Riennahera

Riennahera

Czy można oglądać Shadow and Bone bez czytania książki?

O Grishaverse słyszałam chyba od kilku lat. To od znajomej osoby, która zakochała się w książkach, to w dalszych czeluściach internetu, aż w końcu wzmianki pojawiały się w mojej bańce coraz częściej, coraz bliżej, coraz intensywniej.

Oczywiście jeśli coś zachwyca, to uznaję, że pewnie nie jest dla mnie 😉 Do dzisiaj nie skończyłam oglądać miliona wybitnych seriali, jak na przykład „House of Cards”, a za „Breaking Bad” nawet się nie zabrałam…Nie wspominając o „Walking Dead” czy różnych tam „Domach z Papieru” i wielu, wielu innych. I to nawet nie ideowo. Po prostu powszechne uwielbienie odbiera mi radość z odbioru.

No, ale tyle dygresji.

Nie jestem fanką YA. Nie jestem też antyfanką. Jasna sprawa, że widziałam wszystkie części “Igrzysk Śmierci”, ogólnie jednak mam swoją niszę. Nie, że lepszą, po prostu moją. Zwykle, gdy się z niej wychylam, żałuję, więc wychylam się okazjonalnie. Lubię głównie XIX-wieczne powieści i pisanie korzystających z używek (ale też bez przesady, nie jak u Pilcha) mniej lub bardziej starych facetów plus garść mainstreamowej fantasy i sci-fi. Jeśli kręci mnie Rosja, to Tołstoj. Jeśli nastolatki…no, coraz mniej kręcą mnie nastolatki. Temat po prostu mnie nie wciągnął. 

Aż gruchnęła wieść, że nadchodzi serial Netflixa. Powiedzieć, że niusy i ekscytacja atakowały zewsząd, to nie powiedzieć niczego. W końcu, bez żadnych oczekiwań i z dużą dozą niepewności odpaliłam Netfliora. I co?

Oto co.

Czy da się to oglądać?

Krótka piłka z mojej strony – tak. To jest sprawny i ciekawy serial. Do seriali podchodzę ostatnio jak pies do jeża, bo podoba mi się mało co i szkoda mi czasu na angażowanie się na wiele godzin w coś co robi się dobre od któregoś odcinka. Tutaj wciągnęłam całość w trzy dni. 

Serial ma fajne, chociaż dość sztampowe uniwersum. To znaczy jasne, pseudorosyjskie motywy są nowością, ale postaci, które zapełniają ten świat nowością już nie są. Niewiele tu zaskakuje, fabuła jedzie na znanych tropach. Można domyślić się większości, a jeśli nie można, to zwroty nie są specjalnie zaskakujące. 

Dla mnie to takie połączenie “Igrzysk Śmierci” z “Czarodziejką z Księżyca” i dorzuconą garść obowiązkowych elementów fantasy. Mamy zwykłą dziewczynkę, która odkrywa, że jest wyjątkową dziewczynką i magiczny świat, który trzeba uratować. Mamy ludzi z różnych środowisk i stron świata przedstawionego. Arystokrację i rzezimieszków. Mamy skomplikowanych złoli, sieci zależności, wielokrotnie złożone zemsty. Mamy perypetie uczuciowe i zabijanie magicznych zwierzątek (totalnie “Księżniczka Mononoke”). Plus ładne stroje. To wszystko jest jak dobrze wypieczona pizza na odpowiednio cienkim cieście. Smaczne, chociaż bez zaskoczeń. Pizza jest fajna, lubię co jakiś czas dziabnąć pizzę, chociaż to  nie moja ulubiona potrawa. Jak ma się ochotę oglądać przyzwoite fantasy w przyzwoitej realizacji, to jest świetna propozycja. 

Czy da się go oglądać bez czytania książki?

Właściwie wszystkie adaptacje powinno się dać oglądać bez czytania, bo to powinny być zupełnie osobne teksty kultury. 

W praktyce oczywiście nie zawsze się da, bo niektóre adaptacje tracą kwintesencję oryginału, a nierzadko również i jakikolwiek sens. Jeśli oglądaliście filmowe adaptacje “Solaris” Lema, to dokładnie wiecie o co chodzi. 

Sama książki nie czytałam i fabularnie nie odczuwam, żeby czegoś mi brakowało. Zdaję sobie sprawę, że dla zagorzałych fanów na pewno mnóstwo przyjemności wynika z wytykania zmian i nieścisłości. Jako obiektywnemu widzowi bez oczekiwań innych niż chęć obejrzenia przyzwoitego serialu, nie wydawało mi się, że coś mi umyka i bez problemu orientowałam się kto, co i jak. Całość miała sens. 

Czy teraz umieram, żeby sięgnąć po książkę?

Zupełnie nie. Nawet mniej niż w przypadku „Gry o Tron”, w przypadku której sięgnęłam po książkę, ale odbiłam się od niej, ponieważ…no nudziła mnie, no. Siedziałam za to sporo na wikipedii, żeby zrozumieć kto jest kim i zgłębić życiorysy postaci. Wiem zatem jakie wątki się różniły, co pozmieniano i ogarniam historię uniwersum. W przypadku Grishaverse…nie bardzo mnie to obchodzi. Przyjmuję co zobaczyłam, bawiłam się dobrze, obejrzę kolejne sezony i to by było na tyle. Ale jestem stara, mogę nie być targetem. 

Z drugiej strony, jeśli miałabym sięgać po Sapkowskiego na podstawie serialu “Wiedźmin”…na pewno bym nie sięgnęła. Nie jest to zatem żadna porażka. Na tyle, na ile chciałam mieć interakcję z tym uniwersum, miałam i podobało mi się. 

Tyle ode mnie. Jak Wasze wrażenie? Jesteście Shadowboniarami? Kochacie się w Zmroczu? 😉

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

5 thoughts on “Czy można oglądać Shadow and Bone bez czytania książki?”

  1. To jest serial z gatunku tych, których potrzebowałam, a nawet o tym nie wiedziałam. Odstawiłam jakiś czas temu fantasy w przekonaniu, że jestem już na nie za stara, a tutaj odkrywam, że na pięknego Bena Barnesa na koniu chyba nigdy za stara nie będę. Przy czym mam podobnie jak Ty – książka mnie nie interesuje, przyjmuję sobie ten świat tak, jak chcą go pokazać twórcy serialu.

  2. Ja się rzuciłam na książki, bo bardzo lubię YA. I tu jestem pod dużym wrażeniem, bo – dla mnie – wszystkie zmiany, jakie serial zrobił, są rzeczami, przy których podczas czytania myślałam „no, tu bym coś zmieniła”. Serial jakimś cudem zmienił tyle, ile trzeba było, a to, co najfajniejsze zostawił lub jeszcze bardziej podkręcił. Bardzo czekam na 2 sezon <3

  3. Ależ cię rozumiem! Nie widziałam tych seriali, o których piszesz na początku, bo jakoś to, że wszyscy je tak uwielbiają… zniechęca mnie. Wolę sama znajdować jakieś zapomniane perełki 🙂

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry