. Najbardziej obchodzi mnie czy ta jednostka kradnie, gwałci, oszukuje, przywiązuje psy do drzewa w lesie i odjeżdża. Niezależnie od genitaliów.

Facet sprowadza się u Malviny do faceta w relacji z kobietą. Sztywna i nudna struktura. Kim jest się bez tej relacji? Kim jest gej? Kim jest ksiądz? Automatyczną pizdą? Kim jest ojciec, dziadek, wujek, brat? Szef? Kolega z pracy? A nawet ten koleś, co jedzie obok mnie w metrze? Czy zachowania w stosunku do samicy są kwintesencją tożsamości? U mojego faceta są na pewno istotną jej częścią, ale mój facet to ułamek populacji tak nieistotny w odniesieniu do ludzkości, że ciężko żeby definiował mi odbiór 50% jej członków.

Prawdziwy facet/prawdziwa kobieta czy pizda? Jakie to ma znaczenie? Może lepiej prawdziwy człowiek?

Loading..