George Orwell w swoim eseju “Dlaczego piszę” wysunął tezę, że około trzydziestki większość ludzi przestaje myśleć o sobie i zaczyna żyć dla innych. Lub też bardziej pesymistycznie, ugina się pod ciężarem codzienności porzucając indywidualne ambicje. Bynajmniej nie jest to komplement.

Tak sobie myślę, że może i ten Orwell miał rację. Może niekoniecznie około trzydziestki, pewnie każda istota ma inny punkt zapalny, ale w którymś momencie “nie mogę” zaczyna być mantrą znakomitej części ludzkości. Pół biedy, jeśli ktoś “nie mogę” używa jako zasłony dymnej dla “nie chcę”. Trochę w tym tchórzostwa, sama osobiście wolę usłyszeć “mam inne plany”, “nie mam ochoty”, “po prostu nie” niż “nie mogę”, ale trudno, nie każdy umie powiedzieć szczerze, co czuje.

Gorzej jeśli “nie mogę”, “muszę” i podobne zwroty wynikają z próby zadowolenia szeroko rozumianego świata. Często na siłę. Jednym z cytatów z okresu nastoletniego, który najbardziej utkwił mi w pamięci, jest “nie buduj swojego szczęścia na drugiej osobie”. Osobiście rozumiem to jak instrukcję nakładania maski tlenowej w samolocie. Jeśli wpompuję mnóstwo szczęścia w siebie, wtedy będę mogła pomóc innym wpompowywać szczęście w ich życie. Przy czym druga osoba nie powinna działać jako maska tlenowa. Bo osoba to osoba, a maska to maska. Osoba składa się z mięsa i duszy, a maska z worka i gumowej rurki. Zupełnie inny mechanizm.

Absolutnie natomiast najgorzej, kiedy to wymówka przed samym sobą. Nie mogę, bo praca, mąż, dzieci, nie mam czasu, nie stać mnie, nie wypada, nie wolno. Oczywiście dzieci to dzieci, mąż to mąż, a praca to praca i pewne rzeczy są wymagane. I słusznie. Za każdym razem bawi mnie jednak umiłowanie do mówienia o poświęceniu, jak to niczego nie można bo Czynnik X. Gdyby tylko nie było czynnika X, to życie byłoby światłe i wspaniałe i tyle by mi się udało osiągnąć. Byłoby tyle czasu. Ach, ten potworny czynnik X. Jasne, pewien procent ludności ma poważny czynnik X, któremu muszą stawić czoła. Jest to ułamek tego procenta, który mówi jak bardzo nie może. Nie chodzi mi od razu o wielkie kariery i zdobywanie świata, bo głęboko wierzę, że nie każdy jest kowalem własnego losu. Chodzi mi o nawet tak banalne rzeczy jak “nie mam czasu na książki, bo dzieci”.

Mam to wielkie szczęście i zarazem nieszczęście, że jestem rozpieszczoną jedynaczką. Liczy się dla mnie w bardzo dużym stopniu to co ja chcę, co ja myślę i co ja lubię. Przy czym lubię jak innym jest dobrze i inni są szczęśliwi i jak czuję się dobrą osobą. Więc nie chodzi mi o ciągłe branie i przejmowanie się tylko sobą, a raczej o bycie jednostką, która ma własne pragnienia i własne zdanie i będzie robić swoje, zamiast zasłaniać się niemożnością i czynnikiem X. Pragnienia duże albo całkiem malutkie, bo nie trzeba zawsze ambicją sięgać gwiazd.

Mnóstwo pisze się o tym, jakimi egoistami są millenialsi. Większa część argumentów sprowadza się do tego, że są roszczeniowi, bo nie chcą wykonywać nieprzyjemnej pracy za niskie wynagrodzenie, ku chwale pracodawcy. Ja tam myślę, że to bardzo zdrowe podejście. A jeśli ktoś nie jest na tyle zdesperowany, żeby musieć wykonywać pracę, której naprawdę nie lubi, to chyba tylko się cieszyć, że ma taki komfort? Osobiście bardzo ciekawi mnie, jacy będą millenialsi za kilkanaście i więcej lat, kiedy wszyscy już tak zupełnie dorośniemy i zestarzejemy się.

Myślę sobie, że gdyby od dziecka uczono nas zdrowego egoizmu, bylibyśmy lepsi dla siebie samych i siebie nawzajem. Byłoby jakoś łatwiej akceptować innych i ich wybory, interesować się nimi i cieszyć, zamiast szukać ukojenia w zbiorowej martyrologii. Jeśli ja mam prawo do bycia ważną, to każdy inny też ma. Pewna doza zdrowego egoizmu jest cudownym lekarstwem na chory egoizm, który pozwala ranić innych, traktować ich instrumentalnie i w ogóle być nie do końca fajnym.

W filmie “Niekończąca się Opowieść” jest ta piękna scena, w której Bastian może uratować ginący świat Fantazji tylko dzięki swoim własnym marzeniom i fantazjom. Albo ta scena, w której by ocalić Cesarzową, musi nadać jej nowe imię, jakiekolwiek tylko się mu podoba. Czasami odrobina ego jest równie zbawienna, co wielkie poświęcenia.

Ale nie musisz się zgadzać. To tylko moja opinia.

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry