10 myśli o pracy w biurze

Trzy tygodnie temu, po dziewięciu miesiącach urlopu macierzyńskiego, została ostatecznie podjęta decyzja. Złożyłam wypowiedzenie. Nowej pracy na etacie nie szukam. Na chwilę  obecną.

Zaczyna się nowy, dziwny, obcy, ekscytujący, straszny etap życia. 

Pierwszy raz zaczęłam pracować w biurze na studiach. Była to praca na kontrakcie na zero godzin, przychodziłam kiedy mogłam i kiedy mnie potrzebowano. Od 2011 roku, z kilkumiesięczną przerwą, pracowałam stale na pełnym etacie. W biurze. Pozycje się zmieniały, obowiązki się zmieniały, firmy się zmieniały. Ale biuro trwało. Trwało niewzruszone przez osiem lat życia. Dużo? Niedużo? Kwestia perspektywy. Ćwierć życia. 

Żegnam się z nim garścią refleksji.

Serial The Office to 100% realistycznej prawdy o biurowej codzienności. STO PROCENT. Zarówno w wersji brytyjskiej jak amerykańskiej. 

Zaawansowana technicznie maszyna do kawy to nie jest dobry pomysł. Po miesiącu używania 80 osób + technologia wymagająca czyszczenia i uzupełniania składników napoju to materiał na szekspirowski dramat. Wszyscy są nieszczęśliwi, maszyna jest ciągle zepsuta, ale nie ma powrotu. Nikt nie chce już zalewać wodą z czajnika kawy rozpuszczalnej jak jakieś zwierzę. 

Odkąd wyprowadziłam się z brytyjskiego akademika (gdzie zgodnie z procedurami trzeba wyjść z pokoju podczas alarmu i cieszyć się na widok straży pożarnej), alarm przeciwpożarowy służył tylko i wyłącznie po to, żeby go ignorować. Tym bardziej, że przeprowadzany regularnie test alarmu usypia czujność. Tak, w biurze da się pracować, kiedy napiżdża alarm. Da się nawet rozmawiać przez telefon, zwłaszcza gdy domyka się ważną sprzedaż. Wszyscy zwykle grają na zwłokę, zastanawiają się czy alarm nie jest aby zepsuty albo fałszywy, a może zaraz się wyłączy. Kiedy w końcu raz na kilka lat alarm jest na poważnie (czy to z powodu pioruna, osoby po kryjomu popalającej w toalecie czy przypalonego tosta), towarzyszy mu wzruszenie ramion. I pełne pretensji westchnięcie. I powłóczenie nogami. I ociąganie się na schodach przeciwpożarowych. I dużo, dużo, dużo narzekania. 

Jednym z powodów mojej niechęci do etatu jest kult “dupogodziny”. Nie ważne jak jest się danego dnia efektywnym, nie ważne, że wcale. Trzeba wysiedzieć te osiem godzin z przerwą na lunch, nawet jeśli godzina dziennie schodzi na parzeniu herbaty, a kolejna na wychodzeniu do toalety. 

Oczywiście wszystkie obowiązki dałoby się wykonać w połowę czasu, tylko po co, skoro można je rozciągnąć na osiem godzin?

Biuro, paradoksalnie, nie jest długoterminowo najlepszym miejscem do pracy w rozumieniu wykonywania obowiązków zawodowych. 

Biuro jest czarną dziurą. Praca nigdy się nie skończy. Nawet jeśli przyjdziesz godzinę wcześniej i zostaniesz godzinę dłużej, zawsze znajdziesz coś, co można zrobić. Możesz całe swoje życie podporządkować obowiązkom służbowo-biurowym, a i tak nie zrobisz wszystkiego. 

Jedną z największych zalet pracy w biurze są ludzie. Tak jak nie znoszę tego zmarnowanego czasu, tak robi on ciekawe rzeczy z grupą obcych ludzi, których wspólną cechą jest praca na umowę w danej organizacji. Nie twierdzę, że zawsze to fajni ludzie, nie twierdzę, że zawsze jest miło, ale społeczność biurowa jest pasjonująca. Rozgryzanie mechanizmów nią rządzących bawiło mnie tak samo jak uczenie się o średniowiecznych dworach. Nie żeby to rozgryzanie szło mi zawsze wspaniale. Sama ustawiałam siebie nieco z boku, jako osobę, która zna zasady gry i konsekwentnie unika inwestowania w nią swoich emocji. Przez co nie miewałam zatargów ani problemów, ale spektakularnych sukcesów i popularności też nie. 

Niestety bardzo rzadko udawało mi się trafić kto z kim sypia. Chyba tylko raz. Tym bardziej, że niektóre konfiguracje bywały naprawdę irracjonalne. Ale ja nie zauważyłam nawet jak ktoś chciał się przespać ze mną (dowiedziałam się kilka lat później, przy piwie), więc może po prostu się nie znam. 

Stare dobre czasy. Najlepszy team świata.

Praca zespołowa może być wielkim błogosławieństwem i największym przekleństwem. Bycie częścią teamu nie zawsze jest łatwe. Często trzeba być miłym i koleżeńskim w stosunku do osób, których ani się nie lubi, ani nie szanuje. Z drugiej strony, można nauczyć się akceptować ludzi nawet jeśli się ich nie lubi. Można doceniać czyjeś żarty albo talent w pracy, nawet jeśli nigdy nie chciałoby się być jego znajomym poza pracą. Moim zdaniem to pozytywna lekcja. 

Raz na jakiś czas znajdzie się jednak w takim pięknym momencie życia, kiedy jesteś w teamie z ludźmi, których pokochasz. To bardzo, bardzo cenny moment. 

Nadchodzi moment w życiu, kiedy rozumiesz, że chociaż będzie brakowało żarcików i przerw na kawę, nie masz czasu siedzieć na krześle przez osiem godzin. Jestem niezwykle wdzięczna losowi, że mogę już nie siedzieć. 

Nawet jeśli nie wiem co dalej. 

Loading..