Wyjaśnijmy sobie na początku kilka rzeczy. Nie jestem specjalistką od diet i się nimi nie interesuję. Nie kocham gotować, a jedzenie największą przyjemność sprawia mi przygotowane przez kogoś innego. Nie znam się na sporcie ani ćwiczeniach, moja wiedza na ich temat ogranicza się do świadomości, że powinnam je uprawiać, a tego nie robię. No dobra, trochę przesadzam, ale nie jest to żaden mój konik. I w tych niesprzyjających okolicznościach przyrody piszę tekst o diecie. Dlaczego?

Prolog

Niecałe trzy miesiące temu przekroczyłam psychologiczną granicę wagi. Ważyłam dwanaście kilo więcej niż kiedy przyjechałam do Wielkiej Brytanii i jakieś siedem kilo więcej niż w momencie kończenia studiów. Oczywiście głupio oczekiwać, że przez całe życie będzie się mieć figurę dziewiętnastolatki, ale ta parszywa dwunastka była już lekką (albo raczej ciężką) przesadą niedającą się wyjaśnić dorastaniem czy antykoncepcją hormonalną. Po prostu siedziałam na pupie i jadłam czekoladę, a nie jestem niestety jedną z tych osób, co to jedzą i jedzą i przytyć nie mogą.

W którymś momencie życia znaczna część populacji uznaje, że dbanie o własny wygląd i zdrowie to przeżytek. To znaczy pozornie niby o nie dbamy, robimy sobie paznokcie, włosy, a z szaf zakupoholiczek wysypują się nienoszone ubrania. Ale aktywność fizyczna spada do zera, a piwo, czipsy i puszka coli wciąż są naszymi przyjaciółmi niczym za starych dobrych czasów kiedy ważyliśmy 45 kg z glanami. Niektórym udaje się z tego stanu ocknąć, innym nie. Rzeczywiście, łatwo nie jest.

Dieta w praktyce

Próbowałam diety kopenhaskiej. Jest do dupy. Próbowałam diety 5:2. Jest podobnie beznadziejna. Nie wyobrażam sobie zwierzęcia, któremu ograniczymy drastycznie jedzenie i które będzie z tego powodu zadowolone i chętnie pozostanie w tym stanie przez dłuższy okres czasu. Podczas diety kopenhaskiej myślałam tylko i wyłącznie o jedzeniu. W dni postne podczas diety 5:2 miałam ochotę zabić świat.

I wtedy Bóg postanowił mnie nakarmić i postawił na mej drodze Olgę. Co prawda jej bloga czytam od wielu lat, zaczytywałam się nim pod kołdrą na studiach, ale po raz pierwszy miałam okazję poznać ją na żywo. Wyjaśniła mi mniej więcej zasady działania diety Montignac (która jest w sumie bardziej sposobem żywienia niż dietą) i mniej więcej jej przestrzegam.

W internecie jest na ten temat mnóstwo literatury, z pewnością osoba zainteresowana łatwo i szybko znajdzie potrzebne informacje. Przyznaję, że zasypiam, kiedy tylko się za nie zabieram. Mniej więcej na trzeciej czy czwartej stronie lektury. Pokrótce chodzi jednak o to, żeby jeść jak zwierzę. Zwierzę je mięso albo je warzywo. Nie je chleba, makaronu czy ryżu, nie zajada się czipsem czy czekoladą. Co prawda zwierzę je ziemniaka, a my na diecie Montignac go nie jemy. Nie wiem też jak zwierzęta zapatrują się na wino albo odrobinę gorzkiej czekolady, które na pewnych etapach są dopuszczalne, ale nie bądźmy drobiazgowi.

Rano jem najczęściej chudy serek wiejski z owocami albo pumpernikiel z twarogiem i dżemem dla diabetyków. Na lunch codziennie sałatkę z serem i krewetkami lub innym zwierzęciem. Na kolację mięso i wachlarz warzywny (cokolwiek akurat wala się w lodówce). Pomiędzy posiłkami napatoczy się jabłko, orzechy, kostka gorzkiej czekolady. O tyle o ile się da nie jadam tłuszczów w połączeniu z węglowodanami, a cukier ograniczam do niezbędnego minimum. Uczucie głodu jest mi całkowicie obce, a jeśli przychodzi, najlepiej zapchać głód warzywem.

Mogłabym bardziej zagłębić się w szczegóły diety, mogłabym przestrzegać jej etapów bardziej rygorystycznie i pić mniej alkoholu, ale nie potrzebuję. Bo w trzy miesiące bez żadnej głodówki i ćwiczeń schudłam sześć kilo. Można więcej, można szybciej, można intensywniej. Czy można łatwiej? Nie wyobrażam sobie, ale jeśli tak to chętnie się dowiem.

Dodajmy przy tym, że nie uprawiałam w tym czasie żadnych ćwiczeń (zamierzam zacząć), a raz na jakiś czas, po intensywniejszej imprezie na przykład, napatoczył mi się na talerz jakiś hamburger. Co wtedy? Nic. Zjadamy hamburgera i kontynuujemy dietę. O ile nie napatacza się tak co dwa-trzy dni…

Trochę pseudofilozofii

Nothing tastes as good as skinny feels stwierdziła Kate Moss, a różne złe ruchy wzięły to za swoje motto. Mam nadzieję, że sześćset słów powyżej wystarczająco dobitnie pokazuje, że nie lubię się głodzić i nie uznaję ograniczania kalorii za sposób na życie. Prawdą jest jednak, że żaden czekoladowy baton, lukrowany tort czy roztwór nasycony cukru (zwany też colą) nie jest przyjemniejszy niż widok mniejszego brzucha w lustrze. Ja wiem, że zaraz ktoś oznajmi, że czoko to lek na całe zło świata, czoko kocha, czoko radzi, czoko nigdy cię nie zdradzi. Po tygodniu odwyku od czekolady to podejście nagle diametralnie się zmienia i widzimy baton takim, jakim jest w rzeczywistości. Przypominającym coś nieładnego zlepkiem tłuszczu i cukru, który nie wyjdzie nam na dobre i którego zdecydowanie nie chcemy w swoim organizmie. W przeciwieństwie do przepysznej rzodkiewki. Kiedy raz zacznie się przyglądać etykietkom w poszukiwaniu informacji na temat zawartości cukru, życie już nigdy nie jest takie samo.

Po kilku miesiącach pracy w czasopiśmie branżowym doszło do mnie, że nikt nie reklamuje marchewki czy kiełków. I tak dziwię się, że aż tylko mi to zajęło. Budżety na kampanie wody mineralnej są natomiast niezwykle niskie w porównaniu z budżetami na wszelkiego rodzaju gazowane mieszanki cukrowe, tłuste pochodne ziemniaka czy tłuszczowo-cukrowe potwory. Tudzież alkohol i papierosy, ale to już inna historia. Tego, co jest dla nas dobre nie trzeba reklamować. Po roku pracy z wysyłanych nam materiałów promocyjnych nie jem już w sumie niczego. I nie mam problemu, że wieczorem siedzę na kanapie i umieram, bo chce mi się czekolady. Nie chce. Nie tęsknię.

Ta wolność jest strasznie przyjemna.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

21 thoughts on “Dieta cud dla opornych”

  1. Ja w życiu na żadnej diecie nie byłem. Mam wystarczająco dobrą przemianę materii chyba. Będąc lata temu w Anglii uzależniłem się jednak od kiełków przeróżnych. Cudownie zajada się przed telewizorem zamiast chipsów kiełki zielonego groszku albo brokuła. A zdrowe jedzenie może być tak samo dobre jeśli nie lepsze od syfu który nam się wciska na każdym kroku bo człowiek się po nim lepiej czuje po prostu. A to jest chyba najważniejsze. To pisałem ja, miłośnik street foodu w formach wszelakich 🙂

    1. No właśnie, skąd się bierze przekonanie (np. wśród dzieci, mój kuzyn ma kilkanaście lat i do tej pory nie tyka NICZEGO co nie jest mięsem albo cukrem), że warzywa nie są pyszne? Są absolutnie przepyszne.

      1. nie wiem z czego to może wynikać, z wpływu reklam, z wpływu rówieśników, ze sposobu ich przygotowania, z wychowania? Ja od dziecka uwielbiam surowe warzywa, nie wyobrażam sobie wyrzucenia ich z diety bo mi po prostu smakują.

  2. Kiedy moim klientem byl McD’s to bylam tam czestym gosciem… W trakcie 2 lat przytylam z 10 kilo.
    Potem przeprowadzilam sie do UK i mialam nadzieje, ze samo odstawienie fast foodu zdziala cuda. Nic z tego. Ja też kocham jedzenie i dieta wydaje mi sie okropna meczarnia… Ale czuje, ze dojrzewam do tej decyzji.
    Poczytam o tej Twojej 🙂 podoba mi sie Twoje podejscie 🙂

  3. Do mnie to co piszesz nijak nie przemawia, bo jestem dzieckiem ekowariatki, co sama sery robiła, sama chleby piekła, miałam całkowity szlaban na słodycze i trochę musiałam na studiach to odreagować. Ale mi przeszło. To co nazywasz specjalną dietą, jest w sumie moją codziennością. No może więcej w niej węglowodanów, bo ja chudziak jestem, więc muszę dostarczać kalorie na bieżąco z braku zapasów, wtedy szybka czekolada (nie mylić z batonem) czy kanapka z serem daje kopa i pozwala dotrwać do końca wycieczki i kolacji. Ale ja z tych, co umierają siedząc na tyłku przed komputerem. I tak za dużo przed nim siedzę. A kiełków nie znoszę, za mało kalorii, za dużo żucia i smak nijaki (wolę zamiast nich podjadać jabłka, marchewkę, śliwki i ser pleśniowy). No dobra, może trochę więcej jem klusek i chleba, ale to dlatego że próbuję utyć (z różnym skutkiem). 😉

    1. Sęk w tym, że szlaban na słodycze dobrze robi, jeśli ktoś nie ma wewnętrznej dyscypliny. Jaki procent ludzi je zdrowo? Przy czy serio zdrowo, a nie pełną cukru owsiankę instant na śniadanie? Moja rodzina wpycha we mnie do tej pory słodycze i cukrowe rzeczy. Jak napijesz się coli raz, zjesz czekoladę raz czy w ogóle cokolwiek raz na jakiś czas, z pewnością nic się nie stanie. Ale te rzeczy nie służą do jedzenia ich codziennie czy nawet kilka razy w tygodniu.

      A kiełki są dobre jako wypełniacz sałatki 😉

      1. Ależ ja całkowicie z Tobą się zgadzam. Grunt by nie kupować zgrzewki coli i chipsów podczas każdych zakupów. Niestety rodziny wpychające w dzieci słodycze zbierają plon lata później. Znam wielu ludzi, którzy mają o to pretensje do rodziców. Więc myślę, że trzeba po prostu zachować umiar. Całkowity szlaban nie jest konieczny, byleby na co dzień w jadłospisie dziecka jak i dorosłych było dużo nieprzetworzonej surowizny. Mój obiad to najczęściej skrojone dwa pomidory, ogórek i kilka ugotowanych na parze ziemniaków, kalafior, czasem brokuł. Mięso jadam raz w tygodniu, zazwyczaj podduszonego kurczaka w ilości równorzędnej małej piąstce dziecka. Kilka kęsów. Za to opycham się nabiałem, nie mam problemów z trawieniem laktozy, to mogę pić hektolitry mleka. Owsiankę słodzimy bananami. Kiedyś próbowałam utyć za pomocą śmieciowego żarcia, ale skończyło się problemami trawiennymi. Nie wiem jak ludzie są w stanie odżywiać się tak latami. I żeby nie było, colę czasem kupię, głównie latem do pociągu, duża ilość cukru chroni mnie przez omdleniem (tak, wiem, to oznacza skłonność do cukrzycy, dlatego ograniczam cukry złożone w codziennej diecie, bo za kilkanaście lat choroba zmusi mnie do całkowitej rezygnacji, ekomama też zachorowała mimo zdrowego odżywiania – słaba trzustka). Nadmiar słodyczy uzależnia? Myślę, że tak.

  4. Super podejście. Jak słusznie zauważyłaś, po tygodniu już się wcale nie chce tak bardzo tego czoko. 🙂 Zjedzenie czegoś słodkiego uruchamia apetyt na tego typu rzeczy w kolejnych godzinach i robi się z tego błędne cukrowe koło, które potem widać na brzuchu. Po powrocie z Anglii też miałam taką tłuszczową pamiątkę po angielskich ciastkach. Poza tym nadmiar cukru odbija się również na psychice. Powodzenia na zdrowej drodze. : ))

  5. Makaron zwierzę może jadać jak najbardziej, byle był al dente i raczej na lunch. Od nadmiaru białka ciałko zwierzowi się może zakwasić jak na Dukanie, niezdrowe 🙂 Nawet sobie nie wyobrażasz, jak się cieszę, że nie dość, że zadziałało, to jeszcze nie unieszczęśliwiło!

  6. Podczas nocowania u przyjaciółki, wygrzebałam ze sterty książek przy łóżku pozycję Magdy Makarowskiej „Jedz pysznie, chudnij cudnie”. Myślę, że obie możemy powiedzieć, że nie mamy jakichś większych problemów ze swoimi tyłkami, ale ta pozycja była zwrotem w akcji pt. „diety”. Pada tam takie zdanie (nie zacytuję dosłownie), które dla mnie stało się absolutnie kluczowe i pozbawiło mnie jakichkolwiek dylematów, a było to mniej więcej tak: nie chodzi o to, żeby przejść na dietę na jakiś czas, żeby zmienić swój styl odżywiania tylko na potrzeby schudnięcia 5, 10 czy 20 kg. Chodzi o trwałą zmianę sposobu odżywiania, o dietę na całe życie, która raczej nie będzie wielkim wyrzeczeniem (np. nie jedz przez pół roku ryżu), tylko racjonalnym wyborem w sklepie, a w efekcie da Ci zdrowy organizm.
    I słowo stało się ciałem. To o czym piszesz ze swojej perspektywy stało się dla mnie tak cudownie oczywiste, że po prostu nie mam ochoty na pewne rzeczy. Czuję się lepiej, a i detoks cukrowy swoje zrobił w głowie. A książkę polecam jako źródło przepisów na naprawdę przepyszne obiady.

    1. To w ogóle jest w sumie bardzo oczywiste, tylko wychowanie i przyzwaczajenia żywieniowe robią swoje. Jeszcze niedawno nie wyobrażałam sobie obiady bez ryżu, makarony czy frytek. No bo jak to? Teraz nie potrzebuję ich zupełnie. To takie zapychacze minionej epoki, kiedy ciężej było ludziom zdobyć pożywienie.

  7. Sama przymierzam się do zmiany diety (mam naprawdę sporo do zrzucenia) i kombinuję jak rozplanować sobie posiłki by nie być głodnym mając cały dzień zajęcia na uczelni.

  8. Gratuluję sukcesu 🙂 A na mnie po 30-stce wszystkie diety, które kiedyś działały, nagle przestały działać. Generalnie podobnie, ograniczanie słodyczy, makaronów/chleba, ciężkich kalorycznych potraw, żółtego sera, alkoholu, bez żadnych drastycznych głodówek – kiedyś traciłam po tym nawet 10kg, a tu nagle dupa. Musiałam zacząć ćwiczyć. A co do nadmiernego omijania węglowodanów (? – chodzi mi o carbs), to ponoć bardzo niezdrowe. Niestety poza ogólnym hasłem „zdrowa, zbalansowana dieta + sport” nie ma tak naprawdę diety cud. Na pewno pomaga jedzenie regularnych posiłków (o tych samych porach) i jedzenie porządnego śniadania.

    1. Węglowodany typu kasza, a węglowodany typu ciasto to dwie różne sprawy. Teraz omijam większość z nich większość czasu (ale nie cały czas) jakiekolwiek by nie były, bo wciąż próbuję schudnąć. Kiedy osiągnę zamierzoną wagę będę ich jeść nieco więcej.
      Na pewno gdybym jeszcze ćwiczyła efekt byłby super. Ćwiczenia są niezbędne na dłuższą metę, ale i one nie pomogą jak jest się fanem coli.

  9. Zabiorę głos, bo w tej kwestii jestem weteranem 🙂 Montignaca przerabialiśmy całą rodziną jakieś 10 lat temu. Sukcesy jakieś były, choć nie spektakularne, wytrzymaliśmy kilka miesięcy. Ale ta dieta pozostawiła ślad, który nadal widoczny jest w naszym jadłospisie. Zmieniły się modele obiadów, mniej jest w nich węglowodanów prostych i zawsze, kiedy coś jem, zastanawiam się, czy ma to dobry indeks glikemiczny. Z moich doświadczeń wynika, że przynajmniej w moim przypadku najlepiej sprawdza się jedzenie co 3-4 godziny niedużych porcji i dbanie o jakość tego, czym się faszeruję – i nie mam tu na myśli obsesji sprawdzania, czy dany produkt oznaczono jako organiczny 😉 Zupełnie nie działa natomiast zupełne wykluczanie jakiejś grupy produktów, bo pewnym jest, że za jakiś czas tama pęknie i będzie trzeba sobie te wyrzeczenia odrobić.
    Poza tym, tak gwoli ścisłości, dieta to jest właśnie sposób odżywiania, często mylona jest z dietą odchudzającą.

  10. Ostatnio dorwałam w sklepie coś co się nazywa „Chleb z indeksem niskim glikemicznym” (kolejność słów jest cytatem) i był obłędnie dobry, aż się zdziwiłam.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry