• Po co nam były te dzieci? – pytam męża. 

Jest weekend. Wychodzi z nimi sam na spacer, żeby dać mi chwilę czasu dla siebie. Zwykle wykorzystuję tę chwilę na spokojny prysznic w samotności, posprzątanie salonu i napisanie tekstu. 

  • Transcendencja! – odpowiada zadowolony. 

Orla leży w gondoli wózka wpatrzona w sufit, po tym jak po dwóch godzinach w końcu udało mi się ją nakarmić, żeby nie była głodna na spacerze. Iona zakłada buty i krzyczy, ponieważ kazałam jej założyć nie te, które chciała, ale w sumie nie wie, które chciała, tych które chciała nie umie założyć sama, w końcu właściwie może nie chce iść i wolałaby iść lub nie iść w kaloszach. 

  • I jak ci idzie ta transcendencja? – pytam, wylewając z siebie wiadro sarkazmu. 

What is a legacy? It’s planting seeds in a garden you never get to see – śpiewa Hamilton w musicalu. Czasami zapewnienie sobie dziedzictwa rzeczywiście przypomina fizyczną pracę i oranie ziemi. Na przykład kiedy bobas budzi się o piątej rano i uznaje, że spanko się skończyło. Albo kiedy podejmujemy nieudaną próbę odpieluchowania i ścieram z dywanu resztki niepowodzenia. Ale robisz to, bo co masz robić. Ryzykujesz, jak inwestor giełdowy, bo nie masz żadnej gwarancji, że Twoje bobo nie zostanie seryjnym mordercą albo posłem Konfederacji. Nie wiesz czy będzie przestrzegać ograniczenia prędkości na drodze i uczciwie płacić podatki. Możesz tylko wpajać wartości swoją miłością i mieć nadzieję. 

Posiadanie dzieci to nie jest decyzja konsumencka.

W tym kontekście oczywiście nie opłaca się nikomu. Nie kupuję sobie ubrań za tyle pieniędzy ile wydaję na żłobek. Nie prowadzę tak bogatego życia towarzyskiego i kulturalnego jak dawniej. Zupełnie szczerze, łatwiej żyje się bez nich. Łatwiej, taniej, wygodniej. Są ograniczeniem. Zjadają pieniądze. Dosłownie i w przenośni. Jak zjedzą pieniądze, trzeba jechać na pogotowie. W wielu aspektach są kiepską inwestycją na przyszłość. Jeśli myślisz o swoim komforcie i o wsparciu na starość. 

Czy dzieci mają zatem jakiekolwiek zalety? 

A czy człowiek ma zalety? Czy zalety ma Twoja matka? Ojciec? Rodzeństwo? Kochanek? Żona? Ba, nawet pies i kot? Wszyscy mają zalety i wady. Ty też. Takie same zalety i wady ma posiadanie dzieci. Jeśli inwestujesz w relacje, doświadczenia, wspomnienia, uczucia, nowe umiejętności, samorozwój…Tutaj się zwróci. Z nawiązką.

Uczę się z nimi mnóstwa rzeczy. Również o sobie. Może przede wszystkim o sobie. Bardzo złych, ale i bardzo dobrych. Moje granice się przesuwają. Zdecydowanie wychodzę ze swojej strefy komfortu. Jestem silna jak nigdy dotąd, asertywna jak nigdy dotąd, odważna jak nigdy dotąd. Co prowadzi oczywiście do bycia zmęczoną jak nigdy dotąd. Ale człowiek do wszystkiego się przyzwyczaja i radzi sobie z rzeczami, jakich sobie wcześniej nie wyobrażał. 

W końcu, jestem ogarnięta jak nigdy. Bo muszę. Co nie znaczy, że jestem idealna, a moje mieszkanie błyszczy czystością. Czasem błyszczy, jak wysprząta nam je pani sprzątaczka. To znaczy, że wiem na czym powinnam się skupiać i jakie mam priorytety. Co jest warte mojej energii, a co nie. Co jest ważne. 

Nie namawiam zupełnie nikogo do posiadania dzieci. Wręcz przeciwnie. Nikogo ze znajomych, w większości bezdzietnych, nie pytam co i jak i kiedy. Ani w rodzinie. Ani nigdzie. Wiecie, im mniej dzieci do podziału w spadku, tym lepiej. Im więcej cioć i wujków bez potomstwa, tym lepiej dla siostrzeńców i bratanic. Znamy to z literatury, znamy to nawet z kreskówek, czyż nie? 

A zupełnie poważnie, nie uważam, że dzieci świadczą o wartości człowieka i że każdy powinien je mieć. Jestem w dużym sensie nihilistką, a na pewno egotyczną indywidualistką i uważam, że każdy powinien żyć tak jak potrzebuje, o ile nie krzywdzi tym innych. Bo w gruncie rzeczy uważam, że naturalne i zdrowe jest dla człowieka dążenie do szczęścia, a społeczeństwo zyskuje składając się z jednostek pewnych siebie i szczęśliwych, a nie sfrustrowanych i rozgoryczonych. Zauważcie, że piszę o społeczeństwie, nie o polityce. Ta jak najbardziej żeruje na strachu i nieszczęściu. 

Możesz oczywiście rzucić górnolotne hasło, że nie będziesz mieć dzieci w imię planety Ziemi. Dla mnie to teatralny dramatyzm. W imię planety ziemi mogę nie jeść mięsa, ale jeśli naprawdę, naprawdę chcesz mieć dziecko, to będziesz je mieć. Może będziesz martwić się o jego przyszłość, jak rodzice od zarania dziejów, ale będziesz mieć. A jeśli nie chcesz, to Twój brak chęci nie jest wyborem moralnym. Nie jest wyższością. Masz prawo nie chcieć bez wyższej idei, dlatego, że tak czujesz. Nie, nie jesteśmy sami na Ziemi i należy jej się nasz szacunek. Ale dobro delfinów nie jest wyższym dobrem niż dobro ludzkości. Jest takim samym dobrem. Mogę poświęcić sporo rzeczy w imię delfinów, ale nie dzieci. 

Gdyby od jutra rządy wszystkich narodów zabroniły nam jeść mięsa, byłoby ciężko. Trzeba by znaleźć nowe zajęcie dla hodowców i płacić im odszkodowania. Musielibyśmy przeorganizować świat. W pewnym stopniu byłoby to nieprzyjemne, ale czy wyobrażam sobie szczęśliwe i wygodne życie po przyzwyczajeniu się, że już nigdy nie zjem steka lub szyneczki? Jak najbardziej. Nie spędza mi to snu z powiek. Nie cierpnie mi skóra na myśl o tej sytuacji. Mogę ją wręcz poprzeć. 

Gdyby od jutra rządy wszystkich narodów zabroniły nam posiadania dzieci, to jak byśmy to nazwali? Dystopią? Totalitaryzmem? Czy gdy wolno było mieć tylko jedno dziecko w Chinach, nie uważaliśmy tego za okrutne? Za szkodliwe społecznie dla pokoleń jedynaków?  

Zjawiają się czasem pytania po co mieć dziecko skoro to ciężkie. Albo jak można decydować się na więcej niż jedno dziecko, skoro mówi się, że już z pierwszym nie jest lekko. A po co biegać maratony? Pisać książki? Robić karierę? Chodzić po górach? Uprawiać ogródek? Robić cokolwiek, co wymaga wysiłku? Wartościowe rzeczy często wymagają wysiłku. Nikt nie musi mieć dzieci, ani jednego, ani w większej liczbie, niektórzy być może nie powinni ich mieć, ale sam wysiłek nie jest przeciwwskazaniem. 

Albo pytania po co mieć dzieci jak się ma depresję. A po co mieć, jeśli ma się cukrzycę albo reumatyzm? Jeśli szwankuje Ci tarczyca albo bolą plecy? Jeśli leczysz się, czujesz na siłach i sytuacja życiowa pozwala przy braku medycznych zagrożeń, choroba jak choroba.

Podsumowanie będzie lamerskie i mało odkrywcze. Odpowiedź na tytułowe pytanie brzmi TO ZALEŻY. I nie jest racjonalna. I nie jest uniwersalna. Sprowadzanie na świat dzieci nie jest dla mnie wartością samo w sobie. Wartościowa jest relacja z tymi dziećmi. A relacje nie mają obiektywnej wartości. Jeśli ich chcesz, każdy powód jest dobry. Jeśli nie, sprawdzi się każda wymówka. 

Przepraszam, jeśli Cię zawiodłam. 

Podoba Ci się? Podaj dalej »

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email
61923936_301827807423707_1414915001336679940_n copy

Autorka

Marta Dziok-Kaczyńska
Riennahera​

Nie chcę sprzedać Ci wizji perfekcyjnego życia jak ze strony w kolorowym czasopiśmie. Chcę być dobrą sobą i porządną osobą. Może Ty też?

Przewiń do góry