W tym tygodniu miałam okazję spędzić trochę czasu na planie filmowym. Co to za plan, co robiłam i z kim rozmawiałam okaże się w swoim czasie, kiedy będę mogła ujawnić szczegóły. W tej chwili nie mogę. Mogę za to podzielić się jak zwykle głębokimi życiowymi przemyśleniami na temat natury świata, show biznesu i sensu życia. Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób i wydarzeń jest przypadkowe.

Kiedy wyjeżdżałam na studia do Szkocji, wyobrażałam sobie, że dzięki studiowaniu Film and Television Studies będę pracować dla BBC i marzyłam, że może kiedyś zostanę reżyserem, bo przecież będę się znać na filmach. Ja wiem, że pewnie uważasz, że nie można komuś mówić, że jego marzenia są głupie. Ale to były bardzo, bardzo głupie marzenia, a sposób zabrania się za ich realizację był jeszcze głupszy.

To marzenie było bez sensu przede wszystkim dlatego, że oglądanie filmów czy seriali i ich robienie to dwa różne światy. Po czterech latach w studenckiej telewizji zdałam sobie sprawę, że zupełnie się do tego nie nadaję. Moi koledzy siedzieli godzinami przed ekranem, edytując obraz sekunda po sekundzie, eksperymentując, dopracowywując najmniejsze szczegóły. Ja chciałam iść do domu w momencie, kiedy tylko otwierałam Final Cuta czy Avid. Koniec konców te cztery lata były ciekawym doświadczeniem i absolutnie uwielbiałam znajomych i przyjaciół, których poznałam dzięki Glasgow University Student Television. Ale dało mi do myślenia jak bardzo byłam szczęśliwa na ostatnim roku studiów, kiedy odeszłam ze stacji…

Latami wyrzucałam sobie, że być może gdybym nie była taka leniwa, to spełniłabym swoje filmowe marzenia. Dzięki wizycie na planie wiem, że to po prostu totalnie nie dla mnie. Jestem w stanie siedzieć godzinami nad tekstem, ale czternaście godzin przygotowywania scen i ich powtarzania to nie jest moja wizja szczęścia. To przyjemne, oczyszczające uczucie.

Serial “Extras” to nie jest żadna komedia. To pieczołowicie dopracowany program dokumentalny. Podczas dnia na planie miałam nieustanne poczucie, że zaraz zza winkla wyskoczy Ricky Gervais i okaże się, że jesteśmy w kolejnym odcinku…Zwłaszcza, kiedy starszy pan będący statystą zasnął w pokoju w obecności trzydziestu innych osób i chrapał. Oraz kiedy porywisty wiatr porwał idącej koło mnie dziewczynie talerz z lunchem, po który stała w kolejce do cateringu pół godziny.

Hollywood nazywamy czasem fabryką marzeń i to cudowne sformułowanie na wielu poziomach. Widzimy czubek góry lodowej i wymarzony lifestyle pięknych, młodych i bogatych. Ten czubek to przykrywka, przesłaniająca bardzo ciężką pracę bardzo wielu osób. Po powrocie z planu do biura poczułam się jak nowo narodzona.

Czasem wciąż zapominam, żeby nie oceniać ludzi na podstawie pierwszego wrażenia. Podczas udzielania wywiadu osoba, która początkowo wydawała mi się najmniej ciekawa i niemal niesympatyczna, okazała się najprzyjemniejszym rozmówcą. A ta osoba, która na planie była absolutnie czarująca, okazała się rozmówcą najgorszym, z gotowymi odpowiedziami na pytania, których nie zadałam. Zanim kogoś znielubisz, daj mu szansę. Zanim kogoś polubisz, upewnij się, że warto.

Poczułam się o wiele lepiej w swoim ciele. Z pewnością część piękności, które widzimy na małym i dużym ekranie to wysokie jak brzozy kobiety, których ciało zawiera 0% tłuszczu. Taki gatunek nadczłowieka. Jednak te piękności, które miałam okazję zobaczyć, były wzrostu, który osiągnęłam w wieku mniej więcej dwunastu lat. Jako dwunastolatka też miałam rozmiar zero…

Zawsze myślałam, że szczytem spełnienia jest posiadanie na swoich usługach sprzątaczki, księgowego i prawnika. Przyznaję, że sprzątaczka dodaje plus milion do szczęścia, co do pozostałych dwóch postaci jeszcze nie miałam okazji się przekonać. Dziś do tej listy dopisałabym osobę dbającą o to, żeby przypudrować nosek, gdy tylko zaczyna się świecić i przeczesującą włosy, gry tylko zaczynają się gorzej układać. To jest dopiero szczyt spełnienia!

To miłe uczucie, gdy aktor, którego oglądałam na ekranie w dzieciństwie, następnego dnia pamięta gdzie siedziałam na planie i co robiłam. Muszę tylko pamiętać, żeby nie wspomnieć o tym mamie, bo z pewnością zaraz wymyśli jego wielką miłość do mnie. Jak wtedy, kiedy wspomniałam, że Jude Law spojrzał na mnie podpisując się w moim notesiku (“NA PEWNO NA CIEBIE LECIAŁ”) albo mój wzrok spotkał się ze wzrokiem Toma Hiddlestona przy czekaniu na zielone światło po przeciwnych stronach przejścia dla pieszych (“NA PEWNO NA CIEBIE LECIAŁ”).
Mamy to najbardziej niesamowite stworzenia na świecie, nie?

Nie jestem pewna, czy od teraz każdy film lub serial będzie oglądało mi się lepiej (“Jak dobrze, że ktoś to nakręcił i tym kimś nie jestem ja!”) czy gorzej (“Biedni, biedni filmowcy!”).
Ale siedzę właśnie pod kocykiem, odpalam Netflix i jestem gotowa na eksperyment. Z kubkiem ciepłej herbaty i bułeczką z masełkiem. Plan filmowy jest fajny. Kocyk jest fajniejszy.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

8 thoughts on “10 myśli z planu filmowego”

  1. Szczęście ma wielopunktową definicję, a jednym z tych punktów na pewno jest właśnie to: uświadomić sobie, że wcale się czegoś nie chce robić i nie być przy tym do tego zmuszonym :).

  2. Wiesz co, ja też miałam takie marzenie. Na studia poszłam do Londynu, ale ogarnęłam, że to nie dla mnie po pierwszym semestrze i uciekłam stamtąd co sił w nogach…

  3. Na sam widok nazwy „Avid” dostałam dreszczy… jest teraz tyle lepszych i bardziej intuicyjnych programów, a w mojej szkole dalej próbują uczyć obsługi tego potwora.

    Teraz właśnie w bólach zdaję sobie sprawę, że te filmy to chyba wcale nie dla mnie. A przynajmniej nie na stanowisku reżysera, zarządzanie zespołem (nawet złożonym z koleżanek i kolegów z klasy) i pilnowanie Wielkiej Wizji zdecydowanie przerasta i generuje mnóstwo frustracji. A efekt i tak nigdy nie jest zgodny z tym, co na początku mieszkało w głowie.

    To smutny moment, kiedy odkrywa się, że nie ma się żadnych predyspozycji w dziedzinie, w której tak bardzo by się chciało.

    1. Reżyseria to jeszcze, bo lubię MIEĆ WIZJĘ i kazać innym robić rzeczy (chociaż potem obmawiają za plecami, a ja płaczę), nie znoszę bycia częścią planu, nie znoszę przesuwających się rozkładów dnia, chaosu, organizowania rzeczy, etc.
      To nie z Tobą jest coś nie tak, to kwestia dziedziny. Znajdź inną!

      1. Nie studiuję, moje liceum ma dobrze wyposażoną salę filmową. Co tłumaczy w dużej mierze wiek oprogramowania

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry