Czy rozjechały mi się miesięczniki?
Tak.
Czy rozjeżdża mi się wszystko?
Nie.
To znaczy wszystko, poza książką, którą piszę i na którą mam dedlajn za dwa tygodnie. Ona idzie naprawdę dobrze. Nauczyłam się z niej więcej niż z własnej magisterki i to chyba moja najlepsza książka. Ale wszystko inne mam w lekkiej odstawce.
Postaram się z kawałków notatek sklecić coś na kształt podsumowania, ale bądźmy realistami.
Marzec zaczął się z przytupem, od tygodnia spędzonego samej z dziećmi, bo szanowny małżonek pojechał na konferencję do Szwajcarii.
W tym czasie przydarzyły nam się owsiki i poznałam niesamowitą moc przyjaźni, po tym jak mąż koleżanki przyniósł mi lek na owsiki o godzinie 22. Jeśli to nie jest przyjaźń, to nie wiem co nią jest. I to jeszcze przyjaźń z brytyjsko-irlandzką parą!
Przeżyłam niesamowity moment, kiedy niespełna pięcioletnia córka oznajmiła u fryzjera, że ścina włosy na krótko. A miała piękne, proste, lśniące włosy. Zamiast przekonywać, pozwoliłam jej na to. Chodziła zachwycona swoim odbiciem przez tydzień.
Przeżyłam wspaniałe urodziny z bliskimi mi kobietami.
Trzy dni później pojechałam na pogotowie. To była tylko blokada szczęki, pojechałam tylko dlatego, że pan konsultant z NHS111 nalegał, a na samym pogotowiu czekałam tylko 2,5 godziny. Jeśli to nie jest sprawny czas, to nie wiem co nim jest.
Poza tym, nuda. Opowiadałam w radio o byłym księciu Andrzeju, byłam na galach, byłam znowu zawodowo w Parlamencie, miałam sesję zdjęciową, odwiedziła nas rodzina z Polski, brałam udział w targach książki w Londynie, gdzie współprowadziłam panel między innymi z panem senatorem i panią konsul, a potem myk, na ferie wielkanocne do Polski.
I tak minął marzec. Nic się nie działo.
Kwiecień
Ferie wiosenne trwały 1/3 kwietnia. Zaraz po nich wpadłam w kierat szkoła-dziecięce urodziny w weekendy-szkoła-robienie rzeczy do szkoły.
Między tym, a pisaniem książki, było niewiele miejsca na cokolwiek.
No, może wywołałam pierwszą aferę w pracy, z powodu tekstu, który napisałam. O, tego. Obecnie jest i tak złagodzony na końcu przez naczelną. Je ne regrette rien.
Tymczasem dalej piszę i snuję plany, jak to ja nie wypocznę, jak już oddam tekst.
Książki
The Treasury of Folklore: Waterland, Wooded Worlds, Starry Skies: To chyba fajna książka, jeśli ktoś szuka przeglądu folkloru z całego świata. Nie za głęboko, dostępnie dla laika, ale nie banalnie. Niestety, była to książka zbyt mało głęboka i odnosząca się do Wielkiej Brytanii jak na moje potrzeby, bo czytałam ją dla napisania własnej książki. W tym celu niewiele z niej wyciągnęłam. Jest natomiast pięknie wydana i chętnie przekażę ją dalej, w prezencie.
Umysł przestępcy – Tajniki Profilowania Psychologicznego: Ten typ true crime lubię. Zwłaszcza do gotowania. Mnie podoba się metodyczność i chłodny profesjonalizm autora, ale jeśli szukasz tu dreszczyku emocji – to nie ta pozycja. Ja lubię słuchać o pracy speców od psychopatów i innych takich.
Scottish Ghosts: Cienka książeczka, którą dostałam zupełnie przypadkowo, na jakieś urodziny. Jednocześnie dała mi mnóstwo wskazówek i tropów, o czym napisać w mojej nowej książce. Dużo, dużo duchów. Mała objętość, mało czasu zajmuje jej przeczytanie, duży return on investment.
Marilyn Monroe. Wszystkie twarze bogini: Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o wizerunku Marilyn Monroe, ale baliście się zapytać. Albo nie wiedzieliście, że da się o to zapytać, jak w moim przypadku (nie wiedziałam o sadze wrocławskiej kolekcji zdjęć aktorki). Nie ukrywam, że to książka mojej dobrej, wieloletniej koleżanki, jeśli lubicie klimat jej twórczości, to z pewnością się spodoba, bo przypomina jej blogowe posty o aktorach. Tylko w długiej, bardzo wyczerpującej postaci. Ja te posty uważam za jedne z fajniejszych na jej blogu, więc polecam. Choć nawet nie do końca interesowała mnie Marilyn.
Filmy I seriale
Tornado: Czy sądziłam, że można nakręcić film o nastoletniej samurajskiej wojowniczce w XVIII-wiecznej Szkocji? Nie sądziłam. A można. Do tego jest to bardzo zgrabny western, w dobrym starym stylu, tyle, że w Szkocji. I jeśli lubisz klimaty “Kill Billa”, to też polecam, chociaż jest to film kostiumowy i nie ma sikających krwią kikutów.
Obraz wydawałby się pełen sprzeczności, ale to wszystko działa.
Love Story: Wyłączyłam w połowie ten robiący furorę serial ponieważ…znudził mnie. Liczyłam na guilty pleasure, ale zabrakło elementu pleasure. Tak, aktorka grająca CBK jest bardzo piękna i stylowa. Ok, aktor grający JFK Jr też jest piękny, choć trochę jak rzeźba, zbyt idealny, żeby się w czymkolwiek tu zakochać.
Ogólnie nie jestem fanką Ryana Murphy, uważam jego biograficzne seriale za żerujące na swoich bohaterach. Tutaj na dodatek bohaterowie są…nudni. Poza byciem pięknymi, nie mają za wiele do powiedzenia. Piękna para która zginęła młodo, zanim zdążyli dokonać czegokolwiek, poza byciem stylowymi.
Są ciekawsze guilty pleasure.
The Other Bennet Sister: Na przykład ten serial. Czy to jest w dużym stopniu fan service dla każdej wielbicielki Jane Austen? Tak. Czy komuś to przeszkadza? To niech ten ktoś spada.
Fałszywy prorok: Producenci filmu dokumentalnego próbują zdobyć dowody na przestępczą działalność fałszywego mormońskiego proroka (triggerów warning: wykorzystywanie seksualne nieletnich). Bardzo przykro się to ogląda, raz po raz przebiegają ciarki z obrzydzenia, ale jednocześnie ciężko się oderwać. Mamy przed sobą dokument, a jakby jednak serial sensacyjny. Moim zdaniem obowiązkowo trzeba zobaczyć.

