10 myśli o depresji

Ciężko mi uwierzyć, że ten wpis jeszcze się nie pojawił. Chociaż jest w tym pewne pocieszenie, ponieważ o depresji piszę wtedy, kiedy się z nią mierzę. Kiedy udaje mi się ją pokonać, choć zawsze to pokonanie chwilowe, zapominam jak to jest z nią żyć. Czasami nawet myślę, że to nie jest takie trudne i takie złe. W ogóle myślę, że to w ogóle nie trudne i to ja przesadzam, to część problemu. Część jej genezy. Przejdźmy jednak do myśli. 

Kiedy miałam 14 lat i chciałam umrzeć, uważałam, że to burza hormonów, tak typowa dla wieku nastoletniego. Co prawda smutną nastolatką byłam już mając lat 12 i 13, ale hormony, przecież, że hormony. Kiedy “hormony” w końcu się skończyły, zdawało się to potwierdzać założenie. Aż wróciły. Takie jak kiedyś. Kiedy obecnie płaczę pod kocem i nie chcę żyć, czuję się dokładnie tak samo, jak za czasów nastoletnich. Tylko bardziej. To może jednak nigdy nie były to hormony?

Terapia bywa nieprzyjemna. Po sesjach, które dotykały źródeł moich problemów, rozklejałam się na kilka dni. To były najlepsze sesje. Boi, kiedy się goi. Tyle tylko, że nie bardzo mam ochotę na powrót takich sesji…

Są osoby, które uważają, że depresja jest modna i cool. To niemądre osoby. Depresja to jedna z najmniej cool rzeczy, jakie znam. 

Bardzo chciałabym, żebyśmy jako cywilizacja zrezygnowali z romantycznej wizji samobójstwa. 

Miałam okazję zobaczyć jak wygląda sprzątanie po samobójcy i nie ma w nim niczego romantycznego. Był piękny wczesnojesienny dzień. A może było późne lato? Wracałam z koleżanką z dwudziestokilometrowej wycieczki, szłyśmy do pubu po zasłużone piwo przed pociągiem powrotnym. Na moście kolejowym natknęłyśmy się na scenę rodem z filmu. Wozy policyjne, oficerowie w mundurach i kilku smutnych panów w garniturach, patrzących smętnie w dal. Na torach grupa pracowników, może kolei, może kostnicy, nie znam procedur. Mieli na sobie odblaskowe kamizelki i nieśli przykryte folią nosze. Kilku takich samych stało już na moście. Jeden powiedział tylko “FUCK”. Nawet osobie postronnej, tylko przechodzącej obok, udzielała się atmosfera grozy. Okropna, w jakiś sposób obrzydliwa, zupełnie nie romantyczna. 

Później znalazłam co się stało w serwisie informacyjnym. To była szesnastoletnia dziewczyna z depresją. 

Widziałam ostatnio w internecie mem odnośnie samobójstwa. Wyśmiewał myśli o nim, nie samobójców. Bardzo mi się spodobał, ponieważ w sarkastyczny sposób oddawał i moje myśli. Mnóstwo osób oburzył, bo z tego nie można się przecież śmiać. Cóż, śmiech i dystans do siebie to jeden z moich najskuteczniejszych sposobów radzenia sobie z większością problemów, także z tym. 

Wolę satyrę i sarkazm niż romantyczne wizje. 

 

Zapisywanie swoich odczuć pozwala mi o wiele wyraźniej zobaczyć irracjonalność tej choroby. I fakt, że to choroba, skrzywienie, a nie prawda o mnie. 

Obudziłam się którejś nocy około trzeciej lub czwartej z poczuciem, że jest ŹLE. Ja jestem zła i beznadziejna. I o tej nieludzkiej godzinie zaczęłam spisywać czemu. Oto lista (kolejność taka, jak myśli):

  • nie lubię urządzać mieszkania i nie wychodzi mi to
  • nie jestem wystarczająco czułą matką
  • jestem brzydka
  • jestem gruba
  • we wszystkim wyglądam źle
  • mam niezrobiony pedicure
  • mam końską twarz
  • nie jestem mądra jak Katarzyna Czajka

W końcu zasnęłam, ale gdybym nie zasnęła, z pewnością doszlibyśmy do jeszcze celniejszych punktów. Żaden z nich nie jest oczywiście istotnym, ale żeby do tego dojść, trzeba być zdrowym na umyśle. 

Ktoś kiedyś zapytał, czy nie mogę sobie sama pomóc i zamiast chodzić na terapię poczytać książki psychologiczne. No więc nie. Bo dla mnie od dziecka wszystko jest zawsze okej, ja czuję się zawsze okej, a moje problemy są wymyślone. Dopiero, kiedy ktoś zaczyna zadawać mi pytania, wychodzi na przykład na to, że ostatnie dwa lata były najeżone ekstremalnymi sytuacjami i stresem. 

Podczas poprzedniej terapii opowiadałam o swoim dzieciństwie, które określiłam jako szczęśliwe. Po kilkunastu minutach opowieści terapeutka uniosła brew i spytała “Szczęśliwe? Serio?”.

Więc nie, nie ma co się bawić w samouleczanie i “branie się w garść”.

Wśród moich znajomych osoby bez problemów psychicznych i odbytych w związku z tym terapii mogę policzyć na palcach jednej ręki.  

Nie wiem czy to znaczy, że depresja i inne jej podobne są chorobami cywilizacyjnymi czy po prostu zaczęliśmy o nich mówić. 

| zdjęcie: Kat Terek Photography |

Loading..