Processed with VSCO with f2 preset
Riennahera

Riennahera

Ciąża i poród w Londynie

Istnieje takie przekonanie, że opieka medyczna w Wielkiej Brytanii stoi na niskim poziomie. 

Od lat czytam i słyszę takie opinie. Jak zwykle w przypadku Wielkiej Brytanii, moje własne doświadczenie niekoniecznie pokrywa się z tym co czytam. 

Przyznam tutaj rację w przypadku stomatologii. Państwowo dostępne leczenie jest słabe (chociaż znów, zależy to od regionu i placówki, można się też  mile zaskoczyć), a prywatne, które jest bardzo, bardzo dobre, kosztuje setki do tysięcy funtów. Więc tutaj z chęcią przytaknę. W pozostałych kwestiach, łącznie z depresją, do tej pory miałam przyzwoite lub dobre doświadczenie. Zaznaczę, że nie jestem osobą z wieloma dolegliwościami, ani przewlekle chorą. Z depresją natomiast mam pewne doświadczenia państwowej terapii, ale dużo, dużo więcej doświadczeń prywatnych.

Obie moje ciąże prowadzone były przez NHS i jeśli chodzi o macierzyństwo, tutaj było w zasadzie tylko i wyłącznie dobrze. I dzisiaj o tym, ponieważ dostałam trochę pytań jak to wszystko wygląda i łatwiej odpowiedzieć tekstem niż odpisywać na wiele wiadomości.  

Celowo nie zatytułowałam tekstu o ciąży w całej Wielkiej Brytanii, ponieważ pewne aspekty mogą się różnić. Zakładam, że nie powinny różnić się diametralnie, a kosmetycznie, ponieważ NHS jest powszechny i jednolity, ale nie udaję, że byłam wszędzie. Słychać poza tym o skandalach z zaniedbaniami w takich miejscach jak Kent czy Shropshire. W Londynie, od kiedy sama interesuję się tematem, a zatem od jakichś trzech lat, nie słychać. 

Wszystkie matki, które znam, rodziły w państwowych szpitalach. Prywatne szpitale zaczynają robić się trendem, ale mówimy tutaj o cenach 9-12 tysięcy funtów i więcej za poród i pobyt, więc to są poważniejsze pieniądze. Wchodzimy tutaj w klimaty upper middle i upper class. W trochę bardziej codziennych rejonach życia, zarówno osoby z dobrą pracą i własnym domem jak i osoby żyjące w mieszkaniach socjalnych, trafiają częściej niż rzadziej do tych samych szpitali. 

Nie rodziłam w Polsce, zatem wszystko co wiem na jej temat to relacje i rozmowy z osobami, które rodziły. Opieka wygląda tutaj zdecydowanie inaczej niż to o czym słyszę w przypadku Polski. Dla niektórych być może te różnice były skandaliczne, dla mnie…nie stanowią żadnego problemu. 

Ciążę prowadzą położne. W tej ciąży ani razu nie byłam u lekarza. W zeszłej byłam, ponieważ brałam udział w badaniach medycznych odnośnie wpływu ciąży na endometriozę prowadzonych przez UCLH, ale gdybym nie brała, nie miałam żadnych wskazań, że powinnam być pod większą opieką niż byłam. Podczas porodu nie widziałam się z żadnym lekarzem, jedyny kontakt był podczas wizyty w związku z wywołaniem (którego w końcu mi nie zrobiono).

Na stronie NHS dostępna jest dokładna rozpiska wizyt. Państwowo przysługują dwa USG (około 12 tygodnia i około 20). Sama chodziłam prywatnie na dodatkowe skany w City, za które płaciłam 90 funtów od wizyty. Gdybym chciała robić to co tydzień – moja sprawa. Gdybym w ogóle nie poszła – też moja. Dodatkowo (jeśli rodzice nie wyrażą sprzeciwu) robi się standardowo i darmowo testy przesiewowe, które określają ryzyko zespołu Downa, Patau i Edwardsa. Jeśli USG i testy nie wskazują żadnych podstaw do zmartwień, to tyle. Jeśli wykazują, wtedy do gry wchodzą specjaliści.  Można mieć amniocentezę albo NIPT (non invasive prenatal testing) czyli test wysokiej czułości z krwi mamy w której pływają komórki dziecka. Do tego w temacie wad i chorób płodu – aborcja w Wielkiej Brytanii jest legalna. 

Kolejne wizyty to badania krwi, mierzenie ciśnienia, słuchanie bicia serca, mierzenie brzucha. Znów, rozumiem, że może to być dla kogoś nieakceptowalne. Dla mnie – wystarczy. Jeśli byłoby podejrzenie nieprawidłowości, dostaje się od razu dalsze skierowanie. Znam sama osobę, która po rutynowym badaniu w trzecim trymestrze ciąży z pewnymi problemami, po kilku godzinach była już po cesarce, ponieważ położna i lekarze byli zaniepokojeni stanem dziecka. Więc to nie tak, że mają gdzieś. Dziecko ma się wspaniale.

Moje obie ciąże były zdrowe i prawidłowe, o niskim ryzyku, więc w moim przypadku działała opcja minimum. Podejście jest tutaj takie, żeby nie medykalizować tego czego nie trzeba. Znów, to osobista preferencja, związana też w dużym stopniu z mentalnością. Sama trzymam się z daleka od szpitali, stresują mnie i nie chcę w nich spędzać więcej czasu niż muszę. Komuś jednak odesłanie do domu ze skurczami we wczesnej fazie porodu może wydać się nieakceptowalne i rozumiem to.

Pokój, w którym byłam po porodzie

Rodziłam w tzw. birth centre, gdzie również przez cały poród nie było ze mną lekarza. Był za to, za pierwszym razem, gaz rozweselający, położna robiąca mi akupunkturę, zastrzyki domięśniowe i basen. Wszystko państwowe. Za drugim razem, w innym szpitalu, zdążyłam już tylko na gaz i zastrzyk, z basenu nie skorzystałam, bo urodziłam w dwie godziny od przyjazdu i nie było czasu.

Birth centre znajduje się w szpitalu i przyjmowane są tam tylko 100% prawidłowe ciąże bez ryzyka. W razie komplikacji zostaje się przeniesionym na oddział, gdzie lekarze jak najbardziej są i jeśli trzeba przejmują opiekę, jednak wciąż dotyczy to niektórych porodów – instrumentalnych czyli kleszczowych albo kiwi, kiedy jest meconium w wodach płodowych albo jakieś problemy z KTG. Kiedy straciłam dużo krwi uprzedzono mnie, że jeśli doraźne środki (leki i kroplówka) nie zadziałają odpowiednio, będę przeniesiona na oddział i potencjalnie przygotowana na salę operacyjną (wtedy zaczęłam płakać…ale sympatyczna położna uspokoiła mnie, kazała odpocząć i bez mrugnięcia okiem posprzątała łazienkę, która wyglądała jak po najgorszej imprezie w akademiku, if you know what I mean). 

Innymi opcjami są labour ward (typowa porodówka) i poród domowy. W tym ostatnim temacie wiem bardzo mało, bo totalnie leżał poza moim obszarem zainteresowań. 

Cesarskie cięcia w Polsce przekraczają zdaje się w wielu miejscach 40% urodzeń, gdzieniegdzie i 50%, a średnia krajowa to 45,8%. W Wielkiej Brytanii – 27%. Sama nie znam tu nikogo z cesarką „na życzenie”, chociaż wiele moich koleżanek miało cesarki. 

Znieczulenie nie jest tematem jakkolwiek kontrowersyjnym ani pozostającym w gestii kogokolwiek innego niż rodząca (o ile nie ma problemów medycznych, oczywiście). No, może poza moim przypadkiem, bo ja za każdym razem w pewnym momencie budzę się z ręką w nocniku i oznajmiam, że dłużej nie dam rady i ja poproszę epidural. To jest jednak ten moment, kiedy jest za późno. Za pierwszym razem w UCLH położna powiedziała po prostu, że nie mają wolnego anestezjologa. Tym razem usłyszałam, że zanim uda się zrobić znieczulenie, to będzie po wszystkim. Rzeczywiście, godzinę później było. W tym konkretnym przypadku położna wahała się nawet z zastrzykiem domięśniowym, przez co nagrabiła sobie u mnie i gdy wyszła powiedziałam mężowi, że jest JAKAŚ DZIWNA i NIE CZUJĘ Z NIĄ WIĘZI. Znów, wydaje się, że wiedziała co robi, bo wszystko potoczyło się błyskawicznie. W dalszym ciągu pozostaję sceptyczna co do morfiny/heroiny. Nie polecam. A gdy było po wszystkim i przestało boleć, a ja powróciłam do zdrowych zmysłów, DZIWNA położna okazała się oczywiście bardzo sympatyczna. 

Jeśli chodzi o opiekę położnych, kiedy kobieta jest w aktywnej fazie porodu (powyżej 4 cm rozwarcia) to ma położną, która opiekuje się wyłącznie nią 1:1. Na sam poród przychodzą zawsze dwie albo więcej jeśli trzeba.

To było pewnie odgrzewane, ale cóż, PYSZNE.

Chwalę sobie szpitalne jedzenie, które trąci może nieco fast foodem, ale jest smaczne i dobrze wchodzi. Poza śniadaniem, które jest płatkami z mlekiem lub tostami z dżemem i jednak trochę to niewiele, zwłaszcza w kraju z tradycją full breakfast, c’mon. Ale ogólnie wszystkie posiłki jadłam ze smakiem. 

Z pewnością są osoby, które są niezadowolone, a ich doświadczenia były fatalne. Nie mam zastrzeżeń do UCLH, poza brakiem personelu po porodzie, kiedy trudno było mi karmić. To znaczy na wezwanie ktoś przychodził, jednak musiałam na to czekać jakieś 15 minut. Czasem dłużej. To jednak problem systemowy i zdaje się nieograniczony do Wielkiej Brytanii. Poza tym rodziłam w ostatnich dniach roku i zimą, w wielkim szpitalu w ścisłym centrum Londynu. Rozumiem, że to nie idealna sytuacja, ale położne były bardzo zajęte. Była to niewielka niedogodność biorąc pod uwagę cały pobyt w szpitalu. W przypadku drugiego porodu, w mniejszym szpitalu w północnej części miasta, warunki były już inne. I chociaż na wypis musiałam poczekać, to położne były przy mnie w minutę po wezwaniu, oddział był bardziej kameralny i zdaje się, że większość czasu byłam na nim jedyną pacjentką. 

Ceniłam sobie również prywatność jednoosobowych pokoi w birth centre. Sam poród odbywa się zawsze w osobnej sali, ale po porodzie birth centre zapewnia jednoosobowy pokój, a labour ward kilkuosobowy. W kontekście pandemii wiem, że wiele kobiet pisało o doświadczeniu siostrzeństwa na porodówkach i wspieraniu się nawzajem przez świeżo upieczone matki. Brzmi…ładnie, ale dla mnie byłoby to krępujące. W moim szpitalu przez całą pandemię można było rodzić z osobą towarzyszącą, także mąż był przy mnie cały poród i dużą część czasu potem. Ze szpitala wychodzi się szybko. W razie braku komplikacji u matki i dziecka, wypis następuje po 6-24 godzinach. W moim przypadku, mimo pewnych komplikacji, było to chyba około 36 godzin. Po wyjściu jest się pod opieką położnych, które odwiedzają w domu, oraz health visitor. W dalszym ciągu, do końca połogu, mogę kontaktować się ze szpitalem z oddziałem położniczym, jeśli poczuję się źle. Jeśli mam pytania odnośnie zdrowia dziecka, które nie są pilne (w takim przypadku jest wskazanie jechania na pogotowie), mam telefon do lokalnego teamu health visitors, który będzie się nami opiekował przez najbliższe lata. Oczywiście z biegiem czasu kontaktu jest coraz mniej.  

Tekst konsultowany był w kwestiach medycznych z lekarką Małgosią Frej. Pracuje w szpitalu w Edynburgu, dlatego radziłam się odnośnie rozwiązań systemowych jednolitych dla całego kraju. Wszystko napisałam na podstawie własnych doświadczeń. Nie neguję doświadczeń innych. Chętnie odpowiem na pytania na tyle na ile jestem w stanie. 

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry