Jak tam Brexit czyli 6 etapów emocjonalnych wychodzenia z Unii Europejskiej

Brexit można podzielić na milion etapów, na milion sposobów. Nie jestem ani specjalistką w zakresie politologii, ani nawet kompetentną dziennikarką, więc nie będę silić się na analizy ruchów na politycznej szachownicy. Jestem po prostu jedną z trzech milionów obywateli Unii Europejskiej, których losy były jedną z kart przetargowych negocjacji. Tak jak mój mąż, moja urodzona w Londynie córka, moi przyjaciele, nowi czy wieloletni, ich dzieci, partnerzy i rodziny. Obywateli, którzy zapewniani byli, że są dalej mile widziani, jednocześnie będąc przecież złodziejami miejsc pracy i bezpośrednim powodem dlaczego 52% biorących udział w referendum opowiedziało się za wyjściem z Unii. 

Szok

Wynik referendum zastał nas w najprzytulniejszym miejscu na świecie – w Glasgow. Nie jest to najbardziej urocze i najładniejsze z miast, ale zdecydowanie najprzytulniejsze w sensie “do rany przyłóż”. Szkoci w ogóle, a glaswegiańczycy zwłaszcza, mają w sobie coś, co nie pozwala mi myśleć o nich inaczej niż o zbiorze sprawiedliwych. To ludzie życzliwi i poczciwi. Tutaj zaczęłam swoją emigrację, przyjeżdżając na studia i przez całe pięć lat czując się jak w domu. Myślę, że gdybyśmy byli w jakimkolwiek innym miejscu, decyzja o wyjściu z Unii byłaby o wiele bardziej bolesna. W Szkocji, mojej drugiej mentalnej ojczyźnie i kraju studenckiej szczęśliwości, wydawała się tak irracjonalna, że nieprawdziwa. 

W samym kosmopolitycznym Londynie, znienawidzonym przez wiele regionów głosujących za wyjściem, łatwo wzruszyć ramionami i narzekać na prowincjonalność brexitersów. Podzielić się na My versus Oni. Choć oczywiście nie jest to w ogóle tak prosta sprawa. 

Szok na pewno był. Jak można być tak irracjonalnym? Jak to nie chcecie już żyć w przyjaźni, trzymając się za rękę i śpiewając Odę do Radości z resztą Europy? Jak poradzi sobie bez Nas Wasz rynek pracy? Od wielkich firm technologicznych, przez NHS po kawiarnie i fast foody?

Niewiara

Przez większość czasu uważałam, że Brexitu nie będzie. Do niedawna byłam przekonana. Na pytania „jak tam Brexit” odpowiadałam zawsze “jaki Brexit?”. Gdyby ktoś zmusił mnie do postawienia zakładu, oddania ręki do ucięcia i innych decyzji absolutnych, postawiłabym na odwołanie wszystkiego. Wierzyłam w brytyjski zdrowy rozsądek, w szlachetne intencje polityków, w Partię Pracy, w wiele innych pięknych idei. Obserwowałam opieszałość i nieudolność wśród polityków zajmujących się Brexitem, nie było ciężko tak uważać.

Po ponad trzech latach wciąż jeszcze miałabym rękę, ale nie wiem na jak długo. 

Lęk

Nie jestem osobą, którą łatwo przestraszyć polityką i wiadomościami z kraju i ze świata. Lęk o byt, który wielu obywateli krajów Unii Europejskiej czuło od samego początku, przyszedł do mnie bardzo późno. Właściwie dopiero na początku tego roku, kiedy leżałam w połogu, z noworodkiem przy piersi i bałam się wszystkiego. Że ktoś wejdzie do domu i nas zamorduje. Że zatrujemy się dwutlenkiem węgla i nikt nie znajdzie nas przez miesiąc. Że jak tylko przestanę na nie patrzeć, moje dziecko zapomni oddychać i umrze. Te klimaty. 

To był pierwszy raz, kiedy nie mogłam spać przez Brexit. I właściwie ostatni. Choć przy czytaniu na Guardianie artykułów o europejczykach, których podanie o settled status rozpatrzono negatywnie, pojawiało się ukłucie niepewności.   

Nadzieja

Trzeba z tym coś zrobić! W tłumie siła! Czy słyszysz śpiew ludzi? Z córką w chuście, byliśmy jednymi spośród miliona, który ruszył na Parlament. Atmosfera była cudowna. Muzyka, flagi, kostiumy, transparenty. Zjednoczone buczenie i gwizdy na Downing Street. 

Czuliśmy moc. Czuliśmy, że możemy wszystko. Czuliśmy, że odwrócimy bieg historii. 

Posłowie blokowali każdą kolejną propozycję premier May. Ekscytowaliśmy się tymi głosowaniami. Premier May zrezygnowała – radość była podobna jak po śmierci Margaret Thatcher. Wydawać by się mogło, że mamy momentum. 

Zmęczenie

Po kilku latach napięć, zmiany frontu, krzyczenia, kłamstw i politycznych bitew, z których nic nie wynikło, można mieć dość. W końcu dochodzimy do momentu, kiedy premierem zostaje Boris Johnson i farsa robi się zbyt surrealistyczna. 

Chociaż rodzinnie jesteśmy na bakier z efektywną organizacją i załatwianiem spraw urzędowych, rezerwujemy termin wizyty w ratuszu. Wizyta ciągnie się w nieskończoność, zarezerwowaliśmy ją nie tak jak trzeba było, ale ze względu na jęczącego dzidziusia (to jest jedna z wielkich mocy dzidziusiów!) urzędniczka lituje się nad nami i załatwia wszystko na raz. Skanuje nasze dokumenty, dostarczony przez Home Office sprzęt się zacina, pani nerwowo się uśmiecha, dzidziuś nerwowo drze ryja, wszyscy chcemy umrzeć. Chcemy być gdzie indziej. Bo cokolwiek byśmy nie robili, nawet załatwiali potrzeby fizjologiczne albo zmieniali pieluchę, byłoby to bardziej produktywne, niż siedzenie w malutkim pokoiku ratusza dzielnicy Islington i skanowanie paszportów zacinającym się złomem. 

Kilka dni później otrzymujemy settled status. 

Przez moment czuję ulgę. Przez chwilę czuję radość. Szybko o tym zapominam i nie czuję już niczego. 

Obojętność

W tej chwili dochodzimy do etapu, kiedy hasło Brexit wywołuje wzruszenie ramion. Nie jest mi obojętny ideologicznie. Wciąż chciałabym, żeby go nie było. Ale ile można? Owszem, oglądamy debatę i głosowanie w Parlamencie. Pierwszy raz od czasów Falklandów odbywające się w sobotę. Owszem, komentujemy głośno i z dezaprobatą wypowiedzi Torysów, powołujące się na demokrację, wolę ludu i inne kłamstwa. Owszem, uważamy, że Keir Starmer to najmądrzejszy i najpiękniejszy poseł. Ale to wszystko działa z rozbiegu. 

Ludzie wciąż tłumnie biorą udział w marszach, ale Sky News uruchomiło kanał wiadomości wolny od Brexitu

Ciężko mi zdecydować się na podsumowanie tego tekstu, jeszcze ciężej na podsumowanie procesu. Czy Brexit stanie się faktem za jedenaście dni? Czy może raczej w styczniu? Albo jeszcze później? Moje uczucia są tak mieszane, jak tylko mogą być. Bo Brexit jednocześnie wyzwolił energię wśród tłumów i pokazał, że na przetasowania polityczne wśród możnych mamy bardzo niewiele wpływu. Pokazał, że nie można się poddawać oraz że walka jest długa i mało spektakularna, a efekty mierne. 

Mam to szczęście żyć w lewicowej londyńskiej bańce, w której nikt nigdy nie robił z mojej narodowości żadnego problemu. W której współpracownicy żartobliwie mówili, że będą mnie bronić, jeśli przyjdzie potrzeba. W której kilka ulic dalej mieszka Jeremy Corbyn, lider opozycyjnej wobec rządu Partii Pracy. To dość uprzywilejowana bańka i zdaję sobie z tego sprawę. W tej bańce nie tak trudno czuć się umiarkowanie pozytywnie, bo na chwilę obecną nie odczuwam wielkiego wpływu procesu wychodzenia z Unii na moje życie. 

Być może za miesiąc kolejnym etapem będzie Apokalipsa, a może Business as Usual? Dzisiaj mogę powiedzieć jedynie Stay Tuned.

Loading..