7 rzeczy, które zmieniają się w życiu po zaręczynach

Od moich zaręczyn minęło półtora tygodnia, ale mam wrażenie, jakby to był rok. Chwilami surrealistyczny rok. Bardzo monotematyczny rok.

Na pierwszy rzut oka nie zmieniło się w sumie nic, oprócz tego, że mam ładny pierścionek i nową tablicę na Pintereście. I jeszcze tego, że nie mogę już patrzeć na strony trójmiejskich lokali…Ale diabeł tkwi w szczegółach, a te szczegóły tworzą moją nową rzeczywistość. Poniżej kilka z nich.

1.Jestem w końcu kobietą sukcesu.

Wszystko co do tej pory osiągnęłam w życiu nie ma znaczenia. Zdana matura? Wygrana w konkursie? Tytuł magistra? Zamknięcie największego do tej pory kontraktu z klientem? Awans? Podwyżka? Rekordowa ilość odwiedzin na blogu? Nobel za wynalezienie leku na raka? Wszystko to bzdury. W przeciwieństwie do faktu, że ktoś chce się ze mną ożenić.

Żeby nie było, uważam gratulacje za bardzo miłe, wiem, że wszyscy chcą być serdeczni i w ogóle, ale kiedy w pracy na spotkaniu działu poświęca się temu więcej czasu niż mojej miesięcznej sprzedaży, a ludzie, których znam od (dosłownie!) pięciu minut nad piwem stwierdzają, że tak bardzo zasłużyłam i są ze mnie tacy dumni, to czuję się nieco dziwnie. Tak trochę upupiona.

Miłość jest super i ekstra i tak bardzo ważna, ale mimo wszystko uważam, że to dzień, w którym dostanę Nobla będzie tym najważniejszym w moim życiu. No, chyba, że dostanę tylko Pokojową Nagrodę, to wtedy nie.

2.Identyfikuję się z Gollumem

Rzeczywistość staje się nagle epicka i baśniowa. Niestety nie w tym sensie, że budzą mnie rano małe ptaszki i sarenki, by śpiewać razem piosenki i pomagać mi w sprzątaniu mieszkania. O nie. Mieszkanie jest tak samo zagracone jak zawsze. A wśród tej sterty prania i walających się w przedpokoju stosów butów przemykam niczym Gollum po jaskini ja. Pierścionek jest nieco za duży, ale nie chcę się z nim rozstawać, nawet żeby oddać go do zmniejszenia (MY Precious…), żyję więc w nieustannym lęku przed jego utratą. Moją wizją rodem z koszmaru jest koalicja między Pierścieniem i iPhonem, które postanawiają razem zbuntować się przeciwko mnie i wskakują do zaprzyjaźnionej studzienki kanalizacyjnej. Nieufnie podchodzę również do odpływów w zlewie i przestrzeni za szafką nocną…

3.Koniec z niezręczną ciszą, witajcie niezręczne pytania

Podróżowanie z szefem? Wizyta u manikiurzystki? Impreza z nieznajomymi? Kiedy wyczerpaliśmy już zwykłe small-talkowe tematy pogody, wakacji i tego jak chowają się ich dzieci, w zanadrzu czai się nowa tajna broń, pozwalająca uniknąć niezręcznej ciszy i udawania, że nagle maile w moim telefonie stały się niezwykle ważne i fascynujące, nawet jeśli pochodzą sprzed trzech dni Ach, to organizowanie ślubu! Znakomita większość osób ma na ten temat mnóstwo do powiedzenia, rozmowa się klei, nie wychodzimy na nudziarzy i odludków…tyle wygrać!

Przynajmniej do czasu. Ten temat sprzyja niestety pytaniom, które uważam za dość osobiste. Nie zawsze mam ochotę dzielić się moim stosunkiem do Kościoła, tym czy rozmawiałam wcześniej z narzeczonym o ślubie i ile razy i w jakich okolicznościach, jak przez dekadę układały się nasze relacje, jak się poznaliśmy, jak się zaręczyliśmy i czy był szampan, czy uklęknął, czy rodzice dołożą się do wesela, czy to, czy tamto…Być może po prostu ujawnia się tutaj ogrom mojej aspołeczności, ale na cały zestaw takich pytań ciężko mi się odpowiada na trzeźwo.

4.Dowiaduję się o rzeczach, o których istnieniu wolałabym nie wiedzieć.

No, może nie do końca się o nich dowiaduję, co przypominam i nagle zaczynają mnie dotyczyć. Na przykład pierwszy taniec na weselu. Nie potrafię wyobrazić sobie zbyt wielu sytuacji bardziej niezręcznych od tańczenia pośrodku sali pod bacznym okiem rodziny i znajomych. Filmiki na youtube nie pomagają rozładować niepokoju. Wręcz przeciwnie.

5.Dowiaduję się o narzeczonym kompletnie niewiarygodnych rzeczy

„No oczywiście, że musimy iść na kurs tańca”. SKĄD SIĘ WZIĄŁ W MOIM DOMU TEN CZŁOWIEK!?

6.Jestem orędowniczką pokoju

Wiem, że niezwykle trudno w to uwierzyć, zwłaszcza, że na blogu sprawiam zawsze wrażenie niezwykle dorosłej, opanowanej, poukładanej i rosądnej osoby i może to okazać się szokiem, ale musicie się o tym dowiedzieć. No więc miewam fochy. Naprawdę.

Największym generatorem fochów był zawsze mój mężczyzna, zwłaszcza w postaci zmęczonej i śpiącej, która nie pragnęła niczego poza spokojem. W zderzeniu z moim poczuciem niesprawiedliwości ze strony świata, niedopieszczenia i ogólnej marudności jego brak reakcji lub nieczułe odburknięcie potrafiło uwolnić mojego wewnętrznego Krakena. Krakena rzucającego szczotką o ścianę, wrzeszczącego, złośliwego, który ma już dość i chce zakończyć ten śmiechu wart związek. To taki bardzo dojrzały, dorosły i rozsądny Kraken, jak cała ja.

I nie żeby świat zrobił się bardziej sprawiedliwy i nie ogarniała mnie marudność, a ukochany przestał odburkiwać. O nie. Ale myślę sobie, że skoro już zgodziłam się, że spędzę z tym burczącym facetem resztę życia, to głupio tak krzyczeć, że to śmiechu wart związek i rzucać szczotką o ścianę. Kiedy czuję, że wewnętrzny Kraken próbuje ze mnie wyleźć otwieram pinterest i oglądam ślubne sukienki. Za każdym razem pomaga.

7.Moją największą zaletą jest skromność

Pamiętam jak we wczesnych latch studenckich twierdziłam nonszalancko, że ślub to tylko jak będzie mnie stać na suknię od Very Wang. Wiecie, to były te lata oglądania Seksu w Wielkim Mieście do trzeciej w nocy zamiast uczenia się na egzamin, kiedy to kupienie Vogue było ważniejsze niż obiad.

Suknia kosztująca więcej niż model komputera, który mnie interesuje? Bitch, please… W momencie kiedy wydatek robi się realny i będzie dokonany z mojego konta z samodzielnie zarobionych środków jestem nagle wielką fanką skromnych sukien, skromnych przyjęć, w ogóle wszystkiego skromnego. Najlepszy byłby piknik na trawie. Chociaż, tak zupełnie poważnie, piknik na trawie wydaje się całkiem przyjemnym pomysłem…No nie?

NO NIE?!

  • meg

    Tak, to bardzo przyjemny pomysł, jestem na tak

  • adme

    Piknik na trawie zdecydowanie przyjemny, wystawne wesela są przereklamowane a barokowe sukienki – pretensjonalne. 😉

  • erill

    Piknik na trawie to jest zawsze dobry pomysł 🙂
    A jak się ma słabość do trawy mimo pogody zawsze można ogarnąć namiot, który pomieści innych czcicieli trawniokowych piknikowiczów 😉

    • Agnieszka

      Co tam piknik na trawie, przyjęcie na bałtyckiej plaży w blasku księżyca. Chociaż moi sąsiedzi, posiadacze pięknego ogrodu z sadem zorganizowali sobie właśnie taki namiot, pogoda zrobiła im jednak psikusa i było pięknie i słonecznie, bosko. Tylko takie wesele ma jedną, dość zasadniczną wadę – ktoś musi po nim posprzątać i doprowadzić nasz ogród do stanu sprzed 🙂

      • Riennahera

        Nie mam ogrodu, nie mam problemu :>

        • Magda

          Psia plaża na Kolibkach da radę, jest czystsza od pozostałych Trójmiejskich plaż (jak mniemam) 😀

  • baudelaire in braille

    O właśnie, piknik albo coś w stylu ślubu Billa i Fleur (są na sali jacyś fajni Harrego Pottera?)

    • K.

      Jak najbardziej, ale bez nalotu śmierciożerców 😉
      Riennah, po przeczytaniu Twoich wpisów wakacyjnych nie wyobrażam sobie „standardowego” wesela w waszym wykonaniu, klimat pikniku na trawie wydaje się bardziej naturalny 🙂 tak czy siak, bawcie się dobrze i ciesz się, że płyną tematy dot. sukienek weselnych- po ślubie (najlepiej jeszcze na sali) oberwiesz salwą pytań „kiedy będzie was troje”…

      • Riennahera

        ‚Kiedy’ mnie nie przeraża, bo swoje lata mam i nie ma co odwlekać. Przeraża mnie za to, że ktoś może chcieć wiedzieć więcej niż kiedy…Albo dotykać mi brzucha czy coś. FU.

  • lou

    Nie wiem… piknik na trawie brzmi słodko, ale obawiam się, że mogą zacząć chodzić mrówki po owocach, słodkościach, napojach, a to już nie jest miłe. Poza tym mrówki potrafią ugryść. Boleśnie. W tyłek. Jak się siedzi na kocu.

    • Anonim

      no i pogoda jest niepewna (skoro ma być w Trójmieście)

  • misz

    Piknik na trawie ma jedną jeszcze złośliwą cechę – temperatura i wilgotność powietrza czy nawet prędkość przemieszczania kompletnie nie da się przewidzieć … z własnego doświadczenia powiem. Poza tymi drobnymi mankamentami (+mrówki), wydaje się nie mieć wad.

  • heket

    Oj, calkowicie cie rozumiem. My sie pobralismy dokladnie miesiac temu (8-8), i rowniez slub organizowany na odleglosc. Rodzice zwiedzili ponad 30 sal/ restauracji, na necie ogladalismy chyba 100..(selekcja byla ostra:wlasny alkohol, ogrod, bez „korkowego, talerzykowego” etc, etc), probowali ciast z co najmniej 10 cukierni, a mysmy tylko im kibicowali przez Skypa i organizowali inne sprawy przez net (DJ, fotograf, zaproszenia etc). Sukienke jakas tam sobie wymyslilam, w koncu kupilam w przeciagu 5 min, pani byla tak przekonujaca, cena tez- jak sie okazalo w ogole nie wchodzila w moje kryteria, teraz nie wyobrazam sobie innej.
    A co do pytan przed/po…u mnie w pracy niektórzy zapomnieli ze w ogole byl jakis slub bo chcac uniknac osobistych pytan, tak jakby w ogole o tym nie mowilam i w sumie moj slub „zniknal w tlumie”- 3 inne sluby w grupie 20osobowej..

    Zycze powodzenia w organizacji a przede wszystkim udanego TEGO dnia, bo nawet jesli nie wszystko bedzie tak jakbscie chcieli, czegos nie zdążycie to i tak bedzie SUPER!

    • Riennahera

      O matko, sto sal, dziesięc cukierni? Mam już odpowiedzi z trzech lokali i każdy mi pasuje w zasadzie…(a może jest mi po prostu obojętne).

      • heket

        100 (ale tylko przeglad internetowy, ewentualnie mail z oferta) wyniklo z tego ze mial byc ogrod bo nie chcielismy zamknac siebie i gosci na cala noc w jakims lokalu w centrum Krakowa, zadna karczma i drewniane stoly i lawy (choc ma swoj urok), chcielismy miec wlasnie wino- bez korkowego, nie „burdel przy autostradzie”-kryterium mojego ojca, wlasne ciasto/ tort bez dodatkowych oplat itd itd. Na koniec znalezlismy catering co byl nam gotowy przywiezc stoly i jedzenie w kazde miejsce w okolicach Krakowa- czyli nawet wlasny ogrod, ogrod botaniczny, muzeum sztuki japonskiej w Krakowie itd itd..
        Jedyne co nam ulatwialo sprawe to to ze nie trzymalismy sie soboty, wiekszosc gosci zagranicznych wiec tak czy inaczej musieli przyjechac wczesniej.
        Jeszcze raz powodzenia!

  • Olga Cecylia

    8. Nikt nie rozumie, że wcale nam się nie spieszy. Po zaręczynach miałam wrażenie, że żyję w jakiejś bańce, bo dla wszystkich wokół to było najzupełniej oczywiste, że teraz to już powinniśmy wszystko planować. I jakoś mało kogo obchodziło, że wciąż studiujemy, że ja nie mam pracy (wtedy nie miałam) i co my o tym wszystkim sądzimy…

    Co do punktu 2, to nauczyłam się odkręcać kolanko w umywalce w ciągu tygodnia od powiedzenia „tak”. Bardzo przydatna umiejętność, polecam 😀

  • Steam Style

    Ja bym serio była za piknikiem na trawie. 😀 Ale tak poważnie, to przy organizacji ślubu dopiero na maksa wychodzi moja (nasza) aspołeczność. Jestem w podobnej sytuacji jak ty, za rok ślub. Mówię, że ślub, bo wesela nie organizujemy – nie chcemy tego dnia dzielić z ludźmi, których nie lubimy/ nie znamy/ nie spotkamy przez kolejne 10 lat. Będzie ślub i kolacja z rodzicami i świadkami. Bardzo jestem z tej decyzji zadowolona 🙂

    • monia

      Doskonale to rozumiem i popieram tę decyzję! Jak dla mnie nie byłoby niczego gorszego jak wielkie weselicho, z milionem osób, z którymi nie zdąży (/nie chce) się nawet zamienić zdania, a na koniec ktoś w księdze gości napisze, że było chujowo (true story ze ślubu, na którym ostatnio byłam).

      • Riennahera

        Zapraszam same zajefajne osoby, więc nie ma siły, żeby było chujowo!

  • Świeczek

    Wiesz, Nobel Noblem, ale dla kogoś założenie (i utrzymanie – w sensie metaforycznym, nie finansowym) rodziny może być największym życiowym osiągnięciem. Czy to coś złego?

    • Riennahera

      Dla mnie to bardziej funkcja życiowa, piękna, bo piękna, ale jednak dość podstawowa. Ale każdy może mieć swoją opinię i odczucia. Mi jest dziwnie, że to nagle jakieś wielkie osiągnięcie i ‚gratuluję’ wydaje mi się formułką na wyrost. Bardziej pasowałoby na przykład ‚dużo szczęścia’.

  • Agata

    Co do pierwszego tańca, to polecam zaanagażowanie znajomych w taniec z Wami. Ja mam dokładnie taki zamiar, no bo ja może i lubię być w centrum zainteresowania, ale mój chłopiec panicznie boi się tego hipotetycznego tłumu gapiów. No i bez sensu, żeby się gapili, jak mogą tańczyć z nami do najpiękniejszej piosenki świata (no NASZEJ), co nie?

    • Riennahera

      Może Macarena? :>

  • Dec.

    Prawie wszystkie moje koleżanki i kuzynki, które mają w najbliższym czasie wziąć ślub, robią się strasznie nieznośne i monotematyczne. Zaczyna się ciśnienie związane z wyborem sukni, zespołem weselnym i miejscem. A w tym roku już mam wśród znajomych jakieś zatrzęsienie ślubów. Boję się wchodzić na Facebooka, bo tam zdjęcia ślubne jedno pod drugim i wszystkie dziewczyny jak jeden mąż (a raczej jedna żona) w białych sukniach. Ja nie rozumiem tej przedślubnej gorączki i nie zamierzam nakładać na siebie niczego białego, bo zwyczajnie nie gustuję w takich sukienkach…

    Nie, żebym była przeciwniczką ślubów i związków (w tej chwili z moim chłopakiem zamiast wybierać zespół na wesele wybieramy mieszkanie), ale zwyczajnie mierzi mnie całe to szaleństwo: sesje przedślubne, zadłużanie się, żeby urządzić wesele (patrz: moja ciocia dla dwóch córek; za rok czeka ją wesele trzeciej), błogosławieństwo od rodziców w domu przed mszą… Najbardziej zdziwiła mnie ślubna przemiana koleżanki, która wydawała mi się wyemancypowaną „lewaczką” i na taką zawsze się kreowała: ślub w kościele (chociaż od lat jej noga tam nie postała), wielkie polskie weselicho (choć zawsze podkreślała, że nie przepada za takimi klimatami). Teraz pod każdym zdjęciem wspólnej koleżanki w białej sukni, statusem „zaręczona” lub przedślubnym/poślubnym postem widzę jej lajka. Kiedy ubrała pierścień, bardzo się zmieniła.

    Ale mam też takie znajome małżeństwa, które i przed, i po ślubie nie poddały się gorączce. Więc to chyba nie jest norma i mogę liczyć na to, że ja też nie przejdę jakiejś masakrycznej metamorfozy. 🙂

  • Asia

    Ja od kilku lat chciałabym wziąć ślub w sukni Macieja Zienia. Niestety nie stać mnie na nią, ale nadal o tym marzę. Poza tym zawsze chciałam małe, skromne wesele, najlepiej bez tańców (szczególnie tego pierwszego, bo tańczyć to ja w ogóle nie potrafię). Piknik były super. Serio, serio. W ogóle wesela w plenerze mi się podobają. Ale nic z tego. Będzie lokal, 100 osób, zespół, tańce, oczepiny… Brr. Zamiast się cieszyć własnym weselem, będę na nim cierpieć, stresować się i drżeć za każdym razem kiedy przyjdzie mi wyjść na parkiet z kimś zatańczyć. Przynajmniej tyle, że rodzina i znajomi nie zwariowali i nie pytają co chwila o przygotowania itp.

    • Aga

      Nie martw się. Ja jestem aspołeczna, nie umiem tańczyć i nie chciałam wesela ale też nie miałam odwagi żeby sprzeciwić się rodzinie i wziąć sam ślub. No i była impreza na 170 osób 🙂 (jak na standardy mojej wsi i rodziny to dość mało). Bawiłąm się świetnie, pierwszy taniec pogibaliśmy sie po prostu tak jak umiemy, bez żadnych kursów. Nie ma nic gorszego niż ktoś liczący w myślach wyuczone kroki. Myślałam, że będzie beznadziejnie ale całkiem miło to wspominam i nie żałuję

      • Asia

        No właśnie na standardy (miejskie) mojej rodziny 100 osób to sporo. Natomiast na standardy (wiejskie) mojej drugiej połówki 100 osób to mało (ok. 150 osób to standard, a nawet i więcej). Ja postuluję o jak najmniejszą liczbę gości między innymi dlatego, by zmniejszyć dysproporcję między ilością gości z mojej strony (ok. 30 osób), a ze strony K. (ok. 60-70 osób).
        Ja chyba wybiorę się na kurs dla samej siebie żeby choć trochę się rozruszać. Na pierwszy taniec planujemy się po prostu pobujać, bez żadnych układów, wygibasów… Mam nieco ponad półtora roku żeby jakkolwiek opanować walczyka i, o ile mój błędnik na to pozwoli, także polkę. Po drodze dwa wesela jako próby generalne więc może nie wyjdzie najgorzej. 😉

    • Riennahera

      Ja nawet nie wiem co to są oczepiny, więc nie będzie :>

      • Asia

        Naprawdę? Myślałam, że oczepiny są wszędzie. 😉 Jak tak myślę o tym, to dochodzę do wniosku, że oczepiny są w porządku, ale własnie kiedy jest się młodą parą. Najgorzej jak jest się gościem na weselu i trzeba brać udział w tym nieszczęsnym łapaniu welonu/bukietu.

      • Olga Cecylia

        Lektura uzupełniająca na temat oczepin: „Wesele” Wyspiańskiego 😉 Osobiście nie znoszę – forma źródłowa jest zupełnie niedzisiejsza, bo teraz nikt nie obcina warkocza w dniu ślubu i nie nosi czepca, a obecna stanowi kombinację dawnych (zdaje się średniowiecznych) zwyczajów anglosaskich, jednak zupełnie pozbawiono ją znaczenia. Smutne 🙁

  • monia

    Piknik na trawie, to jedyna wersja ślubu na jaką się zgadzam. Ewentualnie stary hangar, fabryka, cokolwiek byle nie odpicowana sala i nadęcie-zadęcie. A pewnie i tak wesela nigdy nie będzie :D.

  • Kasia

    W ciągu ostatniego roku otrzymałam w prezencie i pierścionek, i iphone’a. Uważam, że to cud, że wciąż mam oba, choć trochę drażni mnie, jaką rolę zaczęły pełnić w moim życiu (bo takie drogie, trzeba uważać, upewniać się co 10 minut, że wciąż są na miejscu). Na myśl o tym, że do tego dojdzie jeszcze obrączka już mi się robi słabo. Mam już też za sobą ataki paniki, bieganie po całym domu, grzebanie w czeluściach prysznica bo AAAA NIE MAM PIERŚCIONKA, nie polecam.

    W sumie to zgadzam się prawie ze wszystkim, co napisałaś: ogrom i intensywność niektórych gratulacji bardzo mnie przerażała, pytania o szczegóły irytowały i smuciły, no i też myślałam, że może zrobimy ślub bez wesela, albo w ogrodzie/stodole/górach (niektóre schroniska robią takie rzeczy:)). Życie jednak zweryfikowało te pomysły i okazało się, że najwygodniejszą, najmniej konfliktową, najmniej wymagającą czasu, wysiłku i ogólnego zawracania głowy, a w porównaniu z niektórymi planami również najtańszą wersją jest organizacja zwyczajnego wesela.

    Acha, i polecam wesele w listopadzie. Dużo sal jest wolnych, fotografowie, DJe i inni kamerzyści też, fryzjerzy, kwiaciarki i w ogóle wszystko – można wybierać do woli.

    Na koniec jeszcze moje ulubione pytanie: „Jaki masz kolor przewodni?”. Zawsze odpowiadam, że czarny ;-).

    • Riennahera

      Yyy…biały?

  • Karola

    Cudownie zabawny wpis 😀 rano zadziałał jak kawa.

  • maryśka

    Byłam już na różnych weselach, ale najbardziej podobało mi się wesele mojej starszej siostry, urządzone w naszym domu rodzinnym (duży jest i wiekowy, więc się nadał). Wśród gości tylko naj-najbliższa rodzina i tylko kilkoro znajomych, zamiast przeciętnych standardowych dań weselnych – catering własny (mama robi najlepsze we wszechświecie zrazy wołowe!), zero oczepin, które zawsze strasznie mnie żenują, mój chłopak jako fotograf i ja w roli DJ-a, czyli żadnych typowo weselnych hitów z gatunku disco polo 🙂 Było kameralnie, ale przynajmniej (prawie) wszyscy goście się znali i wszyscy dobrze się bawili.

    • Riennahera

      Ach, mieć taki dom!

  • Kath

    Rien, przeprowadziłaś drobiazgowy research o czym by tu i jak pisać,żeby czytelnik był zadowolony,a tu bang! – temat przewodni sam się wziął i oświadczył! I nawet jeśli wyjdzie Ci bokiem ilość wątków, które do tematu ślubno-weselnego mogą prowadzić to akurat czytelnik zadowolony będzie. Już przemycasz zgrabne komentarze i zabawny sposób opisywania stanu narzeczeńskiego, lekko,a jednak przyziemnie (wierzę jednak,że na jednorożce też czas przyjdzie). Z jednej strony „fantastyczny ślub fantasy”,z drugiej akcja „wychodzić za mąż po ludzku”, genialnie się Ciebie czyta 🙂
    Oddychaj, pisz i pilnuj pierścionka 🙂

    • Riennahera

      Planuję poboczny projekt jako dodatek do bloga (nie, w żadnym wypadku zakładkę ślub!), mam nadzieję, że wypali 🙂

  • kasia

    trochę się naczekałaś na te oświadczyny więc w sumie się nie dziwię, że niby od niechcenia, ale jednak publiczna ekscytacja jest…

    • Riennahera

      To Kasia czy Ola? WordPress pokazuje wszystkie komentarze po Twoim IP i każdy jeden zawsze próbuje dosrać 🙂

      • kasia

        Wiesz co? nie obrażam Cie w żaden sposób, a że jestem odrobinę złośliwa? no chyba skoro zakłada się bloga to od czasu do czasu kubeł zimnej wody na głowę się przyda i trzeba się z tym liczyć… Podoba mi się (czasem) to, jak piszesz, więc tu zaglądam, ale jednorożce, dinozaurki i inne szczeniaczki irytują mnie niesamowicie u 30-sto letniej kobiety (lub prawie 30 – bo zaraz ktoś się przyczepi, że np masz 28 lat). A zaraz po zaręczynach ogłaszanie tego wszem i wobec (nawet w taki sposób, że niby nie) jest wg mnie słabe. Mam chyba prawo wyrazić swoją opinie bo, jak napisałam, nie obrażam Cie, tylko piszę, jaki jest mój odbiór. A skoro Ci to przeszkadza, mogę nie czytać. Pozdrawiam serdecznie. Kasia

        • Riennahera

          Wiesz, teksty, ze wygladam na 40 lat (jak i wiekszosc innych Twoich tekstow) sa slabe i polegaja tylko na sprawieniu przykrosci. To czy ktos piszacy takie rzeczy mnie czyta jest mi absolutnie obojetne.

          • kasia

            no ale jak coś mnie drażni to chyba BLOGER powinien to wziąć na klatę a nie się obrażać, nie? Przykro mi, jeśli poczułaś się urażona, nie było to moim celem, dla mnie to normalne, tak rozmawiam ze znajomymi, nikt się nie obraża na ‚staro wyglądasz’. Poważnie – nie obrażaj się. Mimo tej (czasem) infantylności w niektórych tekstach lubię Cię czytać. Pozdrawiam.

        • Małgorzata (nie Halber)
  • Niepoprawna Panna Młoda

    Piknik na trawie to genialny pomysł. U mnie pomimo tego, że będzie tradycyjna sala, to i tak pojawi się sporo atrakcji na zewnątrz (to o niebo fajniejsze niż nieustanne tańczenie z którym mam nieustanne problemy) 🙂
    Świetny tekst!

  • Żaneta Żyrafko

    W moim otoczeniu w tym samym roku było kilka ślubów, ale dość szybko wypadłam z dyskusji porównawczych, gdy wyznałam, że mój narzeczony będzie miał żółte buty, a ja chyba dopasuję do nich żółtą sukienkę. I nie, nie wynajmujemy auta. A na ślub zaproszenia robimy sami ze stempli, grubego papieru i przyklejanych guziczków.

    Bardzo dobrze się zawsze bawiłam słysząc: „Jak to? Nie będziecie mieli czegośtam, co podobno każdy ma”.

    I podobnie jak Ty reagowałam na gratulacje.

    Fajny tekst, lubię ten dystans 🙂

  • Agnieszka

    jesteś najlepsza! 😉

  • Ola by Design

    Trafiłam tu dzięki Niepoprawnej Pannie Młodej i jestem jej bardzo wdzięczna 🙂 Świetny tekst. Identyfikowałam się najbardziej z trzema pierwszymi punktami. Po ślubie już się tak nie boję o pierścionek i obrączkę – przechodząc obok studzienki mocniej tylko ściskam w ręce telefon 🙂

  • Meg B

    U nas po ślubie był obiad dla garstki gości, żadnych pierwszych tańców, serwetek pod kolor butonierki (who cares?), oczepin, wynajmowanej limuzyny czy powozu. Pierwsza restauracja, którą odwiedziliśmy, nam pasowała.
    Jako że nie cierpię wesel, nie przeżyłabym chyba niczego ponad to, co opisałam powyżej, bez poczucia absurdu.

  • Iza

    To wypowiem się i ja. O ładną i skromną sukienkę jest cholernie ciężko i to nie prawda, że są tańsze…sama swojej szukałam ok. 4 m-cy.

    Nie znoszę kiczu około ślubnego. I nagabywania co wypada a co nie. Ja i mój narzeczony sami wszystko fundujemy, bo sprzeciwiliśmy się rodzinom i ich wizji. Nasz ślub będzie w lutym a nie w wakacje, po pierwsze bo taniej, po drugie bo chłodniej niż w lipcu, po trzecie bo tak ;D
    I robię wszystko po swojemu. Skromnie, elegancko, ze smakiem. Nie mam złoconych aniołków i kamerzysty i limuzyny i trenu na dwa metry.

    A panika z pierścionkiem minie do pierwszych zarysowań ;D;D

  • Kasia

    Gollumową akcję to mam nawet teraz, przy zwykłej biżuterii. Boję się pomyśleć, co będzie jak dostanę TEN pierścionek. ;o

  • lavinka

    Jak bardzo cieszę się ze szczęścia innych i tak dalej, to z wyżej wymienionych powodów (nie licząc fochów faceta, bo do tego da się przywyknąć) w życiu nie dam się zaobrączkować. Sam ślub od biedy bym przebolała, poszła w zwykłych jeansach czy coś, ale wesele, impreza na dużo ludzi, z której nie mogę uciec, tak jak zazwyczaj uciekam, gdy mi się nie uda grzecznie wykręcić… o nie. Na szczęście Niemałż ma podobne poglądy, jest chyba jeszcze bardziej aspołeczny niż ja i uznaliśmy, że ta feta jest nam do niczego niepotrzebna, a nawet mogłaby naszemu związkowi zaszkodzić. 😉

  • Nat.

    Gratulacje :). Szczere tudzież nieupupiające. Piknik na trawie – czemu nie? Mnie się zawsze najbardziej podobała swadźba, czyli obrząd zaślubin rodzimowierczych. W lesie, przy ognisku, w kręgu ludzi bliskich przed demonami chronionym granicą z soli; tak jakoś naturalnie, bez zadęcia i z poszanowaniem sił pierwotnych. A potem uczta z rogiem pełnym miodu i kołaczami. Nie żartuję. Poza tym zazdroszczę [nie mylić z zawiścią], bo jestem w Twoim wieku, lecz ‚sukcesu’ się nie dochrapałam oraz mam wrażenie, że to się nigdy nie zdarzy. Tymczasem wokoło baby boom, śluby i te sprawy.

  • Patrycja Michalska

    Muszę gdzieś zapisać sobie ten fragment o Krakenie! ;D mam identycznie!

  • Noszenie pierścionka na łańcuszku to fajna alternatywa:)
    Gratuluję!

  • Z lekkim opóźnieniem (bo nadrabiam zaległości w czytaniu bloga) ale po prostu nie mogłam się nie odezwać w temacie Very Wang. Nazwałaś moje myśli w punkcie 7! 🙂 Z szaleńczą radością donoszę, że z małymi problemami dało mi się jednak posiąść suknię z linii White by Vera Wang i pomaszerować w niej do ołtarza również w Gdańsku 4 miesiące temu 🙂
    W Londynie wyłącznym dystrybutorem tej linii jest David’s Bridal w Westfield. Przemilczę obsługę klienta, przymiarki i calą resztę.

    Przetrzymałam wszystko ponieważ to Vera – więc było warto! 🙂

    No to teraz trzymam kciuki za Ciebie!

    • Kiedy byłam młodsza marzyłam o Verze, ale już chyba znalazłam swoją suknię 🙂

  • Punkt 5 genialny 😀

  • Co do punktu 6, to zawsze zostaje jeszcze dramatyczne rzucanie przez Krakena pierścionkiem. Po ślubie mi natomiast weszło myślenie „po co się kłócić o pseudo śmiertelnie ważne rzeczy, skoro i tak jesteśmy małżeństwem i za chwilę się pogodzimy” <3

  • Wojcieszak Ania

    Milo Cie czytać tym bardziej jak jest się troszkę dalej od kraju, i jeszcze bardziej tym bardziej, jeśli idealnie czasowo życiowo dla mnie wpadasz w temat 🙂 Pozdrawiam!

  • Kayleigh90

    Z pierwszym się zgodzę jak z mało z czym – smutne, że nie gratulowano mi tak magistra czy zdobycia pracy jak właśnie zaręczyn. Tak jakby one były najważniejsze na świecie. Choć z drugiej strony zobaczyłam, kto mi serio dobrze życzył, a kto spoglądał z zazdrością (choć nie wiem, o co, ja narzeczonego nikomu nie zabrałam). Reszta to są szczegóły, choć jak przeglądam te strony o ślubach, te oferty, to ujawnia się moja wada – niezdecydowanie 🙂 Dlatego potrzebuję narzeczonego, by on podejmował pewne decyzje zamiast mnie – bo ja to i bym się do ślubu nie namyśliła 😀

  • Donutka

    „Pamiętam jak we wczesnych latch studenckich twierdziłam nonszalancko, że ślub to tylko jak będzie mnie stać na suknię od Very Wang” – oplułam monitor! powtarzałam to jak mantrę przez kilka dobrych lat, potem dostałam w twarz od dorosłości 🙁

Loading..