Dobra, jesieniary. Nie mogłyście doczekać się jesieni, co? Wiem, że jesteście zadowolone. Wiem, że już palicie zapachowe świeczusie i popijacie herbatę pod kocykiem oglądając serial. Przejdzie Wam, kiedy przez dwa miesiące z rzędu będzie padać prawie codziennie i opijecie się już Pumpkin Spice Latte. Przejdzie Wam przy pierwszym przeziębieniu i kiedy zapomnicie już jak wygląda światło dzienne. Wtedy powiem “dobrze Wam tak” i “a nie mówiłam”. 

Ale na razie jesteście całe podekscytowane. Więc korzystam. Czytajcie. Klikajcie. Piszcie swoje myśli. Róbcie, co chcecie. Ja mam focha.     

🍂

Najżywsze jesienne wspomnienia mam z początku roku szkolnego w pierwszej klasie liceum. Wrzesień zresztą zawsze był ekscytujący jako powrót do przyjaciół, powrót do pewnego stałego świata, ale powrót jako osoba rok starsza, inna, z nowymi doświadczeniami. I nowym piórnikiem. I nowymi zeszytami. I nowymi długopisami. I nowymi ubraniami…Pamiętacie ekscytację planowania w co się ubrać przez pierwsze kilka dni szkoły? Nie? No, może o tylko ja. 

Pamiętam, że pierwszego dnia lekcji w liceum miałam na sobie krótką oliwkową spódnicę po mamie, czarną bluzkę, oliwkowe podkolanówki w paski i, w końcu, glany! Po latach przymusu zmieniania butów, mogłam nosić glany codziennie. Na pohybel trampkom! 

Pierwszy raz poczułam się naprawdę sobą i naprawdę fajna. 

Oczywiście wkrótce minęło, ale te pierwsze wychuchane zestawy, może nieco przesadzone, sprawiały mi mnóstwo radości i wiele pamiętam do dzisiaj. Jeansy, sweter na Kurta Cobaina i trampki z namalowaną flagą brytyjską w pierwszym tygodniu drugiej klasy gimnazjum, na spotkanie z wakacyjną miłością, która rzuciła mnie kilka tygodni później. Czarny T-shirt, czarna rozkloszowana mini spódnica nałożona na jeansy wpuszczone w skórzane oficerki do kolan i skórzana sportowa torba z lat siedemdziesiątych, znaleziona w szafie mamy, do nonszalanckiego wożenia się przed ogólniakiem. Ta długa beżowa maxi spódnica i hipisowska bluzka uszyta przez mamę, w których legitymowała mnie policja na Fortach w Gdańsku w trzeciej klasie liceum (butelki wrzuciliśmy w krzaki). Mam pamięć do ubrań. 

🍂

🍂

Jest prawdą, że jesienią wychodzą najpiękniejsze zdjęcia. Porównywalne jakościowo są tylko zdjęcia na śniegu przy bardzo dobrym świetle. Jednocześnie niezmiernie cieszę się, że lata temu zerwałam z szafiarstwem i blogowaniem o modzie opartym na zdjęciach mnie. Jesien i zmiana czasu na zimowy oznaczały wieczny wyścig z czasem, żeby zdążyć zrobić zdjęcia. O ile czasem tęsknię za wyginaniem się przed obiektywem w fajnych ciuchach (chociaż raz na jakiś czas się zdarza), tak w ogóle nie tęsknię za frustracją planowania. Ani za marznięciem dla ujęcia. 

🍂

Muszę Wam coś wyznać. Nie znoszę Pumpkin Spice Latte. 

W ogóle nie lubię kaw ze słodkim badziewiem. Mleko jest jedynym akceptowalnym dodatkiem. A i tak lepiej nie. 

🍂

Miałam napisać, że nie ma czegoś takiego jak ZA DUŻO płaszczy na jesień, ale to nieprawda. Tak naprawdę wystarczy jeden. Byle był IDEALNY. 

(Chociaż ja mam dwa bardzo dobre, kilka “w porządku”, kilka “meh” i kilka “kiedyś były super, ale w sumie już ich nie noszę”. Wszystkie oddałabym za IDEALNY)

🍂

🍂

To dopiero druga jesień w ciągu ostatnich czterech lat, kiedy nie jestem w ciąży. Jest to spore pocieszenie.

🍂

Życie jest ekscytujące niczym rosyjska ruletka. Będzie lockdown? Nie będzie lockdownu? Jak ostry? Zamkną granice? Zamkną kawiarnie? Zakażą kontaktu z ludźmi? Zakażą wszystkiego czy tylko prawie wszystkiego? 

Tego nie wie nikt. 

(Chociaż jakby zamknęli teatry, to byłoby mi to na rękę, bo nie jestem w stanie kupić biletów na “Makbeta” w Almeidzie, wszystkie są wyprzedane i mi bardzo przykro, a tak byłoby mi mniej przykro…)

🍂

Jesienią czuję się bardziej atrakcyjna. O wiele łatwiej jest mi się ubrać tak, żeby się sobie podobać. Pod wieloma warstwami da się wciąż eksponować co uważam za ładne (czyli dół człowieka), jednocześnie chowając kompleksy (czyli środek człowieka). Pod czapkami łatwiej ukryć bad hair day, a makijaż jesienią przestaje wydawać się przesadzony, rzadziej wychodzi karykaturalnie. Tak, to kiedyś była moja ulubiona pora roku, lecz…

🍂

🍂

…jesieniarą przestałam być jesienią 2019 roku czyli mniej więcej wtedy, kiedy słowo zrobiło się popularne. To był czas, kiedy moje urodzone w grudniu 2018 roku dziecko jeszcze nie chodziło i musiałam popylać z wózkiem na spacerki w deszczu. Nigdy nie spędzałam tyle czasu co wtedy w kawiarniach. Miałam w małym palcu mapę kawiarni z bawialniami. W tym roku czeka mnie powtórka z rozrywki. Z jeszcze mniejszym dzieckiem. Więc nie. Nie za bardzo się cieszę…Za rok o tej porze spodziewam się być jesieniarą z całego serca, będę się tarzać w liściach i zabierać je do łóżka na serial i herbatę. Lecz nie teraz. 

🍂

To znowu będzie czas, kiedy moje niemowlę uznawane będzie za mężczyznę, ponieważ nie będzie nosić różowej kurteczki tylko zieloną parkę. Ja też nie noszę różowych kurtek tylko parkę, prochowiec i brązowy płaszcz. Czy jestem mężczyzną?  

🍂

Długo myślałam, jaka powinna być ostatnia myśl o jesieni, ale chyba po prostu taka, że kiedy robi się ciemno, to jest znak, że już najwyższa pora spać. Wczoraj byłam w łóżku chwilę po dwudziestej pierwszej. Wcześnie? Phi, było już od dawna ciemno. Za jakiś czas będzie ciemno już od piętnastej czy szesnastej. I to będzie znak, że już można spać. Tak jest i już. Nie ja ustalam reguły…

Do zobaczenia na wiosnę.

Wszystkie zdjęcia wykonała na przestrzeni sześciu lat Kat Terek

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

3 thoughts on “10 myśli o jesieni”

  1. Mam ten jeden jesienny ideał. Od lat bodajże 22. Czasem wisi dwa, trzy lata zapomniana, żebyśmy mogły od siebie odpocząć, co parę lat pojawia się głupia myśl, że może czas się rozstać… Ale dalej do niej wracam, kiedy tylko temperatura spada poniżej 15 i za każdym razem gdy rozpinam pokrowiec wzdycham z zachwytu. Moja cudowna, oliwkowa, ciężka peleryna ze stójką. Elfia w każdym calu, choć zupełnie prosta. Reszta moich okryć przychodzi i odchodzi, ale ona jest zawsze ze mną.

    1. ojej, miałam przez moment wrażenie, że żyje we mnie jakaś alternatywna wersja i czytała ten wpis i już skomentowała, upiorne! Ale ja nie mam elfiej peleryny, chociaż strasznie mnie skusił ten pomysł jak sobie ją wyobraziłam 🙂

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry