• w styl
  • w dniu

Włosy a szczęśliwość czyli wpis próżniaczy

Włosy to niby tylko włosy, ale jednak wcale nie tylko. Są elementem rozpoznawczym, często najważniejszą ozdobą danej osoby. Potrafią zmienić cały wygląd, zarówno na lepsze jak i na gorsze. Tkwiła w nich siła Samsona. Roszpunka dzięki włosom mogła wciągnąć sobie do wieży kochasia (metafora wchodzenia przez okienko jest mało subtelna…).

Nie da się ukryć, włosy są po prostu cholernie ważne. 

Przeszłam w życiu przez cały wachlarz fryzur, bo to sfera życia wyjątkowo podatna na trendy. Niestety… Miałam włosy do pasa, miałam fryzurę na chłopaka, dość modną we wczesnych latach 2000. Powiedzmy sobie szczerze, nie byłam wtedy śliczna jak młodziutka Anita Lipnicka, ani moja fryzura nie była taka twarzowa i wspominam ten okres dość mrocznie. 

Przez większość liceum wstawałam około 6.30, żeby umyć głowę i wybiec z domu na autobus numer 130 o 7.37. Z tego powodu obrywało mi się szczególnie od mojego nauczyciela informatyki, bo na jego lekcje spieszyłam się najmniej ze wszystkich, ale niespecjalnie się tym przejmowałam. Raz, że włosy uznawałam za ważniejsze od uczenia się jak robić kolorową tabelkę w Excellu (rodzice mnie kochali i nauczyli tego wiele lat wcześniej…), dwa – tak jak po latach znajduję usprawiedliwienie dla wielu głupotek ze strony nauczycieli, tak informatyk był po prostu bucem. Więc no regrets. 

 

 

Kolega ze szkoły napisał o moich włosach w emocjonalnym liście o swoim życiu, który wysłał do wspólnej koleżanki. Kiedy przyszłam do nowej klasy, kochał się we mnie dopóki ich nie ścięłam, podobno wszyscy się trochę kochali, nawet największy (dosłownie i w przenośni) zadziorny klasowy piłkarz. Z piłkarzem nigdy się nie polubiłam, ale w autorze listu sama się trochę kochałam. Nigdy jednak nie odezwał się słowem na temat miłości, więc znalazłam sobie chłopaków z innych klas. Za jednego wyszłam. Ot, jakie te uczucia są skomplikowane. Zresztą, kiedy w końcu rzuciła mnie moja wielka gimnazjalna miłość, bardzo rozpaczałam. Kto by nie rozpaczał, skoro młodzieniec miał włosy niemal do pasa. Dłuższe niż ja. Posiadał też inne zalety, przy czym włosy z pewnością zakrywały jego wady. Nie narzekałam w tym okresie życia na brak powodzenia, dwa tygodnie później zaczęłam spotykać się z moim mężem (pomińmy jego rolę w całym zerwaniu…), ale nie wiedziałam czy w ogóle warto dać mu szansę. Miał gadane, miał średnią 5.9, zostawiał mi pod drzwiami czekoladę i w ogóle, ale cóż. Włosy ścinał krótko. Nawet glanów nie nosił. Ta miłość była dla małej metalówy sporym poświęceniem. 

Myślę, że najładniej było mi w długich włosach około roku 2012, ale to w ogóle był szczyt mojej urody, kiedy ciało już nie było chude, ale jeszcze miałam stosunkowo płaski brzuch. Nie wiem czy kiedykolwiek do tego stanu wrócę, na dodatek od długotrwałego farbowania fryzura zrobiła się, delikatnie mówiąc, żałosna. Nawet pomimo tego, że obecnie umiem docenić w czym było mi ładnie, cały okres przed ścięciem włosów do obecnego kształtu pamiętam jako jedną wielką walkę z tym, co miałam na głowie. Nigdy nie było wystarczająco dobrze.  

Niektórzy z pewnością będą wyrażać siebie poprzez fantazyjne fryzury. Sama jestem najszczęśliwsza, kiedy o włosach mogę myśleć jak najmniej. Bob okazał się wybawieniem, bo można z nim zrobić stosunkowo niewiele. Można go podpiąć, można go podkręcić, można wysuszyć na prosto…I tyle. Przyznaję, że jedną z inspiracji to ponownego, któregoś już w życiu drastycznego cięcia, była Alexa Chung. Utkwiło mi w głowie jej stwierdzenie, że kiedy była modelką i prezenterką, cały czas majstrowano jej przy włosach, więc je ścięła, żeby nie było na czym majstrować. Rzeczywiście, nie ma na czym. Uwielbiam natomiast ten moment, kiedy przygotowania na wielkie wyjście ograniczają się do wyprostowania odstających kosmyków. W porywie ekstrawagancji – do wpięcia spinki lub założenia liściastego diademiku. 

Fascynuje mnie, że tę samą fryzurę miałam już wiele razy w życiu, ale nigdy wcześniej nie wyglądałam w niej dobrze. W tej samej długości w liceum czy na studiach prezentowałam się jak, nie przymierzając, patafian. W którymś momencie wszystko po prostu złożyło się w jedną harmonijną całość. Kolor, kształt, styl, (nikłe) umiejętności układania. Całość ta może nie jest jakimś mistrzostwem, ale jest wystarczająco dobra. Na tyle dobra, żeby nie dążyć do niczego lepszego. 

Czasem czytam komentarze typu “ja też bym chciała mieć rude włosy”, “ja też bym chciała mieć boba”. Mam dla nich tylko jedną odpowiedź. Zrób to. Bo z włosami jest jak z miłością. Jeśli musisz zastanawiać się czy są takie jak być powinny, to pewnie nie są. 

 

| zdjęcia Kat Terek |

Loading..