Szukałam w Google. Szukałam w wyszukiwarce na blogu. Okazało się jednak, że nie napisałam nigdy tekstu o Warszawie w mojej klasycznej już formie “10 myśli”. Jak to się stało, nie wiem. Zwłaszcza, że Warszawa zajmuje jednak w moim życiu miejsce znaczące. W dobry i zły sposób.
Pomyślmy o tym dzisiaj.
Zupełnie subiektywnie i wyrywkowo, bo przecież mogłabym pisać taki tekst co kilka miesięcy i byłby zupełnie inny.
1
Przez pierwsze lata życia Warszawa była mi odległa. Niewiele mnie z nią łączyło. Jakiś przejazd w drodze samochodem z Gdańska do dziadków w Rzeszowie. Wycieczka do Muzeum Ewolucji. Zakupy w sklepie z mangowymi gadżetami, zanim takie sklepy były powszechne. “Za moich czasów” były w Polsce dwa, może trzy. Dla 11-latki ołówek z Czarodziejką z Księżyca był szczytem marzeń. Miałam taki, z Warszawy.

2
Potem Warszawa była mi wroga. Pracował tam mój ojciec, w okresie, kiedy oznajmił, że chce wziąć rozwód z moją matką. Zatem wszelkie przykre rodzinne dramaty, a bywały naprawdę przykre, zakrawające na telenowelę, a nawet patologię, miały Warszawę w tle. A ponieważ moje relacje z nim były napięte (w takim stopniu, że dziś nie istnieją, od niemalże 20 lat), to i na myśl o Warszawie robiło mi się nieprzyjemnie.
I tak mijały lata.

3
Odczarowanie przykrości przyszło do mnie z czasami blogowymi. Poznałam mnóstwo miłych osób, z którymi często pisałam. Do dzisiaj uważam wiele z nich za przyjaciół. Z wieloma regularnie spotykam się w Warszawie. Wiem zatem, że jednocześnie z byciem miejscem, gdzie żyły osoby mi przykre, jest miejscem pełnym osób wspaniałych.
Bo życie nie jest czarnobiałe. Nawet konkretny człowiek nie jest. Każdy z nas ma lepszą i mroczniejszą stronę. Oczywiście, nie ułatwia to uporządkowania w relacjach, a nawet po prostu w zrozumieniu co w danej chwili się czuje.

4
Nie ukrywam, że do Warszawy zjeżdżam albo na zaproszenie wydawnictw, które mnie aktualnie wydają, albo na festiwale, albo do znajomych. Co oznacza pewien specjalny status tych wizyt – jestem w jakiś sposób celebrowana, czy to zawodowo, czy przyjacielsko. Nie jest to normalne życie, dlatego wszystko bardziej zachwyca, bardziej się podoba, Warszawa jest zabawą.

5
Ja wiem, że są osoby, według których Warszawa jest brzydka. I takie, według których jest przepiękna.
Sama uważam, że ma swoje momenty piękne i brzydkie, ale przede wszystkim jest filuterna. I nieco creepy. Sam Pałac Kultury, wielki falliczny obiekt pośrodku, dookoła którego znajduje się olbrzymi, w dużej części pusty plac…Oprócz tego małe brzydkie bloki pośród szklanych drapaczy chmur – jeśli to nie jest poczucie humoru, to nie wiem co nim jest.
Mnie bawi.

6
Chociaż media mają mocno warszawocentryczną narrację, to jako osoba z Gdańska, zanurzona kulturowo i historycznie w tym miejscu, nie czuję wielkiego emocjonalnego związku z wieloma wydarzeniami, które dominują przekazy medialne. Oczywiście, Powstanie Warszawskie to ważny temat, ale nie “czuję” go bardziej niż jakiegokolwiek innego powstania. Moim Powstaniem Warszawskim jest Westerplatte.
Nie chcę przedstawiać tego jako uniwersalne doświadczenie, chociaż wiem, że nie jestem w nim odosobniona. Wciąż czuję, że małe ojczyzny i patriotyzm lokalny, czy w Polsce czy obecnie w Wielkiej Brytanii, jest mi bliższy niż szumne pojęcie “narodu”.

7
Za każdym razem kiedy lecę do Warszawy, przeżywam małą euforię, ponieważ oznacza to, że:
a. Nie lecę tanią linią
b. Lecę z Heathrow
Ani British Airways ani LOT nie chcą spełnić jednego z moich największych życiowych marzeń i zacząć latać do mojego rodzinnego Gdańska, gdzie przyjeżdżam kilka razy w roku.
Kiedy lecę do Warszawy czuję się jakby luksusowo. Jak człowiek, nie jak paczka.

8
Jestem wielką fanką Jazdowa i specyficznej komuny, która tam powstała. Dla mnie idea takiego Bullerbyn / Doliny Muminków niemalże w sercu europejskiej stolicy jest rewelacją i środkowym palcem pokazanym deweloperom. To jak wioska Gallów broniąca się przy Rzymianami.
Po za tym jest tam ślicznie i magicznie.

9
Na całym świecie różne miasta mają ze sobą “kosę”, w dużej części wymyśloną. Bydgoszcz i Toruń, Warszawa i Kraków,
Mam wrażenie, że Glasgow vs Edynburg jest niemal bliźniacze jak Warszawa vs Kraków. Tyle, że Glasgow jest w tym kontekście Warszawą – wielkie miasto, nie takie pocztówkowo urocze jak rzekomy “wróg”, ale dla mnie…bardziej sympatyczne i dostępne. Edynburg jest widowiskowy, ale mnie nie uwiódł niczym poza estetyką.
Nie wiem czy Warszawa jest bardziej sympatyczna od Krakowa, nie wiem jeszcze czy lubię ją bardziej. Ale tak, przypomina mi Glasgow.

10
Niemalże zapomniałam, jak Warszawa zabrała mi miłość życia, w bardzo newralgicznym momencie mego żywota. Był to drugi rok studiów i mój drogi mąż (no, wtedy nie mąż) pojechał z Edynburga na Erasmusa do Warszawy właśnie. Tak, Polak, ze Szkocji, do Polski, na Erasmusa.
Widywaliśmy się wtedy raz na dwa miesiące i, paradoksalnie, dobrze nam to chyba zrobiło. Z perspektywy czasu. Bo nie byłam wtedy specjalnie stabilna emocjonalnie, nie zdawałam sobie sprawy, że mam epizody depresyjne, byłam piekielnie zazdrosna i w ogóle.
Kiedy jednak odwiedziłam go w Warszawie, razem z moim kolegą ze studiów, Amerykaninem z Maine, który bardzo chciał zobaczyć Polskę, mieliśmy jedną z imprez życia.
Może to właśnie wtedy moje relacje z miastem zaczęły się poprawiać? Dzisiaj są już nawet nie poprawne, a serdeczne.
Jestem przekonana, że w tym roku jeszcze do Warszawy pojadę. Wcześniej czy później.
Zatem – do zobaczenia. W Warszawie.
PS Napisałam ten tekst, a potem świat, po części warszawski, zawalił się. Odeszła kochana osoba, dzieląca życie między Warszawę i dom pod lasem. Ostatni raz widziałyśmy się w Warszawie. Ostatnią wiadomość wysłała mi z Warszawy, gdy i ja tam byłam. Po raz kolejny, Warszawa jest świadkiem przeplatania się radości i cierpienia. Miejscem wzlotów, a także gorzkich rozczarowań
Sunrise. Sunset.



4 Responses
Pamiętam, że zaczęłam czytać tego bloga gdzieś w 2012 roku jako bardzo młoda dziewczyna. Ale nie było tu za bardzo treści dla mnie, nigdy nie interesowała mnie moda. Potem przyszło więcej tekstów na inne tematy, chętniej czytałam. A później pojawiły się dzieci, więc odeszłam po raz kolejny. Nie lubię dzieci, nie lubię o nich czytać ani ich oglądać. Nigdy też nie chciałam ich mieć, i pewnie tak zostanie, wszak jestem już po trzydziestce. Wpadam tu jednak co parę lat, średnio co dwa, i zawsze mnie piorunuje i zadziwia, jak bardzo osoba, która deklaruje, że kocha swoje dzieci, może jednocześnie pisać o swojej rodzinie w sposób, jakby była dla niej karą. Każdy tekst to coś na kształt „Kocham moje dzieci, ale wiecie, jak jest, męczą mnie strasznie, nie mamy wspólnych weekendów z mężem, spontanicznego seksu, whisky, pubów, hajsu, walą dziwne teksty, ale KOCHAM SWOJE DZIECI I NIE ŻAŁUJĘ. Co prawda czasem żałuję, doprowadzają mnie do szału, śmierdzą, kosztowały pare dobrych samochodów, wymiotują w samolocie, ALE JE KOCHAM. Nie polecam dzieci, nie da się przy nich wyspać, ciągle sprzątam, miałam ciężki poród, krwawiły mi piersi, zaliczyłam dwie depresje poporodowe, mój związek przeszedł parę ciężkich prób, ALE DZIECI SĄ SUPER.” Generalnie nikt mi chyba w życiu tak dzieci nie obrzydził, jak ty. Wcale nie dlatego, że piszesz o czymś wprost. Najbardziej wyraziste są chyba te zawoalowane zdania o tej niby miłości, ale jednak nie polecasz. Nasuwa mi się jeden wniosek po przeczytaniu wczorajszej nocy tych paru tekstów: Ty swoje dzieci najpewniej kochasz, ale ich nie lubisz. Z każdego Twojego tekstu wyłazi gorycz, zgorzknienie, jakiś taki cynizm, ale też zdziadzienie i zblazowanie. Z wielu też obojętność i kompletny brak sensu: „Wiem, że mam fajne życie, rodzinę i pieniądze, ale tak naprawdę wcale nie mam ochoty tak żyć.” Kompletnie nie rozumiem Twojego pomysłu na tego bloga/instagrama i narracji. Nie pojmuję też kompletnie pomysłu na nagrywanie odpakowywania paczki z warzywami. Czy ktoś może mi wyjaśnić, czemu to służy? Czy to jest dla kogoś autentycznie rozrywka? Być może to już nie istnieje – nie wiem, nie obserwuję od dawna. Jeśli miałabym opisać w dwóch słowach moją każdorazową reakcję na Twoje teksty, byłoby to „zajebiste zdziwienie”.
Rozumiem Twoją frustrację, a nawet powiem więcej, myślę, że każdy rodzic ją zrozumie ale niestety nie sposób odpowiedzieć na twoje pytania w sposób, który będzie zrozumiały dla osoby, która nie ma dzieci. Te skrajności, o których piszesz są wpisane w rodzicielstwo. I to czyni je zarówno niezwykle pięknym jak i cholernie trudnym. Marta dzieli się nimi na blogu, inni rodzice rozmawiają o tym przy kawie. Uważam to za dość normalne 🙂 ale totalnie rozumiem jak z perspektywy osoby, której temat dzieci jest tak daleki może to być niezrozumiałe. Może to lepiej dla Ciebie, że już nie czytasz bloga Marty regularnie.
co za paskudny komentarz. Napisałaś, mniej więcej, że blog Marty, poza jakimiś momentami, nie był dla Ciebie. No i spoko, nie ma rzeczy dla każdego. Ale po co to od razu oznajmiać? Co to komuś da? Gdyby to była chociaz merytoryczna krytyka, ale nie.
Primo, nie ma się co chwalić tym, że się nie lubi dzieci. Też ich nie mam, nie zamierzam mieć, z różnych powodów. Ale dzieci to ludzie. Ich rodzice to ludzie. Których nie musisz lubić jako jednostki, ale jeśli to się rozciąga na grupę – gdzies tu jest problem, i nie są nim dzieci.
Secundo – to jest interpretacja (?) tekstów Marty pełna bardzo złej woli. Ja np kocham chodzić po górach. Ale nienawidzę wstawać rano, męczyć się, jak mi jest gorąco, głośnych turystów, jak mnie but obetrze, padać ze zmęczenia. I to jest część doświadczenia. Kiedy o tym opowiadam, mówię też o tych mniej fajnych rzeczach. Bo one też są. Co nie odbiera całemu doświadczeniu. Ale góry to tylko góry. Nie są sprowadzane do najważniejszego w życiu, mistycznego doświadczenia, które jest przeznaczeniem każdej kobiety. A jak już pójdziesz, i ci się nie spodoba, to możesz o tym powiedzieć, i nikt cię nie oceni jako koszmarnej osoby. Jeśli ci się wydaje, że nie ogarniasz – to chodzisz jak chcesz, ale znowu – nie poczujesz się przez to najgorszą osobą świata, bo wszyscy inni to Orlą Perć robią przed śniadaniem, które jedzą na Gerlachu. A z dziećmi narracja jest jednak inna – teraz się zmienia, ale tych parę lat temu, kiedy Marta zaczęła o tym pisać, nie było tez tekstów, jak bardzo macieżyństwo może być trudne i rozczarowujące. Bo może. Rozmawiałam z młodą mamą parę lat temu, która była przerażona doświadczeniem połogu, bo nikt jej na to nie przygotował. Nikt jej nie powiedział. Moja przyjaciółka, prawie siostra, miała coś w rodzaju depresji po porodzie, bo jej się wydawało, że jeśli dziecko nie robi tego czy tamtego, to ona jest najgorszą matką świata. Myślę, że takie treści po prostu pomagają spuścić balonik.
Z resztą, skoro można o swoim związku pisać nie wyłącznie w samych superlatywach, bo partner może być cudowny, ale będzie nas wkurzać, to o dzieciach tym bardziej. Bo to są osobne byty, nie przedłużenia swoich rodziców. Którzy są, moze to dziwne, tylko ludźmi. I mogą być sfrustrowani, zmęczeni, zirytowani, i wciąż kochać, ale też lubić swoje dzieci. Bo to, że ktoś cię czasem męczy i wkurza, jest wpisane w relacje – chyba szczególnie bliskie.
Tertio – nie ma obowiązku oglądania cudzych stories. Jeśli nie masz ochoty, albo Cię to nudzi, jest taki przycisk jak "przestań obserwować". Nie musisz sobie robić ragebaitu, to naprawdę nie jest zdrowe.
Wszystko, co napisałaś, tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że większość rodziców to najwięksi hejterzy rodzicielstwa. I jego antyreklama. No i w sumie spoko – mnie to nie dotyczy.
To, co napisałaś o górach jest nieco absurdalne, ponieważ posiadanie dzieci to jednak nie chodzenie po górach, a poza tym, całkiem sporo rzeczy ci przeszkadza w tej pasji. 🙃
Twoje tetrio jest nie na temat – wyraźnie napisałam, że nie obserwuję Marty od bardzo dawna; newralgicznym momentem było właśnie odpakowywanie kartonów z warzywami.