lala
Riennahera

Riennahera

Aktorzy, na których nie mogę patrzeć

To nie jest wpis hejterski. Będę pierwszą osobą, która przyzna, że osoby pojawiające się w tym wpisie to utalentowani aktorzy z wartościowym dorobkiem artystycznym. 

Czasami trafia w nas grom z jasnego nieba. Jak to zwać tak to zwać, może miłość, może potężna chemia, która sprawia, że jakaś osoba jest dla nas pociągająca. Niekoniecznie fizycznie, może to być zachwyt platoniczny jak i mniej niewinny. Dla Lee Pace’a obejrzałam filmy, których nigdy nie chciałam widzieć. Keira Knightley sprzedałaby mi wszystko. Rupert Friend wywołuje w moim sercu taką tkliwość, że cały świat wydaje mi się pluszowy, nawet jeśli akurat zabija kogoś na ekranie. Amy Adams w ogóle wygląda jak moja mama, więc w jej filmach czuję się jak w domu. I tak dalej. 

Jest też cały zakres osobowości świata filmu, muzyki i innych mediów, które mniej lub bardziej szanuję i lubię oglądać ich produkcje, jeśli akurat dotyczą interesującego mnie tematu lub mają pozytywne recenzje. Oraz osobowości, których wcale nie szanuję, bo na to niespecjalnie zasługują (życzę wszystkim dobrze, ale sami wiecie, nie da się wszystkich lubić i szanować) ze względu na, no cóż, nikły ślad talentu i/lub nieprzyjemną osobowość medialną. To nie jest wpis o nich.

To jest wpis o aktorach, którzy wydają się całkiem miłymi osobami i którzy niezaprzeczalnie grywają przynajmniej nieźle, w porywach nawet bardzo dobrze. Po angielsku jest idealnie pasujące do nich określenie “good on paper”. Co więcej, mają duże grono wielbicieli. Nawet bardzo duże. W zasadzie wszystko w nich jest przyzwoite, poza pracą również są przyzwoici, jest co lubić i podziwiać. Jednak kiedy oglądam ich na ekranie, zupełnie nie klikamy. Chemia nie istnieje. Nie wierzę im, nie chcę na nich patrzeć i omijam filmy z ich udziałem szerokim łukiem. Chyba, że nie mam wyjścia, bo sparują się z kimś, kogo uwielbiam, albo zagrają w tytule, którego nie można nie obejrzeć. Wtedy cierpię. 

Te osoby są dla mnie po prostu jak papryka. Wiem, że są w porządku, ale zupełnie irracjonalnie nie mogę ich znieść. Jestem przekonana, że moje typy spotkają się ze sprzeciwem mnóstwa osób, które okażą się fanami mojej “Parszywej Siódemki”. 

 

 

Emma Watson

Tak, wiem. To niezrozumiałe. Przecież Emma jest bardzo zdolną, rozsądną, sympatyczną dziewczyną, która ma sporo mądrego do powiedzenia. Ba, dobrze byłoby, żeby więcej osób publicznych było równie skromnych i miało równie mądre przemyślenia. Niestety. Jako Hermiona wydaje mi się zupełnie w porządku, na myśl o oglądaniu jej w czymkolwiek innym, od razu czuję się jakbym gryzła paprykę. Reakcja to mocne NIE. Wydaje mi się sztuczna, zmanierowana i pretensjonalna, chociaż wiem, że obiektywnie radzi sobie nieźle. Po prostu do siebie nie pasujemy.

PS Kiedy szukałam zdjęcia Emmy do wpisu, zdałam sobie sprawę, że ma identyczną twarz jak mój dobry kolega ze studiów. Może stąd niechęć – oczywiście, że damska wersja kolegi wyda mi się sztuczna.

 

Emma Stone

Całkiem podobała mi się w “The Help”. Od tego czasu jakoś nie mogę się do niej przekonać. Nie tyle, że jest w niej coś złego, co nie czuję niczego dobrego na tyle, żeby poświęcać jej czas i patrzeć w ekran. Emma strasznie mnie nudzi. W tym samym czasie mogłabym oglądać na przykład Evę Green. Wybór wydaje się oczywisty. 

 

Emilia Clarke 

Ewidentnie muszę mieć problem z aktorkami na E. Nie lubię postaci Daenerys Targaryen, przy czym ma to związek z tym jak jest napisana, nie jak gra ją Emilia. W tej roli jest zresztą w porządku i mam wobec niej neutralne uczucia. Samej Emilii nie mam za to oglądać w czymkolwiek innym. Sam jej uśmiech wywołuje u mnie agresję. Jak kiedyś taki jeden kolega z pracy, który był dla mnie miły, ale jak tylko się odezwał, miałam ochotę w niego czymś rzucić. Zapanowałam nad tym uczuciem dopiero po wyznaniu wstydliwego odruchu ówczesnej terapeutce. 

Emilia tak mnie denerwuje, że z jej przyczyny nie zamierzam iść na film o Hanie Solo. Będzie to pierwszy film ze stajni Gwiezdnych Wojen (które przecież kocham od dziecka), na który nie pójdę, ale ponad dwie godziny w jednym pomieszczeniu z Emilią to stanowczo ponad moje siły.

 

 

Hayley Atwell

Zabawna historia. Podejrzewałam, że moja niechęć wzięła się z serialu “The Paradise”, w którym Hayley grała sztywną i (początkowo) bardzo nieprzyjemną arystokratkę i od tego czasu w mojej głowie pozostaje sztywna i nieprzyjemna. Tyle, że przed publikacją wpisu sprawdziłam i Hayley wcale nie grała w tym serialu. Była to Elaine Cassidy, która mogłaby być zresztą jej siostrą bliźniaczką. Nie wiem co z tym fantem zrobić, bo ewidentnie aktorkę skrzywdziłam, jednak jakoś nie umiem jej polubić, nawet mimo ładnego uśmiechu i całkiem pokaźnego dorobku w kostiumach z różnych epok. Chociaż akurat nie w „The Paradise” 😉

Ryan Gosling

Moje pierwsze zdanie po wyjściu z kina po Blade Runner 2054 brzmiało: “spoko się oglądało, nawet Gosling nie przeszkadzał”. Rozumiem, że to jest obiektywnie atrakcyjny mężczyzna. Rozumiem, że dobrze dobiera role. Przyjemność z patrzenia na niego – okrągłe 0. Kiedy patrzy z ekranu, mam wrażenie, że się mną nudzi. A ja nim. Kiedy oglądałam “La La Land” z Ryanem i wspomnianą wcześniej Emmą Stone, czułam się jakbym jadła karton zapiekany z papryką. 

 

Leonardo Di Caprio

Leonardo to jest dopiero przypadek. On naprawdę gra w świetnych filmach. Gwiazda wielkiego formatu, utalentowany jak diabli, na topie odkąd tylko pamiętam. Jest to też osoba, która chyba najskuteczniej zabija we mnie chęć do obejrzenia filmu. Jeśli już film obejrzę, to zwykle mi się podoba, a jego rola jest zagrana śpiewająco (przede wszystkim Departed uważam za arcydzieło). Naprawdę nie zliczę ile razy nie zdecydowałam się pójść do kina, bo “DIKARPIO?! Ee, nie chce mi się”. Wybacz Leo, to silniejsze ode mnie. 

 

Joseph Gordon-Levitt

Podejrzewam, że również w tym przypadku rola zbyt mocno zgrała mi się z aktorem. Nie cierpię filmu “500 Days of Summer”, główny bohater nie zdobył krztyny mej sympatii i chyba w każdym innym wcieleniu Joseph pozostaje dla mnie tą samą postacią. Gdy krążyły pogłoski o jego roli w Sandmanie, chciało mi się płakać. A przecież to facet z solidnym dorobkiem i przyzwoitą filmografią. 

 

Wiecie o co mi chodzi? Macie takie odczucia wobec jakichś artystów? Może aktorów, a może wcale nie aktorów. Napiszcie!

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry