Pamiętam taki okres w blogosferze, kiedy wszyscy próbowali przekonywać internet, że są najlepszymi blogerami modowymi, parentingowymi, technologicznymi. Nawet, jeśli nie byli. Zwłaszcza, jeśli nie byli. Fake it till you make it. Wbrew pozorom nie jest to wcale nowy wynalazek myślowy. Średniowieczni dworzanie i rycerze przekonywali świat, że są najbardziej na świecie cnotliwi, nawet jeśli po kątach uprawiali nielegalny seks lub, co gorsza, jedli mięso w dzień postny. Koniec końców, zakładali ówcześni, jeśli wystarczająco długo będziesz udawać cnotę, to będziesz musiał się do niej w swoim postępowaniu zbliżyć. Jeśli wystarczająco długo będziesz powtarzał, że jesteś najlepszy, wysiłek włożony w podtrzymywanie tego wizerunku zbliży Cię do zwycięstwa.

niejestemzwyciezca2

To był przerażający okres. Już kij z tym, że każdy nagle był najlepszy w swojej działce, a ja czułam, że jestem najlepsza w przeżywaniu kolejnego dnia bez utopienia się w wannie. Niską zawartość zajebistości we własnej osobie mogłam przełknąć. Gorszy był ten dysonans, że wszyscy mają roześmiane twarze, a mnie chce się płakać. I na dodatek, nie powinnam o tym mówić, powinnam wziąć się w garść i pokonać słabości. Nikt nie chce wiedzieć o tym, że jest mi źle. Nikt nie potrzebuje narzekań. Kiedy publikowałam najważniejszy tekst w historii bloga, byłam przekonana, że to koniec. Że odwrócą się ode mnie ci wszyscy internetowi przechodnie, którzy poświęcają mi kilka minut dziennie czy tygodniowo. I że to wszystko moja wina, bo trzeba było wziąć się w garść, a nie odsłaniać najmroczniejsze zakamarki duszy. Przekonałam się wtedy, jak bardzo się myliłam i nigdy nie zapomnę otrzymanego od Czytelników wsparcia.

  niejestemzwyciezca

Ten okropny okres chyba minął. Sama nie chcę ani przez chwilę udawać kogoś, kim nie jestem. Mam wielkie problemy z pewnością siebie. Mam jeszcze gorsze problemy z poczuciem własnej wartości. Czasem na imprezach udaję wyniosłość, bo bardzo się wstydzę. Kiedy sprawiasz wrażenie osoby gardzącej światem, inni nie podchodzą i nie próbuję rozmawiać, więc trochę wstydu sobie oszczędzasz. Nie zakładam Patronite, bo nie wierzę, że ktokolwiek wpłaciłby pięć złotych. Nie zakładam youtube’a, bo moim zdaniem nikt by go nie oglądał. Nie podchodzę do znanych osób i nie odzywam się do nich, bo uważam, że szkoda psuć im sobą dzień. W kolejce do przymierzalni w Zarze mam ochotę się schować, bo mam wrażenie, że jestem najgorszym pasztetem w promieniu dziesięciu kilometrów i WSZYSCY TO WIEDZĄ. W końcu, kiedy ktoś odzywa się do mnie i mówi na przykład, że lubi mnie czytać, zachowuję się jak ogłupiały jeleń patrzący na światła nadjeżdżającego samochodu. Potrafię spędzić większość weekendu płacząc pod kocem i planując ucieczkę w góry Szkocji, gdzie będę mogła spokojnie umrzeć wśród owiec. O ile będą tolerować moją obecność w swojej okolicy. Z owcami to wcale nie jest takie oczywiste.

niejestemzwyciezca3

Ja WIEM, że naprawdę nie jestem beznadziejna. Mam sporo niezłych zdolności, sporo rzeczy mi się udaje, w wielu dziedzinach jestem naprawdę dobra. To, że WIEM, nie przeszkadza jednak CZUĆ się najgorszą osobą na świecie. Zwłaszcza po tygodniu, w którym codziennie musiałam być bardzo silna i dzielna. I byłam. I rezultaty były spektakularne. Kiedy adrenalina opadła, demony rzuciły się na mnie ze zdwojoną siłą.

Po co to piszę? Sama chciałabym też czytać więcej o tym, że można mieć ze sobą problemy i jednocześnie wciąż być fajną osobą. Chciałabym wiedzieć, że osoby, które mnie interesują, miewają chwile słabości, zwątpienia, zniechęcenia. Że nie wszystko zawsze im wychodzi, a do tego, co najlepsze, dochodzą próbując i błądząc i czasem krzycząc ze wściekłości. Niezmiernie pragnę zapewnienia, że nie jestem sama z moim pragnieniem skrycia się wśród owiec. Jeśli Ty też czasem o tym marzysz i wydaje Ci się to dobrym pomysłem na spędzenie reszty życia, to jest nas już dwoje. W kupie raźniej.

Nie jestem zwycięzcą. Cały czas wywalam się, potykając o własne nogi. Ale bardzo się staram podnosić z ziemi, otrzepywać i iść dalej. Do następnego potknięcia. A móc mówić na głos o tych potknięciach – to jest dopiero wolność.

 

|zdjęcia : Kat Terek|

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

33 thoughts on “Nie jestem zwycięzcą”

  1. Chyba wiem co czujesz… odnajduję się w każdym razie w Twoich słowach i opisach.
    Mój najgorszy do tej pory epizod depresyjny przypadł właśnie na okres bycia najlepszym X w blogosferze i straszny lans w social mediach. Wszyscy byli szczęśliwi i odnosili wielkie sukcesy, a ja leżałam w wyrze z tłustymi włosami i za swój ogromny sukces uważałam zrobienie sobie kanapki. Brrr. I to po tym, jak sama lansowałam się na superoptymistyczną, pełną entuzjazmu, perfekcyjną osobę. Straszne to jest.
    Cieszę się, że piszesz szczerze o swoich myślach i uczuciach, także tych zupełnie irracjonalnych – ale przecież jakże bolesnych! Dla mnie to nadal duży problem, żeby się tak odsłonić, choć o swoich depresjach potrafię już mówić.

  2. Skrycie się wśród owiec (co prawda na klifach Irlandii) to moje nieustające pragnienie od dobrych kilku lat. Poza tym momentami, kiedy orientuję się, że owce przecież takie niewinne to nie są i potrafią wyglądać bardzo psychopatycznie.
    Ale to nie o owce chodzi.
    Zazwyczaj nie wypowiadam się, bo ktoś inny na pewno wie lepiej (a nawet jeśli wiem, że jestem jedyna, która aktualnie wie, przecież się nie wyrwę z mówieniem, bo pomyślą, że szpanuję swoją wiedzą). Nie zaproponuję wyjścia, bo przecież nikt ze mną nie pójdzie. Nie powiem nikomu o swoich problemach, bo przecież one nikogo nie obejdą i właściwie szkoda żeby innych obarczać moimi bzdurami. Bo przecież moje problemy nie są wystarczająco ważne, a w ogóle jakie problemy, przecież ja nie mam żadnych problemów, ja tylko nie uważam się za wartościową osobę. A lepiej, żeby inni mnie taką nie widzieli, bo wtedy to już wszyscy mnie zostawią i nikt nie będzie chciał przebywać z taką żałosną osobą jak ja.
    Więc jakoś, krok po kroku, staram się czołgać. Byle do przodu, byle wstać każdego ranka i żyć, starać się żyć jak najlepiej, nawet jeśli najlepiej oznacza autopilota i masę żali na koniec dnia – bo przecież jak jutro wstanę, to zawsze mogę coś w sobie zmienić. Nie żeby to wychodziło, zawsze jest to jutro, jutro, jutro, ale jutro przecież nadejdzie. Wstanę i przeżyję, bo może gdzieś jutro jest coś, co sprawi, że będzie lepiej.
    (A może i już dzisiaj, skoro w końcu odważyłam się napisać, że jestem w stanie utożsamiać się z Twoimi postami na tylu płaszczyzach).
    Dziękuję za tego posta. Dał mi właśnie trochę siły, żeby było lepiej.

    1. disqus_BevZKWonYw

      dziekuje za posta i za ten komentarz, jest mi razniej ze nie tylko ja tak mysle sama o sobie. Zaproponowanie spotkania to dla mnie szczyt upokorzenia, bo na pewno z grzecznosci powiedza, ze nie moga, a tak naprawde nie lubia. Ze wszystko moglam zrobic lepiej, bo wszystko wyszlo od dupy strony. Wszyscy wiedza lepiej i lepiej sie wyslowia.
      Owce mnie nie przekonuja, bo na pewno mnie nie polubia. Wybieram lesna glusze.

  3. Brak pewności siebie dał mi… znacznie więcej pewności siebie, niż cokolwiek, co mogłabym sobie wyobrazić. I wydaje mi się, że w pewnym sensie masz to samo.
    Brak pewności siebie prowokuje samokontrolę. Autoobserwację. Dzięki temu potrafię nazywać zjawiska, które mnie dotyczą, stany, w których się znajduję. Dzięki temu nie ma miejsca na „no, stało się”, „po prostu nie lubię” (no, oprócz szpinaku. Szpinaku nie lubię BO NIE).

    I cała ta wiedza, jaką o sobie mam, a jaką zyskałam, kombinując, jak się nie wygłupić, pozwala mi z podniesioną głową mówić: nie chcę, zrobię to, poproszę białą kawę, boję się.

    A jeśli jesteś w stanie powiedzieć głośno: boję się, to, ej! Jesteś odważniejsza i pewniejsza siebie niż ci wszyscy, którzy, idealni tylko czekają na Twoje potknięcie, prawda?

  4. Wiesz co? Boję się perfekcyjnych ludzi i im nie ufam. Podoba mi się to, że tendencja się odwraca, że zaczyna nas męczyć idealność, doskonałość i zajebistość, że wreszcie jest miejsca na błędy, potknięcia, plątanie się w dobrych wyborach. Zauważyłam to jakiś czas temu na blogach, w kampaniach reklamowych, społecznych. Nie dziwi mnie to wcale, wszystko dzieje się sinusoidalnie, ze skrajności w skrajność. Podoba mi się to, ale obawiam się, że wymuszona zajebistość zamieni się w wymuszoną normalność, która… Naturalna wcale nie będzie. W Tobie zawsze podobało mi się to, że jesteś prawdziwa, od lat, nie zmieniasz się, choć doroślejesz, dojrzewasz, ale stoisz obok tego, co się dzieje. Za to Cię lubię. Bycie nieperfekcyjną wychodzi Ci doskonale i w tym Twoja siła.

    „Chciałabym wiedzieć, że osoby, które mnie interesują, miewają chwile słabości, zwątpienia, zniechęcenia. Że nie wszystko zawsze im wychodzi, a do tego, co najlepsze, dochodzą próbując i błądząc i czasem krzycząc ze wściekłości”. Właśnie w ten sposób zostałam przewodnikiem beskidzkim. Ciągle uważam, że to moje największe życiowe osiągnięcie, bo najwięcej mnie to kosztowało. Ale nie żałuję ani jednej „kurwy”, którą rzuciłam pod adresem kursu. Kiedy dzisiaj zakładam czerwony polarek, wiem, że było warto 🙂

  5. Jedna rzecz: uwielbiam Cię! Mnie się wydaje, że wśród wielu czynników, z których może wynikać to internetowe fałszowanie rzeczywistości bardzo powszechny jest prosty fakt, że o pozytywnych doświadczeniach w ogóle mówimy chętniej. Kiedy jest nam źle, to nie mamy ochoty mówić o czymkolwiek, a jak już znowu jest dobrze – zdecydowanie nie chcemy do tych gorszych chwil wracać. Dlatego tak ważne jest aby od czasu do czasu przełamać to błędne koło, dzięki za to!

    Ale na szczęście internet (i w ogóle świat) chyba powoli się męczy tym „retuszowaniem” przekazu, nauczyliśmy się już mówić o wielu rzeczach, więc nauczymy i o tym, że niczyje życie nie jest nieustannym pasmem powodzenia i chwały.

    Ja też mam ochotę uciekać do owiec średnio 10 razy dziennie i też się potykam, a najgorsze, że nie bardzo wiem dokąd iść jak już wstanę. Więc tak, jest nas więcej, dużo więcej. Ale żeby zakończyć optymistycznie: przecież za każdym razem jak się podnosimy i otrzepujemy, to już jesteśmy takimi małymi zwycięzcami, no nie? 🙂

    P.S. jak zwykle nie mogę oderwać wzroku od zdjęć <3

  6. Czasem czytając twojego bloga czuję się jakbym to ja pisała. Tylko że ja wciąż jestem na etapie, kiedy ten dysonans boli i czuje się presję, by nie być sobą.
    To, że wspomnisz czasem o swoich slabosciach, napiszesz coś od serca sprawia, że nie ma tu sztucznosci. A mi osobiście daje nadzieję, że zwyczajnie będzie kiedyś lepiej.

  7. Ze 3 dni temu rozważałam wyniesienie się do chatki w Bieszczadach… raz na jakiś czas rozważam wyniesienie się w Bieszczady. I mam wrażenie, że mogłabym się podpisać pod każdym Twoim słowem w tym wpisie. Poza ostatnim zdaniem – bo to mnie zdecydowanie przerasta.

  8. Nie jesteś sama. Czasem chciałabym się skryć w domu pośrodku niczego. Potykanie się, przewracanie na twarz i zaczynanie od nowa to moja specjalność. Tłumaczę sobie wtedy, że perfekcja jest nudna, a ludzie, którym wszystko łatwo przychodzi nieciekawi, bo nie znają życia. Doświadczam boleśnie życie, bo też widzę wszystkie swoje niedoskonałości, nawet te, których inni nie widzą.
    Dzięki, że jesteś i piszesz o tym wszystkim.

  9. Gdybyśmy wszyscy potrafili otwarcie przyznać się do tego, że nie jesteśmy idealni i nie mamy perfekcyjnego życia, świat byłby piękniejszy. Bo, przynajmniej dla mnie, ale sądzę, że dla innych też, poczucie wspólnoty z innymi ludźmi, którym też coś nie wyszło (nie satysfakcja z ich porażek, ale poczucie, że we własnych nie jestem sama) bardzo podnosi na duchu.
    Trochę winię za to social media. A trochę nie, bo wciąż nie jestem pewna, gdzie leży granica tego, o czym możemy pisać, bez naruszania własnej intymności. Bo chwalenie się sukcesami jest takie naturalne i dobrze widziane – jestem magistrem, wychodzę za mąż, jestem w ciąży. A publiczne przyznawanie się do życiowych tragedii wciąż budzi jakiś irracjonalny dyskomfort, chociaż, damn, sama tyle razy chciałam już wywrzeszczeć na FB, że mi nie wyszło i potrzebuję wsparcia.

  10. Dokładnie to samo czuję… Zupełnie jakbyś napisała to o mnie. Zaczynałam już myśleć o terapii, bo wydawało mi się, że tylko ja tak mam. Nie pociesza mnie to, że Ty też, ale przynajmniej nie czuję się z tym sama. Jest ktoś kto mnie rozumie to pocieszajace 🙂

  11. Zauważyłam od pewnego czasu pewien ciekawy trend. Ludzie chcą nieperfekcyjnosci. Blogi, które obserwują są pełne pomyłek, zabawnych wpadek i tak dalej. Matki przyznają się do błędów, ludzie piszący o życiu otwarcie mówią o porażkach. I to śmieszy. Najlepszym tego dowodem jest sukces strony na fb Ch***wej Pani Domu”. To mnie cieszy.

    Doskonale Cię rozumiem. Z depresją zmagam się od lat. Choć od paru miesięcy dopiero wzięłam się za siebie. Najpierw trzeba było przekonać samą siebie, że to nie lenistwo, beznadziejność i co więcej. Od kiedy korzystam z usług psychiatry, psychoterauty i trenera personalnego jakoś mi lepiej.

    Ale nie zawsze. Ludzie mnie nie rozumieją. Słyszę „weź się z garść”, „myśl pozytywnie”, „znajdź sobie zajęcie”. Jakby to było takie proste.

  12. Całe życie byłam tą mądra silną grzeczną dziewczynką, której zawsze wszystko świetnie wychodzi. I nawet jak jęczałam że nic z tego, że nie mogę, że się nie uda, to zawsze miałam więcej szczęścia niż rozumu i lądowałam jak ten kot na czterech łapach. A teraz już ciągnę resztkami sił i nikt nie chce słuchać, że więcej nie mogę, że ni daję już rady. Więc się dalej czołgam, bo ludzie we mnie wierzą. Ciekawa jestem tylko jak bardzo muszę sobie spieprz*ć życie żeby uwierzyli że nie jestem niezniszczalna

  13. To, że WIEDZIEĆ nie znaczy CZUĆ – tak bardzo tak. Niesamowite, że ktoś ma w głowie takie same myśli.
    A ludzie pokazujący, że można mieć słabsze momenty i wciąż być fajną osobą, to właściwie moi ulubieni ludzie w internecie i w życiu. ( co też znaczy że jesteś wśród nich, nieśmiało dodam 🙂

  14. Agnieszka Staszak

    Dziwnie mi się to czyta, bo ja akurat jestem na tym etapie, że uciekłam w góry Szkocji i żyję (prawie) wśród owiec. Ta ucieczka przed życiem trwa już 8 miesięcy – niby fajnie i polecam, ale ciężko wrócić. Słowem w sedno, przeczytałam artykuł o sobie 😀

  15. Wiesz co, tak mi przyszło do głowy, że może i Tobie pomogłaby praca z Cieniem. Mnie bardzo uwolniła, w sumie wciąż jeszcze uwalnia, uwalniam się. Polecam każdemu! 🙂

  16. Kiedy czytam takie posty wiem, że nie jestem sama i to, że mam ostatnio kiepski czas w życiu jest kompletnie normalne. Kiedy czytam blogi to nie jestem w pracy, żeby być wiecznie motywowaną i zarzucaną obrazami życia, w którym masz czas na pieczenie wegańskiej bezy. Bądź sobą, bo dlatego tutaj wchodzimy. I trzymamy kciuki.

  17. Nie nazwałabym tego tekstu „Nie jestem zwycięzcą”, bo dobitnie z niego wynika, że jesteś zwycięzcą: codziennie zwyciężasz własne słabości, otrzepując się po kolejnych – całkiem normalnych w życiu każdego normalnego człowieka – upadkach. Co innego ideał. Tych nie ma, choć są tacy, którzy się za niego uważają. Ale to ani Ty, ani ja. Na szczęście. Bo ja tam ideałów nie lubię. Wolę takich zwykłych, z krwi i kości – nie tych gdzieś daleko, gdzie ich sięgnąć nie można. Takich, którzy nawet w całej swojej nieperfekcyjności mają coś mądrego do powiedzenia. I pokazują, że mimo wszystko można. Że nawet jak jest źle, można się podnieść. Albo uciec do owiec 🙂

  18. Dziękuję! Dziękuję, w dobie perfekcjonizmu, tego jak idealnie i mądrze wykorzystać swój dzień(czasem mi się nie chce, czasem za bardzo się poświęcałam i padam na cycki. I co, mam mieć wielkie wyrzuty sumienia) i jeszcze codziennie być helfi i fit.. Mam to w nosie! Wiem, kiedy wyluzować, czasem muszę nadrobić coś kosztem czegoś, a słabości? Normalne, że są( ba , nawet muszą być nie jesteśmy wypartymi z emocji cyborgami!), następny dzień jest zawsze lepszy 🙂

  19. Katarzyna Barman

    „Ja WIEM, że naprawdę nie jestem beznadziejna. Mam sporo
    niezłych zdolności, sporo rzeczy mi się udaje, w wielu dziedzinach
    jestem naprawdę dobra. To, że WIEM, nie przeszkadza jednak CZUĆ się
    najgorszą osobą na świecie.”

    Dziękuję Ci za ten tekst, dziękuję, że potrafisz w kilku zdaniach oddać to co człowiekowi chodzi po głowie, a czego nie potrafi sam oddać słowami. Wpadłam tutaj przypadkiem, jakiś czas temu i wracam co chwila, czytam zaległe teksty i jest mi tu bardzo dobrze. Stworzyłaś niesamowitą przestrzeń i kiedy tu wchodzę czuję się akceptowana i jakby u siebie. Pozdrawiam Cię serdecznie.

  20. Sorry, ale polecę w banały. Po pierwsze – pasztety są smaczne, a nawet gdyby nie, to NIE, nie jesteś pasztetem. Nie jesteś klasyczną pięknością, ale dla mnie jesteś piękna. Masz taki styl i osobowość, że Ci jeszcze dodaje jakiegoś blasku. Nie wiem, jak to objaśnić. Tak, mam wrażenie, jak Cię czytam, że jestem strasznie głupią, szarą gąską (:D), ale umiem z tym żyć i wracam tu po każdy Twój tekst. Nawet jak się z Tobą nie zgadzam. A do tego jesteś szalenie inteligentna. I taka adultier adult w porównaniu ze mną…. Ja Ci tam nieustannie ciutkę „zazdraszczam” Twojej klasy i lekkiego pióra.
    I masz tyle pięknych swetrów i one wyglądają na takie miłe i ciepłe.
    Nie powiem, że wiem, co to depresja i że rozumiem Twoje uczucia, bo nie rozumiem. Ale nauczyłaś mnie na pewno większej tolerancji, że komuś może być po prostu źle, BO TAK MA. Bo jest tak zbudowany, bo przeżywa inaczej. Bo jest chory. I to nie jest prosta choroba. Nauczyłaś mnie tego Ty. To chyba dobrze, nie?
    Wydaje mi się, że jednak blogosfera powoli zmierza w kierunku naturalności. Że mówi, jak nie wychodzi, mówi, że życie bywa c**jowe. „Czytacze” i „oglądacze” blogów robią się jednak mądrzejsi (albo to ja się obracam wśród tych mądrzejszych…), bo nie kupują tego, że ktoś ma perfekcyjnie i s*a tęczą (nie no, przecież nie s*a, bo nie korzysta z toalety, nie? :P)
    Miałam tak beznadziejny okres w życiu, że nie da się tego opisać. Nawet nie chciało mi się majtek prać i nie miałam w czym chodzić (dobry powód, żeby nie wychodzić z domu swoją drogą). A jak pisał Shakespeare „When sorrows come, they come not single spies, but in battalions”. I wiem, że KAŻDY tak ma. Każdy.
    Głupi przykład, ale moja Mama miała spore problemy w małżeństwie. Było beznadziejnie, ale wyszli z tego. I Mama nigdy nie miała problemu, żeby o tym mówić. I nagle się okazało, że WSZYSTKIE bliższe jej kobiety miały tak samo. Czasem w mniejszy, czasem w większym natężeniu. A Mama myślała, że wszyscy tacy perfekcyjni… Brzmi znajomo, a nawet nie trzeba do tego bloga. Tak po prostu chyba zbudowani są ludzie. Pokazujmy, że jest osom. Mimo, że wcale nie jest. Poza tym gdzieś przeczytałam, że właśnie to, że pokazujemy słabość jest miarą naszej siły. Czy ma to sens?

    Ale nie skryję się z Tobą wśród owiec, bo się boję, że mnie zadepczą… Ale mogę się skryć w drewnianym domku przy ich zagrodzie, ok?

  21. Marta, tak dobrze Cię rozumiem <3 szczególnie z tym co wiem i co czuję. Nie jestem głupia, to wiem. Ale co czuję to już zupełnie inna bajka. Różnimy się tym, że ja nie miałam odwagi napisać tego ważnego dla mnie posta, a Ty tak. Bardzo się cieszę, ze to zrobiłaś, a najbardziej mam nadzieję, że przyniosło Ci to trochę dobra.
    Ściskam.

  22. Dzięki za stworzenie takiego miejsca w internecie. Pierwszy raz wchodzę na czyjegoś bloga i czuję się, jak u siebie. A poczucie, że jestem „nie na miejscu” i nigdzie nie pasuję tak do końca, to jest jeden z tematów przewodnich mojego życia. Znalazłam sobie sporo blogów, które lubię albo których autorów podziwiam. Ale pierwszy raz mam poczucie takiego współbrzmienia. I to bynajmniej nie wynika z tego, że ja też lubię elfy, dinozaury albo Adama Mickiewicza. Zupełnie nie. Potrafisz wyrazić w bardzo eleganckich zdaniach to, co mnie już od dawna chodzi po głowie. Trafiłam tu niedawno i metodycznie czytam wszystkie posty. I pierwszy raz jest tak, że średnio co drugi (no, może co trzeci) post ręce mi się same składają do oklasków. Jeszcze raz dziękuję i już lecę wpłacić coś na Twój patronite, żeby zwiększyć szansę na to, byś nie przestała pisać w najbliższym czasie.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry