Bardziej. Mocniej. Więcej. Lepiej. 

Uwielbiam terapie i nienawidzę terapii. 

Uwielbiam terapie, ponieważ wcześniej czy później (zwykle wcześniej) dochodzę do irracjonalnych mechanizmów rządzących moim myśleniem. Widzę je jak na dłoni i zawsze są takie pokraczne. Mogę je wyśmiać, mogę wyśmiać to jak kolejny raz sama siebie doprowadziłam do depresji. Bez żadnej pomocy z zewnątrz.

Nienawidzę terapii, bo ta świadomość boli. 

Musiałam ostatnio przeanalizować wszystko, co w moim życiu jest chujowe. O mamo, od czego by tu zacząć… Wyszło mniej więcej tak:

Wybrałam studia, które nie dały mi żadnych perspektyw zawodowych. Chociaż uwielbiałam je i mnie interesowały, to były beznadziejne. Bo ja je wybrałam. Wiadomo. 

Znalazłam przypadkową, beznadziejną pracę, będącą początkiem zawodowego ciągu, który sprawił, że obecnie jestem w tym miejscu, w którym jestem. Nie kocham go w ogóle, mimo, że owszem, przyzwoicie zarabiam i wykształciłam umiejętności, przez które stałam się całościowo lepszą osobą. Beznadziejnie, bo nie mam takiej pracy, jakiej się po sobie spodziewałam. Co prawda mieszkam w mieście, o którym marzyłam od dziecka, ale i tak jestem beznadziejna.

Moje pisanie? Blog? Instagram? No, owszem, są osoby, które to lubią i wracają i są ze mną latami. Ale INNE OSOBY mają setki tysięcy takich osób. Więc to żadne osiągnięcie. Każdy tak umie. A JA jestem BEZNADZIEJNA. No nie?

Książka? Po co? Będzie beznadziejna. Przekwalifikowanie się na inny zawód? Po co? Będzie beznadziejnie. Pewnie mi nie wyjdzie. Nikt nie będzie mnie chciał, takich jak ja są setki. No tak, mam kochającą rodzinę i miłych przyjaciół. Dostaję codziennie wiadomości i komentarze od osób, które sugerują się moją opinią i inspirują stylem. Ale i tak jestem BEZNADZIEJNA. Bo inni umieją lepiej. Innym wychodzi bardziej, bo są zdolniejsi i pracowitsi. Bo ja, jak już sobie powiedzieliśmy, jestem beznadziejna. I to nie jest tak, że czemu oni to mają, a ja nie. Ja wiem czemu. Oni nie są mną. 

Próbuję odnaleźć źródło tej beznadziei. Ciężko mi winić rodzinę, bo zawsze tylko słyszałam, że jestem mądra, zdolna, fajna. Nie do końca obwiniam social media, bo innym zazdroszczę tylko siły i pracowitości. Gdybym tylko nie była BEZNADZIEJNA, wszystko mogłoby być inaczej. 

Na co dzień oczywiście wszystko jest w porządku. Jestem uśmiechnięta. Kiedy mówię o najlepszych kawiarniach w okolicy, mam taką samą minę, jak kiedy mówię o depresji. Pogodną. Słynna rada dotycząca depresji czyli “weź się w garść” nie pomaga, ponieważ od lat biorę się w garść. Żyję i to całkiem dobrze żyję, tylko w środku umieram. “Inni mają gorzej” utwierdza mnie tylko w przekonaniu o tym, jaka jestem. “Nie przejmuj się” również. Jest tak dobrze, a ja się przejmuję – to jaka jestem? Myślę, że zgadniesz. 

W tej chwili próbuję odnaleźć momenty, kiedy czuję, że nie jestem beznadziejna. Nie sukcesy, nie dowody, tylko momenty, kiedy jest dobrze. I wychodzi na to, że najszczęśliwsza jestem siedząc w parku z wózkiem, czytając książkę. Rzadko mi się to udaje, bo przecież muszę robić RZECZY. Żeby być BARDZIEJ. Chociaż i tak nic mi się nie uda. 

Mniej. Słabiej. Wolniej. Lżej. To moje motto na najbliższy czas.

Spróbujmy.

Loading..