mopsy
Riennahera

Riennahera

Czy stara “Diuna” jest lepsza niż nowa?

To jest pytanie mocno clickbaitowe, ponieważ bawi mnie jak wielkie emocje u niektórych wywołuje to stwierdzenie. Tak mocne, że rozdałam kilka banów. Serio. A jednak odpowiedź na pytanie nie jest automatycznym “NIE”, połączonym z diabolicznym śmiechem czy opluciem się kawą, że oto udało się kogoś rozjuszyć i striggerować. Przynajmniej moja odpowiedź nie jest. Gdyby ktoś w tej chwili zaproponował “hej, siądziemy sobie z winkiem i obejrzymy którąś Diunę”, to wybrałabym “Diunę” Lyncha.

Czy stara “Diuna” jest lepsza?

To zależy co brać pod uwagę. 

“Diuna” Villeneuve jest wysmakowana wizualnie. Ma cudowny styl, estetykę, efekty specjalnie na najwyższym możliwym obecnie poziomie. Jest dopieszczona niczym dzieło sztuki, do którego aspiruje. Totalne cacuszko. Ma kilka scen skończenie pięknych. Może nawet zawiera scenę kultową, choć dostrzegam tylko jedną (oddziały imperialnych sardaukarów w deszczu). Muzyka dotyka do żywego. 

Jeśli czujesz, że nadchodzi jakieś ALE, to masz rację. Bo to film przepiękny, a jednocześnie dawno się tak na niczym nie wynudziłam. A mam wysoką tolerancję na nudę. Na bogów, moim ulubionym reżyserem jest Kubrick! 

Seans Diuny to jak oglądanie niemal trzygodzinnej reklamy perfum. Ba, dzisiaj rano widziałam na instagramie reklamę Diora, która była w zbliżonej stylistyce i miałam podobne odczucia. Piękne, zachwycające, wspaniałe. Na trzy minuty. Nie na 155 minut. 

Chyba najpiękniejsza scena filmu.

Pracowałam kiedyś z takim kolegą. Piękny jak marzenie. Jak model. Jedna z najbardziej fotogenicznych osób, jakie znam. Kiedy zobaczyłam jego twarz, nie wiedziałam jakim cudem mój związek może przetrwać. Przecież oto muszę się zakochać. A potem zaczęłam z nim rozmawiać. I poczułam się jakbym żuła papier. Nic z nim nie było źle, był idealnie uprzejmy, bardzo pracowity, sympatyczny. Ale i nic nie było dobrze. Przez cztery lata nie udało mi się odbyć z nim ani jednej interesującej rozmowy, która dotyczyłaby czegokolwiek. Chociaż nie. Raz się udało. Przez CZTERY. LATA. Rozumiecie o co mi chodzi? Oglądając “Diunę” czułam się jakbym znowu siedziała naprzeciwko niego. Jak podczas podziwiania rzeźb nagich mężczyzn i kobiet w muzeum. Są piękne, ale nie mamy ochoty rzucić się na nie z pożądania, prawda? 

Cała para poszła w wizję i nie zostało już nic dla treści. Rozwój postaci jest żaden. Budowa postaci jest żadna. Disney miewa w sobie więcej niuansu i okrucieństwa. Aktorstwo generalnie też jest szczątkowe nie dlatego, że ktokolwiek gra źle, bo przecież to plejada bardzo utalentowanych aktorów, ale dlatego, że do grania jest tu niespecjalnie wiele. Harkonnen jest zły bo jest zły i jest Harkonnenem. Wiemy to głównie dlatego, że tak mówią inne postaci. Na ekranie nie zrobił niczego szczególnie złego poza zaatakowaniem swoich wrogów. To nie jest debiut reżyserski, Villeneuve jest uznanym twórcą, zasada show don’t tell powinna być oczywista. Jessicę i Leto łączy mniej chemii niż mnie z ubikacją, kiedy wlewam do niej Domestos. Nie dlatego, że nie umieją grać, tylko nikt im tej chemii nie napisał. Kiedy Leto umiera ciężko czuć cokolwiek. I tak dalej, i tak dalej. 

O ten brak emocji się rozchodzi.

Tak, czułam zachwyt nad pięknem jednej, drugiej czy trzeciej sceny. Ale zachwyt nad pięknem po kilku chwilach nudzi. Bez głębszych zachwytów zaczyna trącić dekadencją, sztuką dla sztuki. To nie jest nieznana historia, której fabuła trzyma nas w napięciu. Tutaj potrzebujemy silniejszych wrażeń. Ale czegóż się spodziewać, cokolwiek mogło być w Diunie szokujące i obrazoburcze, zostało wykastrowane i wycięte. 

Tak, stara Diuna Lyncha to film śmieszny. Film, który się bardzo zestarzał. Na studiach mieliśmy drinking game – pij za każdym razem, kiedy na ekranie dzieje się coś niedorzecznego. To nie była wymarzona adaptacja Diuny, to nie była nawet przyzwoita adaptacja, ale był to fajny film. Niekoniecznie dobry w tym znaczeniu, w jakim “dobry” film rozumieją krytycy filmowi. Dobry, bo wywołujący miłe uczucia. Miał kultowe sceny. Atrydzi trzymający mopsy i prostokąty na patykach? COME ON. Jeśli to nie jest kultowe to ja nie wiem co jest. Kyle MacLachlan robiący cokolwiek – to jest instant kult. Na bogów, STING. Latający robal z odbytem zamiast ust. Jeśli ten film uznać za zły, to jest wybornie zły. Tak zły, że aż dobry. 

“Diuna” Lyncha jest jak koleś, który wcale nie jest specjalnie przystojny, ale tak Cię bawi, że idziesz z nim do łóżka, a pięć lat potem wciąż jesteście razem. Albo piętnaście. Albo pięćdziesiąt. Ta “Diuna” sprawia mi radość. Widziałam ją kilka razy i jeszcze nie raz obejrzę. A nowej “Diuny” nie chce mi się nawet drugi raz oglądać. Nie jestem hejterką. Włączam sobie scenę sardaukarów w deszczu i wspominam jak pięknę suknię Jessici rozwiewa pustynny wiatr. Chciałabym kupować ten film i się nim jarać. Ale jak się tu jarać, jak nie jara. 

Problem filmu polega na tym, że jednocześnie chce być blockbusterem i wielką wizją artystyczną i nie wypełnia żadnego zadania. Nie daje rozrywki, której oczekiwałabym od blockbustera. Oprócz efektów specjalnych i ślicznych aktorów, w tym przypadku ważna jest jeszcze sensowna opowieść wywołująca emocje, a na tym polu “Diuna” wieje nudą. Nie jest wystarczająco artystyczny, żeby być brany na poważnie jako dzieło sztuki. To nie jest poziom Tarkovsky’ego, to nie jest poziom Kubricka. 

MNIE bawi.

Słyszałam już usprawiedliwienia, że to tylko pierwsza część i potrzeba zobaczyć całość, aby ocenić opowieść. To oczywista bzdura. Teksty kultury nie działają na takiej zasadzie. Nie usprawiedliwialiśmy tak ani “Gwiezdnych Wojen”, ani niczego z uniwersum Śródziemia. Nie dajemy tej ulgi filmom ze stajni Marvela czy DC. Cykle filmowe czy powieściowe muszą bronić się w każdej części osobno. Podzielony na dwie filmowe części ostatni tom “Harry’ego Pottera” traktowany był jako dwa filmy, z których każdy musiał usatysfakcjonować widza. I “Harry Potter”, ze znacznie mniej ambitnym tekstem źródłowym, dał radę. Dlaczego ten jeden film ma zasługiwać na specjalne traktowanie? 

Wiem, że internet pełen jest zachwytów nad wspaniałością tej adaptacji i zastanawiam się czy oglądaliśmy ten sam film. Pierwszy raz od prawie 1,5 roku byłam w kinie, a spoglądałam często na zegarek i nie mogłam doczekać się końca. A naprawdę tęskniłam za kinem jako miejscem. 

Jeśli należysz do zachwyconej grupy, let’s agree to disagree. Ewentualnie chętnie posłucham argumentów za tą wspaniałością, jeśli nie dotyczą efektów, strojów, walorów wizualnych czy muzycznych. Bo im nie śmiem zaprzeczyć. Nie umiem znaleźć w tej “Diunie” walorów fabularnych. Ani specjalnego usprawiedliwienia, dlaczego trwała 155 minut. 

Na myśl o kolejnej części już czuję się zmęczona. 

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry